Napisane przez: cookie | Maj 19, 2013

Rozstanie z uśmiechem. Swansea 0-3 Fulham.

The Cottagers zakończyli sezon 2012/2013 w równie imponującym stylu, co go rozpoczęli, wygrywając na Liberty Stadium z tamtejszą Swansea aż 3-0 i sprawiając tym samym przemiłą pożegnalną niespodziankę swoim kibicom. Bramki Alexa  Kačaniklicia, Dimitara Berbatowa oraz Urby’ego Emanuelsona dały klubowi ostateczne, przyzwoite 12-te miejsce w lidze oraz 2 miliony funtów do kasy (różnica w nagrodach za 15-tą oraz 12-tą lokatę), a biało-czarnym sympatykom szczyptę radości po ostatnich przygnębiających tygodniach i nadzieję, że sukces w południowej Walii będzie podwaliną pod dużo lepsze rezultaty w przyszłych rozgrywkach. Nie trzeba jednak wybitnie zgorzkniałego charakteru, by stwierdzić, że wyniki w meczach o “pietruszkę” w ostatniej kolejce sezonu należy przyjmować z przymrużeniem oka, a o aspiracjach Fulham w następnym sezonie zadecyduje tylko i wyłącznie to, jak Martin Jol poradzi sobie z zadaniem przebudowy kadry w letniej przerwie i na ile zostanie w tym wsparty przez klubowy zarząd.

Nie było chyba przed meczem osoby, która typowała takie rozstrzygnięcie wyniku na Liberty Stadium. Nawet najwięksi optymiści pośród kibiców The Whites zdawali sobie sprawę, że Fulham uciułało zaledwie punkt w ostatnich siedmiu kolejkach i chociaż walijskie “Łabędzie” same przeżywały kryzys, mając na koncie tylko jedno zwycięstwo w poprzednich dziewięciu pojedynkach, to klub z półwyspu Gower miał do tej pory w Premier League doskonały patent na londyńczyków, wygrywając wszystkie trzy dotychczasowe mecze z The Cottagers. Martin Jol, po trzech bolesnych lekcjach od Swansea, obmyślił nowy plan na radośnie wymieniające piłkę “Łabędzie” i tym razem wystawił 11-tkę niemającą konkurować piłkarsko z podopiecznymi Michaela Laudrupa, ale nastawioną na cierpliwe niszczenie ataków gospodarzy w środku pola i kontrowanie. W ten sposób, nie zobaczyliśmy w pomocy kreatywnego Giorgosa Karagounisa, a środkowy blok utworzyli destrukcyjni Emmanuel Frimpong oraz Eyong Enoh; zmiany nastąpiły także w obronie, do której powrócili John Arne Riise i Philippe Senderos. Plan holenderskiego szkoleniowca Fulham zadziałał w stu procentach i przez 90 minut obserwowaliśmy przeważnie bezowocne rozgrywanie piłki przez gospodarzy, na co londyńczycy odpowiadali zabójczymi kontratakami. Pierwszy cios The Whites nastąpił w 22 minucie spotkania, kiedy to, po kilku nieudanych próbach autorstwa Pablo Hernándeza, akcję w końcu rozegrało Fulham, a Frimpong przytomnie zagrał do wybiegającego na wolną pozycję Alexa Kačaniklicia. Szwed ze spokojem i precyzją godną Dimitara Berbatowa strzelił nie do obrony w długi róg bramki strzeżonej przez Michela Vorma. Otwarty mecz z wieloma sytuacjami z obu stron (w barwach Fulham najwięcej miał ich imponujący Kačaniklić) nie przyniósł już więcej bramek w pierwszej odsłonie spotkania i The Cottagers schodzili na przerwę z jednobramkową przewagą, a biało-czarni kibice mogli bawić się w przeliczanie, na jaką pozycję klub awansowałby przy takim układzie wyników.

Pierwszy zwiastun zaskakująco miłego popołudnia – Alex Kačaniklić ze spokojem kieruje piłkę obok bezradnego Vorma do siatki.

Wszelkie rachuby mogły zostać błyskawicznie unieważnione tuż po gwizdku Lee Masona otwierającym drugie 45 minut, bowiem w ich początkowej fazie, mieliśmy do czynienia z prawdziwą nawałnicą ze strony “Łabędzi”. Jak to wielokrotnie szczęśliwie bywało w takich momentach w tym sezonie – i tym razem bohatersko z oblężenia swojej twierdzy wyszedł Mark Schwarzer, m.in. broniąc w fenomenalny sposób “setkę” Hernándeza. Australijczyka starało się następnie pokonać wielu innych piłkarzy Swansea, również bez powodzenia, a na kwadrans przed końcem meczu, Fulham wyprowadziło drugie perfekcyjne uderzenie. Tak jak wcześniej Frimpong zauważył Kačaniklicia, tak teraz Ruiz zauważył wychodzącego na czystą pozycję Dimitara Berbatowa i Bułgar stanął niebawem przed doskonałą szansą na zdobycie piętnastej bramki w lidze. Ponieważ gol musiał być zdobyty z gracją, do jakiej przyzwyczaiła nas klubowa “9-tka”, nie zobaczyliśmy tym razem uderzenia z dalszej odległości, lecz “Berba” ze stoickim spokojem ominął kładącego się Vorma i strzałem z kilku metrów do pustej siatki rozwiał wszelkie nadzieje Walijczyków. A to nie było jeszcze wszystko – zauważając, że ostatnim meczem sezonu można odbić sobie kilka wcześniejszych niepowodzeń, The Cottagers grali do końca i zaliczyli jeszcze jedno trafienie niemal równo z gwizdkiem kończącym całoroczne rozgrywki. W doliczonym czasie gry, groźny strzał oddał Kačaniklić, którego na dobrą pozycję wypuścił zmiennik Karagounis i choć Vorm obronił uderzenie Szweda, to nie miał najmniejszych szans przy dobitce wbiegającego w pole karne innego zmiennika – Urby’ego Emanuelsona. Holender, wracający po sezonie do Milanu, miłym akcentem zakończył swój epizod w barwach The Whites, a chwilę potem miły pożegnalny prezent od całej drużyny, jakim było okazałe wyjazdowe zwycięstwo nad niezłym przeciwnikiem, oficjalnie stał się faktem. Czy jest on zwiastunem lepszych następnych rozgrywek dla Fulham niż te, które właśnie dobiegły końca i czy nad Craven Cottage dotrze latem tak wyczekiwany wiatr przemian i niezbędnych poważnych transferów? Na te pytania, jest w stanie odpowiedzieć w tym momencie niewielu.


Rozstajemy się także i my, choć niestety już nie jedynie do rozpoczęcia przyszłego sezonu – blog Fulham Polska, przynajmniej w takim składzie redaktorskim i takiej formule strony, kończy swoją działalność. Na pożegnalną notkę od założyciela bloga – Maca – przyjdzie jeszcze czas, a ze swojej strony zwykłe, proste, choć szczere: dziękuję. Dzięki za to, że współtworzyliście z nami ten kącik przez ostatnie 3,5 roku, za ponad 90 tysięcy wyświetleń i 7 tysięcy komentarzy, dzięki czemu koncept centrum polskich fanów Fulham okazał się być jak najbardziej trafiony i w którym to centrum odbywała się stojąca na wysokim poziomie żywa dyskusja. Wierzę, że ten potencjał nie zostanie zmarnowany i w tym miejscu zapraszam do rozmowy wszystkie zainteresowane przejęciem projektu osoby.

cookie

Oby jak najwięcej tak radosnych obrazków z udziałem Fulham w przyszłym i wielu następnych sezonach. Dziękujemy!

Napisane przez: cookie | Maj 18, 2013

Ta ostatnia niedziela. Swansea – Fulham

Spotkaniem z walijskimi “Łabędziami” ze Swansea żegnaliśmy ubiegły rok; meczem z tym samym przeciwnikiem pożegnamy jutro dobiegający końca sezon 2012/2013. W pojedynku na Liberty Stadium, piłkarze Fulham, mający na koncie zaledwie jeden punkt zdobyty w ostatnich siedmiu kolejkach, będą walczyć o zwieńczenie rozgrywek optymistycznym akcentem i wspięcie się na nieco wyższą pozycję w tabeli niż 15-ta, zaś zaliczający dużo lepszy sezon gospodarze zagrają o zakończenie go w najlepszej “ósemce”. W jakich nastrojach rozstaniemy się z The Cottagers do połowy sierpnia?

Choć jest to jeszcze kwestią do rozstrzygnięcia, na jakim miejscu londyńczycy ukończą obecne rozgrywki – w zależności od swojej i innych postawy w ostatniej kolejce sezonu, może to być pozycja 17-ta, a z drugiej strony nawet 10-ta, to bilans punktowy nie kłamie i Fulham, mogące powiększyć swoje konto maksymalnie do 43 oczek, zalicza de facto najgorsze rozgrywki od czasu słynnego The Great Escape w 2008 roku. W następujących po cudownym utrzymaniu czterech sezonach, zawsze mieliśmy powód do dumy i radości – albo chodziło o pewny finisz w najlepszej 10-tce Premier League, albo o niezapomnianą historię w Lidze Europy; teraz, z trudem taki powód wymienić. Wszyscy spodziewaliśmy się tak samo dobrych rozgrywek pod wodzą Martina Jola, jak w jego debiutanckim sezonie w roli managera Fulham (9. miejsce i 52 punkty); zwłaszcza, że Holender miał tym razem do dyspozycji cały okres przedsezonowy (przed rokiem musiał borykać się ze “spuścizną” po Marku Hughesie, czyli walką w LE od pierwszej rundy kwalifikacyjnej w lipcu), posiadając mnóstwo czasu na ostateczne ułożenie zespołu według własnego uznania. Pierwsze tego efekty były znakomite – Fulham jak burza przeszło przygotowawcze sparingi, w których formą strzelecką imponował Mladen Petrić; The Whites zdemolowali także na inaugurację ligi Norwich, jak i zagrali doskonały mecz na Old Trafford (choć przegrany 2-3). Tu, zdaniem wielu biało-czarnych kibiców… kończą się jednak momenty tego sezonu godne wspomnienia. The Cottagers stracili niebawem na rzecz Tottenhamu swoje dwie największe gwiazdy – Clinta Dempsey’a oraz Moussę Dembélé, a w ostatni dzień transferowego okienka dowiedzieliśmy się, że pieniędzy do załatania dziury w pomocy (oprócz wspomnianej dwójki, latem odeszli także m.in. Danny Murphy i Dickson Etuhu) starczyło tylko na… napastnika – Dimitara Berbatowa. Fulham pozyskało wówczas niepodważalną gwiazdę wielkiego formatu, ale Bułgar, bez klasowego wsparcia ze środka pola, nie miał szans, by w pojedynkę zagwarantować fanom tak stabilną dyspozycję klubu, jak w poprzednich latach. Berbatow bramki strzelał, nierzadko wspaniałej urody, ale The Whites niejednokrotnie wyglądali na boisku jak zlepek przypadkowych osób – coś, czego nie zwykliśmy oglądać od czasów Lawriego Sancheza – wskutek czego, kibic The Cottagers musiał całkowicie zmienić swoje oczekiwania względem sezonu i nastawić się na walkę o utrzymanie, na którą jednoznacznie wskazywały zaledwie 2 wygrane w ostatnich 15-tu ligowych meczach 2012 roku. Wierzyć można było jedynie w zbawczą rolę stycznia i to, że pokażą się w nim pieniądze uzyskane ze sprzedaży dwójki gwiazd na White Hart Lane (ponad 20 milionów funtów).

Pierwszy i… chyba najlepszy mecz tego sezonu z udziałem Fulham. Kiedy ponownie doczekamy się tak beztroskich nastrojów wokół Craven Cottage?

Szczęśliwie dla nas wszystkich, początek nowego roku rzeczywiście przyniósł pewne odświeżenie i The Whites z powrotem zaczęli wygrywać mecze, a niebawem doczekaliśmy się też obiecanych nowych twarzy w zespole – choć przybyłych tylko na zasadzie wypożyczenia, co było ostatecznym dowodem na to, że Jol funduszy do kupowania nie miał. Udana końcówka zimy i początek wiosny – 5 zwycięstw w 10 meczach, w tym prestiżowe w derbach z QPR oraz tylko dwie porażki, obie z potentatami z Manchesteru – sprawiły, że wszelkie smutki wokół the Cottage ustały, a kibice przekonywali się wzajemnie, że listopadowo-grudniowy strach był zbędny i mamy do czynienia znów z tym samym Fulham, mającym kryzys w połówce sezonu, ale kończącym go bezpiecznie w najlepszej 10-tce. Niestety, było to myślenie hurraoptymistyczne, a sytuacja znów zmieniła się jak w kalejdoskopie – The Whites od czasu meczu z QPR (1 kwietnia) w lidze już nie wygrali, zanotowując na koniec rozgrywek swoją najgorszą serię (5 porażek z rzędu) w historii występów w Premier League. Podobnie, jak pod koniec 2012 roku, wśród kibicowskiej braci zaczęły dominować apokaliptyczne przewidywania i już nikt nie miał złudzeń, że dobiegający końca sezon będzie trzeba uznać za kiepski, niezależnie od jutrzejszego spotkania w południowej Walii. W czym upatrywać optymizmu przed kolejnym rokiem? Jeśli spojrzeć na wszystko w ten sposób, że Jol, nie mając do dyspozycji pieniędzy ze sprzedaży “Demów”, które poszły na przebudowę jednej z trybun stadionu, musiał ratować się wypożyczeniami i tymczasowym sprowadzeniem wolnych agentów – wówczas, utrzymanie w Premier League podstarzałego zespołu z dużymi dziurami w kadrze trzeba uznać za sukces. Kluczowe pytanie brzmi: czy kibic Fulham czyni słusznie, optymistycznie uznając taki stan rzeczy za przejściowy i licząc, że latem, nadejdzie wsparta pieniędzmi od Mohameda Al Fayeda budowa wszystkiego od podstaw, czy też trzeba pogodzić się z faktem, że po paru sezonach życia ponad stan, The Cottagers wrócili na swoje pierwotne terytorium – do grona klubów walczących tylko i wyłącznie o utrzymanie w Premier League?

Bez jego bramek, pełny turbulencji sezon byłby zapewne jeszcze bardziej niespokojny – Dimitar Berbatow z nagrodą dla klubowego Piłkarza Roku.

Utrzymanie w lidze i ostatnie spotkanie sezonu na wyjeździe w Swansea to dwie rzeczy, które w alarmujących tonach nieraz zestawiali ze sobą w trakcie sezonu starsi stażem kibice Fulham. Na obiekcie “Łabędzi” (choć nie na świeżo wybudowanym Liberty, lecz jego poprzedniku – Vetch Field) doszło do najczarniejszego z czarnych wydarzeń w historii The Cottagers – to tam, w ostatniej kolejce sezonu 1993/1994, londyńczycy przegrali z gospodarzami 1-2 i w efekcie, po raz pierwszy w swoich dziejach spadli do czwartej ligi. Próby przekonywania przez doświadczonych sympatyków The Whites o nieprzypadkowości losu okazały się na szczęście bezcelowe, gdyż jutrzejsze spotkanie na półwyspie Gower będzie jedynie meczem o “pietruszkę” i w żaden sposób nie wpłynie na pewny byt Fulham w Premier League. Co więcej, to właśnie walijskiej drużynie, w dużej mierze trzeba zawdzięczać bezpieczeństwo w tym sezonie i spokojne nastroje przed ostatnim akcentem rozgrywek. Po tym, jak podopieczni Michaela Laudrupa w imponujący sposób sięgnęli w lutym po Puchar Ligi (zwycięstwo 5-0 z Bradford City), zagwarantowując sobie awans do przyszłorocznej edycji Ligi Europy, w Swansea, podobnie jak na the Cottage (choć z powodów dużo bardziej zrozumiałych, niż w przypadku Fulham), depnęli na koniec sezonu w hamulec. W dziewięciu ostatnich meczach, “Łabędzie” wygrały zaledwie raz, ale stało się to w pojedynku, który ustawił sytuację na dole ligowej tabeli. Swansea wygrała na wyjeździe z Wigan, praktycznie relegując wówczas The Latics do Championship, a z drugiej strony sprezentowując ogromną ulgę w klubach, które obawiały się o przegonienie na koniec rozgrywek przez nieobliczalną maszynę Roberto Martíneza - w tym w Fulham. Jedynymi celami The Whites, będą więc jutro na szczęście tylko walka o honorowe zakończenie kiepskiego roku oraz indywidualne starania Dimitara Berbatowa o powiększenie imponującego dorobku 14 bramek w lidze. O to samo, będzie jednak walczyła także gwiazda gospodarzy, fenomenalny Michu – Hiszpan ma już na koncie 18 trafień i kolejne dwa dałyby mu miejsce na podium w klasyfikacji najlepszych snajperów Premier League. Trzymamy kciuki za wygraną Bułgara w batalii wyróżniających się “9-tek” tego sezonu i miłą pożegnalną niespodziankę od całej drużyny. Po raz ostatni w tym sezonie – Come On You Whites!

Przewidywane składy:
Swansea (4-2-1-3): Vorm – Tiendalli, Williams, Chico, Taylor – Britton, De Guzmán – Routledge – Dyer, Michu, Pablo
Niepewny: Vorm
Kontuzje: Ki
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Riether, Hangeland, Hughes, Riise – Duff, Karagounis, Enoh, Emanuelson – Ruiz – Berbatow
Kontuzje: Richardson, Davies, Dejagah, Diarra
Zawieszony: Sidwell

Tak, jak my, Martin Jol liczy na finanse do letniej odbudowy Fulham. Po sezonie, w którym pieniędzy do dyspozycji nie miał, Holendra oceniać ciężko.

Fulham uległo na własnym stadionie Liverpoolowi (1-3), odnosząc piątą kolejną ligową porażkę i bijąc tym samym niechlubny drużynowy rekord. Spotkanie zaczęło się wyśmienicie dla gospodarzy, bowiem prowadzili oni po golu Berbatova, jednak nieustannie terroryzujący defensywę the Whites Stturidge’a wbił Schwarzerowi hattricka i przechylił szalę zwycięstwa na korzyść gości. Nie wiadomo jednak jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby przy stanie 1-1 sędzia Halsey podyktował rzut karny za dość ewidentną rękę Lucasa, tudzież zauważył taktyczny faul Coatesa na Kacinikliciu.

stats-liverpool-home-2013

Choć tylko jakaś zupełnie absurdalna, obarczona przedziwnymi założeniami matematyka na kolejkę przed końcem może zepchnąć Fulham do niższej ligi, zwolennicy nauk humanistycznych, chcąc realistycznie opisać ostatnią formę the Cottagers, musieliby swoim piórom nadać ton ze wszech miar ironiczny, a zdania ozdabiać niekoniecznie schlebiającymi epitetami. Pożegnanie sezonu 2012/2013 okazało się bowiem, o ile nie katastrofalne, to przynajmniej wielce rozczarowujące. Chociaż przeciwnik, chyba już nieco anachronicznie zaliczany jest to tuz ligi, osłabiony brakiem Gerrarda, Suareza, Aggera i Skrtela Liverpool był jak kiepski tenor próbujący dorównać geniuszowi swojej orkiestry, rozumianej jako jak zwykle wspaniali fani z Anfield Road. Mimo że podpieczni Rodgersa w ostatnim czasie zaśpiewali parę razy pięknym barytonem, ci wierzący w siłę Craven Cottage marzyli o zagłuszeniu tej liverpoolskiej arii. Nadaremno. Nawet jeżeli momentami gra the Whites mogła się podobać, dając nadzieję nawet na komplet punktów i istny sarni skok w górę tabeli, gospodarze sami przywiązali się do ziemi, parę razy kompromitując się w defensywie i dając się kompletnie rozbroić śpiewającemu solo Sturridge’owi. Zatem, jeżeli drużyna przegrywa piąty mecz z rzędu, a wokół klubu panuje ogólna atmosfera niepewności, gdzie przewidzenie składu zespołu w przeszłym sezonie najlepiej powierzyć cygance z chustą i kulą, nie powinno dziwić, że okolice Craven Cottage cechują się obecnie zdecydowanie podwyższonym wskaźnikiem zrzędliwości. A no co dokładnie należy pozrzędzić po niedzielnej potyczce z the Reds, śpieszę już z wyjaśnieniami.

Martin Jol, mimo nie najlepszej passy zespołu, nie zastosował żadnych drastycznych środków i do gry wyprawił jedenastkę, której personalny skład i taktyczne ustawienie z góry dało się z grubsza przewidzieć. Wobec dalszej pauzy Sidwella, konieczne było zastąpienie rudowłosego Anglika jednym z pary Karagounis – Enoh. Tymczasem na lewej stronie defensywy kolejną szansę dostał Kierach Richardson, swojego czasu uciekający z Sunderlandu, by na tej pozycji nie grać. Wreszcie największe zaskoczenie, kosztem Senderosa, do wyjściowego składu powrócił Aaron Hughes. Znacznie ciekawiej było u naszych rywali, gdzie prócz wspominanych problemów kadrowych, które musiał łatać chociażby weteran Carragher i młokos Coates, Rodgers zdecydował się zagrać w iście włoskim 3-5-2, choć pochodzący z półwyspu Apenińskiego Borini w wyjściowym składzie wcale się nie znalazł. I to właśnie przybysze z wcale nie tak bardzo słonecznego Liverpoolu lepiej rozpoczęli spotkanie, dominując statystykę posiadana futbolówki. Jedynym ich problemem był fakt, że dwójka napastników z przodu, a w zasadzie osamotniony Sturridge, bowiem Coutinho, niczym Ruiz, cofał się głęboko do drugiej linii, nie stwarzali zupełnie żadnych okazji bramkowych. Tyle że przynajmniej mieli futbolówkę przy nodze, a bezbarwne Fulham było zmuszone za nią gonić. To zadanie, jak się okazało, było ponad wytrzymałość mięśni Richardsona, który po raz kolejny musiał przedwcześnie opuścić plac gry, mając problemy z mięśniem dwugłowym. Dopiero po dwóch kwadransach gry coś w grze podopiecznych Jola się ruszyło. Ba, przyniosło nawet gola. Zagrożenie przyszło, jakżeby inaczej, z prawej strony, gdzie najbardziej zasługujący na miano zawodnika sezonu Sascha Riether zgrał się z Duffem, a następnie dośrodkował wprost na głowę tego, który faktycznie to wyróżnienie dostał. Berbatovowi nie pozostało nic innego jak odpowiednio dołożyć czoło, tym samym Bułgar w 31 minucie wyprowadził Fulham na prowadzenie, zwieńczając nijako lepszy okres gry gospodarzy. Niestety, kibice nie zdążyli jeszcze wygodnie zasiąść na krzesełkach, a zrobiło się już 1-1. Dokładnie trzy minuty później, Wisdom jednym długim podaniem uruchomił Sturridge’a, a ten, wykorzystawszy drzemkę Hughesa, zrobił sobie miejsce do strzału i pokonał Schwarzera. Wynik remisowy, względnie sprawiedliwy, utrzymał się do przerwy i mogło się zdawać, że w tej dość leniwie płynącej potyczce the Cottagers będą w stanie ugrać jakieś punkty.

Jednakże drugie 45 minut szybko obnażyło bezzasadność takich mrzonek. To co dobrze funkcjonowało w pierwszej części, czyli akcje oskrzydlające Riethera, po zmianie taktycznej Rodgersa i powrocie po przerwie do typowego 4-4-2 przestało być atutem. Nadal szarpać próbował nadal Kacaniklić, ale pozbawiony wsparcia ze strony Emanuelsona (wszedł za Richardsona), Szwed często spotykał się z sytuacją „siła złego na jednego”. Berbatov standardowo leniwie szukał gry, cofał się po piłkę, ale niewiele z tego wynikało. Ruiz, raz pojawiał się, raz znikał, gdzieś tam dryfując sobie na krawędzi spotkania. Jeszcze przez pierwsze 15 minut  drugiej połowy jako tako wyglądało, Fulham dla Liverpoolu było rywalem równorzędnym. Wszystko posypało się dopiero wtedy, kiedy sędzia Halsey podjął dwie niekorzystne dla gospodarzy decyzje. Wpierw, w polu karnym Reiny, Ruiz trafił piłką w nienaturalnie ułożoną rękę Lucasa, jednak arbiter uznał, że Brazylijczyk był za blisko Kostarykanina i na wapno nie wskazał. Chwilę później Coates, podobnie jak Hughes wcześniej, popełnił błąd przy długiej piłce i lekko szturchnął pędzącego do futbolówki Kacaniklicia. Wielu arbitrów wyrzuciło by z boiska defensora the Reds, Halsey pozostał jednak niewzruszony. Tymczasem historia zakończyła koło, kibice na Cottage nie zdołali ochłonąć ze wcześniejszych wydarzeń, kiedy w 63 minucie Coutinho poszukał strzału, a futbolówka szczęśliwie poturlała się do Sturridge’a, którzy podwyższył liczbę swoich trafień do dwóch. Gol ten kompletnie podłamał gospodarzy, którym nie pomogły zmiany Petricia i gorąco przywitanego przez kibiców z Anfield Riise. Liverpool zaczął grać na luzie, kreując sobie sytuację za sytuacją, jakby rekompensując sobie wcześniejszą niemoc. Jedynie kapitalny występ Marka Schwarzera, zdecydowanie najlepszego zawodnika spotkania w barwach the Whites, jak również duży egoizm szukającego hattricka Sturridge’a spowodowały, że the Whites nadal byli w grze, choć ich defensywa wyglądała jak przypadkowa zlepka, wyszukana gdzieś na angielskich odpowiednikach “Orlika”. Z przodu groźnie z dystansu uderzał Berbatov, a po główce Hughesa znakomicie paradował Reina. Tymczasem wprowadzony na plac Borini wypalił w słupek, a rzeczony Sturridge w kelnera bawić się nie chciał i nie wyłożywszy koledze piłki na tacy, strzelił wprost w bramkarza Fulham. Ostatecznie wszystko wyjaśniło się w 85 minucie, Coutinho pięknie zewnikiem dograł do Sturridge’a, a ten uroczym lobem ustalił wynik spotkania. Spotkania niezwykle smutnego dla fanów na Cottage, bo jakby znakomicie podsumowującego cały ten sezon. Były to momenty niezłej gry poprzeplatane z dezorganizacją, brakiem pomysłu, dodatkowo doprawione kontuzjami i gdzieś tam ulatującym statusem Craven Cottage jako trudnego do zdobycia obiektu. Finisz w górnej części tabeli? Ta drużyna na to nie zasłużyła.

Sturridge show - na pożegnanie z Cottage.

Sturridge show – na pożegnanie z Cottage.

Napisane przez: cookie | Maj 10, 2013

Weekend z matematyką. Fulham – Liverpool

Nie tak wyobrażaliśmy sobie rozwój sytuacji, gdy Fulham wygrywało na własnym boisku z QPR 1-ego kwietnia, a po dobiciu dzięki temu do liczby 39 punktów odtrąbialiśmy praktyczne pewne utrzymanie w Premier League. W sześciu następnych pojedynkach, The Cottagers zdobyli zaledwie punkt, tydzień temu przegrywając u siebie nawet z już zdegradowanym Reading i na dwie kolejki przed końcem rozgrywek, londyńczycy wciąż nie są w lidze matematycznie bezpieczni. Tragiczna forma prezentowana przez The Whites w ostatnich tygodniach spowodowała, że na niedzielny, ostatni domowy mecz tego sezonu – przeciwko Liverpoolowi – podopieczni Martina Jola muszą rozpakować wakacyjne walizki, wyciągnąć kalkulatory i z nimi w dłoniach powalczyć z The Reds o punkty, równocześnie rachując, czy ich starania, połączone z sytuacją na innych boiskach, dadzą Fulham w końcu stuprocentowo pewny byt w przyszłej edycji angielskiej ekstraklasy. Czy The Whites godnie pożegnają się z Craven Cottage?

W środku tygodnia, działy się na Wyspach Brytyjskich wydarzenia wiekopomne – swoje odejście na managerską emeryturę, po ponad 26-ciu latach pracy w Manchesterze United, ogłosił Sir Alex Ferguson, a na zadawane od dawien dawna pytanie, kto zastąpi legendarnego Szkota na stanowisku szkoleniowca “Czerwonych Diabłów”, padła w końcu odpowiedź – szczęśliwcem okazał się być prowadzący dotychczas Everton inny Szkot, David Moyes (co przyczyniło się jednocześnie do nastania przełomowych czasów także na Goodison Park, na którym Moyes pracował przez 11 lat). W tle dobiegających z mediów rewolucyjnych informacji, którymi ekscytował się i oddychał cały piłkarski świat, rozgrywany był mecz, który przyciągał nie mniejszą uwagę, przynajmniej u osób związanych z Fulham. W jednym z zaległych spotkań ligowych, Swansea niespodziewanie ograła na wyjeździe rycerzy wiosny z Wigan, dzięki czemu biało-czarna część zachodniego Londynu odetchnęła z wielką ulgą. W przypadku wygranej The Latics, zespół Roberto Martineza – zajmujący ostatnie spadkowe, 18. miejsce – zwiększyłby liczbę punktów do 38-miu, zmniejszając przewagę The Cottagers nad strefą spadkową do zaledwie dwóch oczek. Tak jednak na szczęście się nie stało – The Whites, na dwie kolejki przed końcem sezonu, mają od 18-ego Wigan całe 5 punktów więcej i przed niedzielnym meczem nie musimy dramatycznie bić na alarm, a możemy jedynie martwić się, czy Fulham w końcu zapewni sobie matematyczne utrzymanie w Premier League. Pojedynek w takich okolicznościach i na takim etapie rozgrywek właśnie z Liverpoolem może powodować u fanów The Cottagers z odrobinę większym stażem uczucie pewnego déjà vu. Mogą oni pamiętać, że w końcówce burzliwego sezonu 2006/2007, gdy Chrisa Colemana zastępował w trakcie rozgrywek mający okazać się totalnym managerskim niewypałem Lawrie Sanchez, The Whites, po fatalnej dyspozycji na wiosnę (10 meczów bez wygranej) i pojawieniu się obaw o ligowy byt, w przedostatniej kolejce sezonu podejmowali na the Cottage… właśnie Liverpool. Londyńczycy uzyskali wówczas przełomowe zwycięstwie 1:0 (dzięki bramce autorstwa dokonującego wtedy swojego pierwszego ważnego wyczynu na Wyspach Clinta Dempsey’a) oraz matematyczne bezpieczeństwo w Premier League, w końcu unieważniając narastające od wielu tygodni niepewności. Jak będzie tym razem? Motywacją do osiągnięcia jutro przyzwoitego rezultatu powinna być nie tylko konieczność ostatecznego “zaklepania” miejsca w angielskiej ekstraklasie, ale także – po prostu – rehabilitacja za fatalną dyspozycję prezentowaną na finiszu rozgrywek. Po kompromitującej porażce ze zdegradowanym Reading, przegrana w spotkaniu z The Reds oznaczałaby pięć ligowych klęsk londyńczyków z rzędu, co w historii Premier League nie zdarzyło się im… nigdy.

Déjà vu? Fulham uzyskuje pewne utrzymanie w lidze dzięki zwycięstwu nad Liverpoolem na the Cottage w przedostatniej kolejce sezonu 2006/2007.

Nawiązanie do spotkania z sezonu 2006/2007 jest jeszcze jedno – Liverpool przyjechał wtedy na the Cottage z mocno osłabionym składem, czego ówczesny manager The Reds, Rafael Benítez, dokonał celowo przed zbliżającym się finałem Ligi Mistrzów (manewrem tym rozzłościł prowadzącego Sheffield United – rywala Fulham w walce o utrzymanie – Neila Warnocka, a Hiszpan po serii epitetów otrzymanej od kontrowersyjnego Anglika chciał nawet się z nim procesować). W niedzielę, także możemy być pewni ujrzenia nietypowej 11-tki piłkarzy w czerwonych trykotach - Brendan Rodgers nie walczy co prawda tym razem z The Reds w finale LM (północnoirlandzki szkoleniowiec najprawdopodobniej ukończy debiutancki rok na Anfield na zaledwie 7-mej pozycji, poza europejskimi pucharami, choć końcówkę rozgrywek notuje dobrą), ale na skutek kontuzji bądź zawieszeń nie może już skorzystać w tym sezonie z trzech klubowych filarów – Stevena Gerrarda, Luisa SuárezaDaniela Aggera. W zespole The Cottagers, do sprawności powrócił pauzujący w meczu z Reading Mladen Petrić.

Przewidywane składy:
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Riether, Hangeland, Senderos, Richardson – Duff, Karagounis, Enoh, Emanuelson – Ruiz – Berbatow
Kontuzje: Davies, Dejagah, Diarra
Zawieszony: Sidwell
Liverpool (4-2-1-3): Reina – Johnson, Škrtel, Carragher, Enrique – Henderson, Lucas – Coutinho – Downing, Sturridge, Borini
Kontuzje: Gerrard, Agger, Allen, Kelly, Sterling, Flanagan
Zawieszony: Suárez

Na załamanie, po koszmarnej wpadce z Reading miejsca już nie ma – z Craven Cottage trzeba pożegnać się pojutrze z honorem.

Napisane przez: cookie | Maj 3, 2013

Ostatnia szansa na punkty? Fulham – Reading

Zaledwie jeden punkt zdobyty w ostatnich pięciu kolejkach przez The Cottagers sprawił, że, choć sezon jest już na absolutnym finiszu, zaś o ligowy byt obawiać się nie trzeba, biało-czarni fani z chęcią zasmakowaliby od dawna niewidzianego zwycięstwa jeszcze przed zakończeniem obecnych rozgrywek. W ostatnich trzech spotkaniach sezonu, najlepszą okazję do zdobycia kompletu oczek, Fulham zdecydowanie będzie miało jutro – na Craven Cottage podejmie bowiem już zdegradowaną do Championship drużynę Reading.

Fulham kontra drużyna relegowana do niższej dywizji – tego w klubowej historii nie było już dawno. Nawet, gdy Derby County biło punktowy antyrekord Premier League w sezonie 2007/2008, zdobywając przez cały sezon… 11 oczek, The Whites mierzyli się z popularnymi “Baranami”, gdy ci mieli jeszcze jakieś matematyczne szanse na utrzymanie. Pojedynek z drużyną, która tych szans już nie ma, a dodatkowo, jest, obok The Cottagers, najgorszą drużyną ostatnich tygodni w lidze, wydaje się być najlepszą z okazji, by podreperować swój stan punktowy. Fulham wciąż walczy jeszcze o zakończenie rozgrywek w górnej połowie tabeli (2 punkty straty do 10-ego West Hamu); rzeczą pozytywną byłoby też po prostu to, by nie wieńczyć sezonu serią ośmiu gier bez wygranej. Bardziej wygodnego rywala do odniesienia nad nim zwycięstwa w lidze znaleźć się nie da – “Królewscy” z Reading to najsłabsza drużyna obecnych rozgrywek (choć równa się punktami z QPR, to drużyn tych nie ma co nawet próbować porównywać kadrowo). Podlondyńskiemu beniaminkowi nie pomógł ani hitowy letni transfer… Pawła Pogrebniaka z Fulham, ani styczniowy wzlot formy (pamiętacie sensacyjną passę strzelecką Adama Le Fondre?), ani też zatrudnienie pod koniec marca Nigela Adkinsa (który wizytował już w tym sezonie na the Cottage, wyrywając z zespołem Southampton remis) i praktycznie przez całe rozgrywki, klub Johna Madejskiego terminował w okolicach dna tabeli. Po spotkaniu z Reading, Fulham podejmować będzie jeszcze u siebie zespół Liverpoolu, a na koniec sezonu pojedzie do Walii, by zmierzyć się z tamtejszą Swansea – dwóch kolejnych rywali The Whites będzie zdecydowanie silniejszych, a zatem, jeśli nie wygrać teraz, to… dopiero w przyszłym sezonie?

A miało być tak pięknie… zamiast walki o coś więcej, niż w barwach Fulham, Pawła Pogrebniaka czeka z zespołem Reading spadek.

Napisane przez: Macu | Kwiecień 27, 2013

A co tam, niech będzie i 20! Everton 1-0 Fulham.

No i mamy jubileusz! Tylko spokojnie, szampany proszę zostawić w lodówce, bowiem nie ma z czego się cieszyć. Fulham po raz 20 z rzędu przegrało na Goodison Park, a co gorsza, w swojej grze nie wykazało za krzty inicjatywy, by ten negatywny trend odwrócić. Piłkarze Davida Moyesa dominowali niemal przez całe spotkanie, raz po raz rozklepując nieporadnych przyjezdnych z Londynu. Tylko w wyniku swojej nieskuteczności gospodarze mogli żałować, że licznik po ich stronie zatrzymał się na jednym, jedynym trafieniu Pienaara z 16 minuty. Fulham nie pokazało dosłownie nic wartego uwagi, a dodatkowym nieoptymistycznym akcentem jest fakt, że już po 30 minutach plac gry musiał opuścić Berbatov. Przegrana w Liverpoolu była trzecią kolejną porażką the Cottagers z rzędu.

stats-everton-away-2013

Rower, parasol, dmuchany materac, okulary przeciwsłoneczne, olejek do opalania i zgrzewka piwa. Idealny ekwipunek każdego polskiego majówkowicza. Kiedy za oknem z każdym dniem mamy coraz cieplej, a w kościach coraz mocniej doskwiera letnie rozleniwienie, ciężko o motywację do pracy i właściwą koncentrację. W mediach poważne tematy zostają nieco zepchnięte na ubocze, a na medialnym tronie niepodzielnie króluje majówka. Czy na dobre zapanowała ona również na Craven Cottage? Niespodziewana inspekcja bagaży przywiezionych przez graczy Fulham do Liverpoolu mogłaby na to pytanie odpowiedzieć. Wszakże patrząc na postawę londyńczyków w konfrontacji z Evertonem, można było odnieść wrażenie, że wizyta w mieście Beatlesów miała charakter turystyczny. Po raz dwudziesty z rzędu chłopcy z Londynu przejechali się na Goodison Park, by niemal bez walki zostawić w prezencie dla gospodarza trzy punkty. Wczasowe nastroje spowodowane bezpieczeństwem w tabeli, czy też może słabość piłkarska? Po trzech porażkach z rzędu warto by poznać odpowiedź na to pytanie.

Na obronę the Cottagers wpierw może wystąpić sztab medyczny. Trzeba przyznać, że do konfrontacji z the Toffees Fulham wystąpiło w dość przetrzebionym kontuzjami składzie. Kolejny mecz zmuszony był opuścić dotychczas niezniszczalny Riether, stąd na prawej obronie zobaczyliśmy Manoleva. Na przeciwnej flance miejsce w wyjściowym składzie utrzymał Richardson.  Problemy ze skrzydłowymi spowodowały, że w tej roli wystąpili, podobnie jak z Arsenalem, Kacaniklić i Emanuelson. Z przodu zaskoczeń nie było, za bramki odpowiedzialny miał być duet Ruiz – Berbatov, jakkolwiek szybko miało się okazać, że i ta formacja będzie musiała poddana przymusowym modyfikacją personalnym.

Jak sugerowałem we wstępie, goście z Londynu od początku grali jakby niezbyt im się chciało. Od pierwszych sekund Everton spychał podopiecznych Jola do głębokiej defensywy, a ci mieli problemy z wymienieniem kilku celnych podań. Tymczasem piłkarze Moyesa wyśmienicie operowali futbolówką i grając na jeden kontakt wielokrotnie zupełnie rozbrajali zasieki obronne Fulham. Już po 16 minutach gospodarze mogli cieszyć się z prowadzenia, kiedy piękną zespołową akcję the Toffees celnym strzałem zakończył Pienaar. Piłkę z bocznego sektora boiska dośrodkowywał Coleman, a zupełnie niekryty zawodnik z RPA po prostu odpowiednio dołożył stopę. Choć ten kontakt z piłką w wykonaniu legendy Evertonu do najczystszych nie należał, Pienaar był bodaj najlepszym graczem tego spotkania. Wraz z niezawodnym Bainesem siali istny popłoch na prawej stronie defensywy the Whites. Pożyczony z PSV Manolev zupełnie nie radził sobie ze swoimi rywalami, będąc niezwykle słabym ogniwem w ogólnie chwiejnej defensywie Fulham. Kolejnym niepewnym punktem zespołu był Ruiz, którego występ w zasadzie ucieleśnił jego słabości. Kilka wizjonerskich zagrań przeplótł z całą masą niedokładności, strat w środku pola, błędnych bądź spóźnionych decyzji i nieudanych dryblingów. Kiedy dodać do tego, że po dwóch kwadransach gry z powodu bólu w łydce murawę musiał opuścić wyjątkowo zblazowany tego dnia Berbatov (zastąpił go Petrić), nie powinno dziwić, że na pierwszą dogodną okazję the Cottagers musieli czekać aż do 43 minuty. Ale zanim ona nastąpiła, ubrani w niebieskie trykoty gracze już kilkukrotnie powinni byli podwyższyć prowadzenie. Przewaga gospodarzy była niepodważalna, ale wobec braku formy Jelavicia, walczącym o europejskie puchary graczom Moyesa brakowało nieco jakości z przodu. Tymczasem Fulham niemal nie wyrównało, kiedy najlepszy w barwach gości Kacaniklić ładne zgrał się z Richardsonem, Anglik dorzucił w pole karne, ale Petriciowi zabrakło kilku centymetrów, by tę piłkę sięgnąć. Kiedy piłkarze zeszli do szatni, ciężko mi było odeprzeć wrażenie, że the Whites grają bez większej ambicji i pomysłu. Miałem nadzieję, że 15-minutowa rozmowa z Martinem Jolem zaradzi tej bezradności, jak to już parę razy miało miejsce w obecnym sezonie.

Tymczasem po przerwie letarg trwał nadal. Karagounis i Enoh walczyli w środku pola, Emanuelson wraz z Kacanikliciem szarpali na skrzydłach, ale wszystko to było do bólu bezproduktywne. Osamotniony Petrić nie otrzymał żadnego otwierającego drogę do bramki podania, a kiedy dostawał futbolówkę do nogi, jego przyjęcie, mówiąc oględnie, pozostawiało wiele do życzenia. Dodatkowo, z tradycji musiała stać się zadość, zatem Richardson po raz kolejny spotkania dokończyć nie mógł, gdyż odnowiła mu się kontuzja mięśnia dwugłowego.  Dalej, mecz z grubsza przebiegał torami wytyczonymi już w pierwszej połówce. Kolejne kompromitacje Manoleva, kolejne straty Ruiza. Jedyną personą, która zasługiwała na podniesiony do góry kciuk, był Mark Schwarzer, który kilkukrotnie wybronił groźne strzały gospodarzy. Po dobrej akcji Kacaniklicia, w 54 minucie  wyrównać mógł Emanuelson, ale wystrzelił w dogodnej okazji w trybuny. Niewiele ożywienia wniósł wracający po kontuzji pachwiny Duff, który zastąpił Richardsona. Co gorsza, taka roszada oznaczała, że do obrony powędrował właśnie Emanuelson, a to z koeli sprawiło, że defensywa the Cottagers przeciekała już nie tylko po stronie prawej, gdzie grał Manolev, ale że mały potop mieliśmy także na flance lewej. Choć to Fulham miało gonić wynik, piłkarz znad Tamizy co najwyżej gonili ciągle im uciekających graczy Evertonu. Jedynie swojemu bramkarzowi i olbrzymiej nieskuteczności the Toffees mogli zawdzięczać fakt, że do ostatnich minut mieli szansę na wywalczenie choć jednego punktu i przerwanie fatalnej passy meczów na Goodison.  Jednak próby piłkarzy z Londynu mogły co najwyżej powędrować do podręcznika pt. jak w piłkę nie grać. Co rusz goście próbowali wysyłać w kierunku pola karnego Evertonu długie piłki, które bez najmniejszych problemów wybijali Distin i Jagielka. Prawdziwe walenie głową w mur. Kiedy w samej końcówce Fellaini pudłował na pustą bramkę z dosłownie kliku metrów, mieliśmy idealne podsumowanie spotkania, w którym Everton był po stokroć lepszy, ale zupełnie nie radził sobie z wykończaniem akcji. Jednak Fulham nie było nawet w stanie ich stworzyć, stąd wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego Mossa, triumf nieskutecznego Evertonu należało uznać za wynik jak najbardziej sprawiedliwy. Trzecia porażka z rzędu Fulham pokazała, że nieco podstarzały i oparty na wielu wypożyczonych zawodnikach skład może mieć tym razem problemy z finiszem w górnej części tabeli. Chyba, że w trzech pozostałych do końca spotkaniach, w tym tylko jednym domowym, ujrzymy odmienionych the Cottagers, grających z zaangażowaniem i pomysłem. Proszę nam tu jeszcze wakacji nie zaczynać.

everton-away-2013

Everton górą. Dosłownie i w przenośni.

Napisane przez: cookie | Kwiecień 27, 2013

Czy warto się łudzić? Everton – Fulham

Po dwóch ostatnich derbach Londynu w tym sezonie, w których The Cottagers ponieśli niestety dwie porażki, londyńczycy będą próbowali odkuć się dziś w spotkaniu, które… zapowiada się na jeszcze cięższe. Fulham podejmie na Goodison Park drużynę Evertonu, która nie tylko – podobnie jak dwójka poprzednich rywali The Whites – walczy o udział w Lidze Mistrzów, ale do tego wygrała z The Cottagers WSZYSTKIE dotychczasowe pojedynki na swoim stadionie w Premier League. Fulham przełamało już za kadencji Martina Jola klątwę Anfield, zwyciężyło również po raz pierwszy od niepamiętnych czasów na White Hart Lane, ale czy warto łudzić się, że w końcu uzyskają także godny odnotowania wynik na obiekcie popularnych The Toffees?

Jeśli są na tym świecie eksperci piłkarscy, którzy twierdzą, że wiara w klątwę stadionów czy klątwę samych rywalizacji z poszczególnymi zespołami to wiara w pogańskie zabobony i można im po prostu zapobiec jednym, dobrym, przełomowym spotkaniem, trzeba by im pokazać specyfikę pojedynków Fulham z Evertonem, a zwłaszcza tych rozgrywanych na Goodison Park. Mimo, że w historii brytyjskiego futbolu znajdzie się kilka bardziej utytułowanych drużyn od The Toffees, z którymi The Whites radzili sobie na przestrzeni dekad dużo lepiej, to z samym z Evertonem idzie londyńczykom co najmniej jak po grudzie. The Cottagers nie zwyciężyli na obiekcie dumy niebieskiej części Liverpoolu nigdy w swojej historii, ostatni raz przywożąc stamtąd punkty… prawie 55 lat temu. 19 porażek Fulham z rzędu na Goodison Park to pewnego rodzaju futbolowy fenomen, zważywszy na to, że w ostatnich sezonach, oba zespoły bardzo zbliżyły się do siebie w ligowej tabeli i nie ma zdroworozsądkowych podstaw, by, przed każdym wyjazdem do liverpoolskiej dzielnicy Walton, zakładać, że londyńczycy wrócą z niej na tarczy. Tak jednak niestety dzieje się co roku, a The Whites nie potrafią już także “równowazyć” goodisońskich klęsk znakomitymi występami przeciwko Evertonowi na Craven Cottage (7 zwycięstw z rzędu w pierwszych siedmiu sezonach w Premier League), w związku czym z The Toffees nie wygrali już ogółem od blisko czterech lat, a o klątwie Evertonu można już powoli mówić w skali ogólnej, a nie tylko w kontekście wyjazdów na Goodison. Mając to wszystko na uwadze, o jakiekolwiek argumenty, by widzieć dziś szansę Fulham na punkty ciężko i problem wspomnianej na początku walki Evertonu o Ligę Mistrzów jest w tym momencie kwestią poboczną – The Toffees, po ubiegłotygodniowej porażce z sensacyjnym Sunderlandem Paolo Di Canio, mają już tak naprawdę tylko szczątkowe nadzieje nie tylko na awans do najbardziej prestiżowych rozgrywek pucharowych na kontynencie, ale i do europejskich pucharów w ogóle (podopieczni Davida Moyesa zajmują 6. miejsce ze stratą 5-ciu punktów do miejsca piątego, ostatniego dającego przepustkę do występów w Europie). The Cottagers – po prostu miło nas zaskoczcie!

Składy:
Everton (4-4-2): Howard – Coleman, Jagielka, Distin, Baines – Mirallas, Osman, Fellaini, Pienaar – Jelavic, Anichebe
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Manolew, Senderos, Hangeland, Richardson – Emanuelson, Karagounis, Enoh, Kačaniklić – Ruiz – Berbatow

Rok w rok, sromotna porażka na Goodison jest stałym punktem sezonu u The Whites. Czy dziś, coś z tą katastrofalną serią się zmieni?

Napisane przez: cookie | Kwiecień 20, 2013

Nieodrobione zadania domowe. Fulham 0-1 Arsenal.

Tydzień minorowych nastrojów na Craven Cottage. Piłkarze Martina Jola nie wykorzystali drugiej w przeciągu kilku dni okazji na ujarzmienie na własnym stadionie londyńskiego potentata i po środowej klęsce z Chelsea, tym razem minimalnie ulegli Arsenalowi. Ponownie, jak w środowym pojedynku, porażka nie była wynikiem wybitnej dyspozycji rywala Fulham, ale tym razem nie można już usprawiedliwiać jej brakiem szczęścia i strzałem Davidem Luiza z cyklu “stadiony świata”, a została ona poniesiona całkowicie na własne życzenie. The Cottagers walnie przyczynili się do trzeciej przegranej w ostatnich czterech spotkaniach, nie odrabiając dwóch zadań domowych z poprzednich spotkań – najpierw, z boiska szybko wyleciał wracający do składu po… zawieszeniu Steve Sidwell, a potem, gospodarze stracili bramkę-kopię sytuacji z meczu z The Blues. W końcówce, Andre Marriner wysłał na szybszy prysznic także napastnika Arsenalu, Oliviera Giroud, ale na odrabianie strat było już za późno.

O tym, że nie będzie to beztroskie popołudnie dla The Whites wiedzieliśmy już przed pojedynkiem i to nie tylko za sprawą kalibru przyjeżdżającego przeciwnika – w zespole Fulham ostatecznie zabrakło nadmiernie eksploatowanego Saschy Riethera, którego na prawej obronie zastąpił Stanisław Manolew, a oprócz tego, Martin Jol zdecydował się na kilka innych niecodziennych wariantów. I tak, w porównaniu z meczem z Chelsea, miejsce w pierwszej 11-tce stracili John Arne Riise, Giorgos Karagounis i Mladen Petrić, a zastąpili ich Kieran Richardson, wracający po trzymeczowym zawieszeniu Steve Sidwell oraz przywołany z wypożyczenia do Burnley Alex Kačaniklić. Tym samym, The Cottagers podeszli do pojedynku z wyżej notowanym rywalem z bardzo eksperymentalnymi skrzydłami Manolew-Emanuelson i Richardson-Kačaniklić, jak również dwoma defensywnymi pomocnikami w środku pola.

To właśnie jednak owa eksperymentalna mieszanka lepiej weszła w sobotnie starcie na the Cottage – już w 2. minucie spotkania, nieoczekiwaną, brawurową wymianę podań przeprowadzili na skrzydle Manolew oraz Emanuelson i po koronkowej akcji, Holender znalazł się z piłką niekryty w bocznej części pola karnego. Niestety, wypożyczony z Milanu pomocnik podał do kolegów najgorzej, jak mógł, trafiając w obrońców gości. Chwilę później byliśmy już pod Hammersmith End, gdzie piłka, po strzale Theo Walcotta, zatrzepotała w siatce bramki Marka Schwarzera, jednak liniowa Sian Massey dobrze wychwyciła, że reprezentant Anglii był na pozycji spalonej w chwili otrzymania podania. Nie była to bynajmniej ostatnia tego dnia odważna decyzja sędziowska i już w 12. minucie spotkania, arbiter główny pojedynku – Andre Marriner – wydał kluczowy dla losów meczu werdykt. Wracający po otrzymanej w meczu z QPR czerwonej kartce Sidwell o centymetry przegrał z Mikelem Artetą pojedynek o piłkę, wskutek czego próba wybicia piłki przez Anglika zakończyła się obunożnym atakiem na kostki Hiszpana. Pomocnik “Kanonierów” zawył z bólu, a popularny wśród fanów Fulham “Ginger Iniesta” szybko opuścił głowę, mając świadomość powagi popełnionego wykroczenia – niestety, na nieszczęście Sidwella, Marriner był doskonale ustawiony i widział całą sytuację, niczym siedząc w pierwszym rzędzie w kinie. Arbiter nie miał najmniejszej litości dla powracającego do meczowego rytmu Sidwella i sięgnął do tylniej kieszeni spodenek po czerwony kartonik. Anglika czekał już w tym meczu jedynie upokarzający, samotny spacer po murawie do klubowej szatni, ale nie lepsze nastroje udzielały się w tym momencie komukolwiek związanemu z Fulham – tak szybko ujrzana czerwona kartka oznaczała de facto koniec szans na zwycięstwo z rywalem rangi Arsenalu i konieczność desperackiego bronienia się przez pozostałe 80 minut, jeśli chciałoby się wywalczyć chociaż punkt. Na szczęście dla widowiska, ostatnimi kalkulującymi byli w tym momencie piłkarze The Whites, którzy oddali co prawda inicjatywę gościom, ale, wskutek wielu błędów Arsenalu w rozegraniu i ambitnych prób odbioru w wykonaniu m.in. Enoha, raz po raz, mimo mniej liczebnych sił, terroryzowali “Kanonierów” groźnymi kontrami. Prym wiódł w nich coraz bardziej imponujący Emanuelson, który nie bał się wchodzić z piłkarzami Wengera w indywidualne pojedynki, jak również zauważał wychodzących na dogodną pozycję ubranych na biało kolegów. Po jednej z takich akcji i świetnej “wystawce” Holendra, przed znakomitą okazją stanął Berbatow, który strzelił jednak tylko w Wojciecha Szczęsnego. Goście odpowiedzieli groźnym atakiem, po którym strzał Giroud otarł się o słupek świątyni Schwarzera, ale niedługo później znów oglądaliśmy zmartwioną minę polskiego bramkarza Arsenalu, który z najwyższym trudem wybronił na rzut rożny uderzenie Emanuelsona. Gdy ręce – za waleczną postawę The Cottagers – składały się do oklasków, a głowa zastanawiała się, jak wypełnić 15-minutową przerwę, przyszło najgorsze, a co… gorsza, przyszło w tym samym momencie i w tej samej postaci, co w meczu z Chelsea. Tuż przed ostatnim w pierwszej połowie gwizdkiem arbitra, goście z Emirates otrzymali rzut wolny w dalekiej odległości od bramki Fulham i po chwili, piłka wolno poszybowała w pole karne gospodarzy. Pozostawiony bez opieki Koscielny zgrał głową w okolice linii bramkowej, a tam, dzieła dopełnił Mertesacker, również głową pakując piłkę z metra do siatki. Piłkarze Wengera odetchnęli z ulgą, wreszcie przełamując opór The Whites, a piłkarzom w białych koszulkach pozostało jedynie myśleć, jak można było po raz kolejny w ten sam sposób dopuścić do przegrania meczu. Zdobyta w identycznych okolicznościach bramka Johna Terry’ego na 0-2 rozwiała wszelkie marzenia w środę; tym razem, choć “Kanonierzy” wyszli na zaledwie jednobramkowe prowadzenie, zdobycie przez Fulham jakichkolwiek punktów w takich warunkach także wydawało się już nieosiągalne.

Najpierw, Steve Sidwell nie wyciągnął indywidualnych wniosków z meczu z Queens Park Rangers…

Martin Jol zrobił jednak w szatni, co mógł i od początku drugich 45 minut, The Cottagers zaatakowali ponownie. Niezawodny tego popołudnia Emanuelson wywalczył rzut wolny w bliskiej odległości od bramki Szczęsnego, jednak stały fragment koszmarnie wykonał dużo mniej efektowny dziś od Holendra Bryan Ruiz. Po gorących pierwszych minutach drugiej odsłony meczu, pojedynek wszedł w dość cichą fazę, z której wyszedł dopiero w okolicy 70. minuty. Wtedy to, Schwarzer wyprzedził Walcotta w pojedynku o piłkę, a po drugiej stronie boiska, Manolew i Emanuelson rozegrali kolejną ładną akcję, zakończoną groźnym strzałem Bułgara. Rozgrywający dobre zawody Manolew mógł kilka minut później być bohaterem Fulham, bowiem, po następnym wolnym dla The Whites i dobrym uderzeniu Richardsona, po którym Szczęsny wypuścił piłkę przed siebie, Bułgar dobił ją do siatki. Atmosferę święta błyskawicznie zatrzymała jednak liniowa Massey, celnie wskazując, że wypożyczony z PSV obrońca był w momencie pierwszego strzału na spalonym. The Whites ponownie weszli w dobry rytm, a goście znów absolutnie nie sprawiali wrażenia drużyny dominującej liczebnie, ale należało tej sytuacji dopomóc i wprowadzić na boisko świeże nogi – tak czynił jednak tylko manager gości, natomiast holenderski szkoleniowiec Fulham czekał ze zmianami aż do 85. minuty. Wtedy to, w niewielkim odstępie czasu, na murawie pojawili się Petrić i Frei, jednak trudno było oprzeć się wrażeniu, że 10-15 kluczowych minut meczu zostało pod kątem roszad przespanych i reprezentanci Chorwacji oraz Turcji zwyczajnie nie zdołają wnieść czegokolwiek w pozostałej resztce spotkania. Los, a dokładnie… Olivier Giroud postanowił jednak wtedy dodać końcówce spotkania nieco więcej pikanterii i po ataku na kostki Manolewa w “sidwellowskim” stylu, Francuz otrzymał czerwoną kartkę równo z upływem regulaminowego czasu gry. W czasie doliczonym, gospodarze dwoili się i troili, ale okres gry wyrównanymi siłami był zbyt krótki i czasu na składną akcję zabrakło. W ostatniej akcji meczu, buszujących pod polem karnym Szczęsnego gospodarzy mogła dobić szybka kontra Arsenalu i strzał Ramsey’a, ale uderzenie Walijczyka było fatalnej jakości. “Kanonierzy”, choć niczym dzisiejszego popołudnia nie zachwycili, mogli jednak po chwili cieszyć się z trzech arcyważnych w kontekście walki o Ligę Mistrzów punktów, bowiem tego dnia wystarczyło mieć w pamięci stracone przez Fulham bramki w meczu z Chelsea i liczyć na niewyciągnięcie przez The Cottagers odpowiednich wniosków. Być może, przed kolejnym spotkaniem, podopieczni Martina Jola będą już pod tym kątem przygotowani lepiej, wszak The Whites wypadli w końcu poza pierwszą 10-tkę ligi i muszą obejrzeć się za siebie, jednak kibicowi Fulham ciężko będzie liczyć na przełamanie się zespołu na niezwykle niesprzyjającemu londyńczykom obiekcie Goodison Park.

…a potem cały zespół popełnił te same błędy w kryciu, co w meczu z Chelsea. Na nieodrabianie lekcji miejsca na poziomie Premier League nie ma.

Napisane przez: cookie | Kwiecień 20, 2013

Kolejna sąsiedzka wizyta. Fulham – Arsenal

Dopiero co, Craven Cottage opuścili sąsiedzi z pobliskiego Stamford Bridge, a już trzeba szykować cukier dla kolejnych mieszkających nieopodal przybyszów. W drugim meczu z rzędu, w którym Fulham podejmie na własnej murawie stołeczny klub walczący o udział w Lidze Mistrzów, The Whites zmierzą się z Arsenalem. Będą to zarazem ostatnie z udziałem The Cottagers derby Londynu w tym sezonie. Czy po sromotnej, ale nieco zafałszowującej przebieg meczu porażce z Chelsea, podopiecznym Martina Jola będzie sprzyjać tym razem nieco większe szczęście?

Chcąc nie chcąc, The Whites odgrywają pod koniec sezonu pewną rolę w dzieleniu między sobą ligowych łupów przez stołecznych potentatów, a ci, chcąc nie chcąc, muszą interesować się losami mniej zamożnych sąsiadów z SW6 i trzymać za nich w odpowiednim momencie kciuki. Ledwo co, “Kanonierzy” Arsène’a Wengera zdzierali gardło za The Cottagers, by ci uporali się ze swoimi odwiecznymi niebieskimi rywalami, a dziś mamy sytuację odwrotną – to Arsenal musi stawić się na the Cottage i walczyć o swoje, a popularni The Blues będą życzyli swoim najbliższym klubowym sąsiadom wszystkiego, co najlepsze. W tym wszystkim, jest również miejsce dla innych przedstawicieli Londynu w Premier League – drużyny Tottenhamu, która także walczy o wejście do najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywek. Na chwilę obecną, to ostatni oraz najbliższy rywal Fulham zajmują miejsca premiowane awansem do Ligi Mistrzów, a “Koguty” okupują najgorsze dla ligowych gigantów piąte miejsce. Wszystko może jednak błyskawicznie obrócić się o 180 stopni i każdy z trzech największych londyńskich klubów musi mieć się na perfekcyjnej baczności. Realizują to doskonale dzisiejsi przeciwnicy Fulham – The Gunners doskonale zdają sobie sprawę ze stąpania po cienkim lodzie i w końcówce sezonu imponują formą, będąc najlepiej dysponowanym zespołem w całej stawce w ostatnich pięciu kolejkach (13 punktów). Mimo tego, Arsenal wciąż nie może sobie pozwolić niemal na najmniejszy błąd (“Kanonierzy” zajmują 4. miejsce, mając dwa punkty więcej od Tottenhamu, ale też jeden mecz rozegrany więcej) i The Cottagers muszą liczyć się z równie ciężkim zadaniem, co przed kilkoma dniami. Dodatkową motywacją dla podopiecznych Wengera będzie też na pewno chęć przełamania całkiem kiepskiej passy na urodziwym obiekcie nad Tamizą i w spotkaniach z Fulham w ogóle – “Kanonierzy” nie wygrali żadnego z ostatnich czterech spotkań przeciwko The Whites, a ostatnie zwycięstwo na Craven Cottage odnieśli w zamierzchłym 2009-tym roku. Po tym, jak The Cottagers w swoich pierwszych pięciu sezonach w Premier League przegrywali z Arsenalem niemal za każdym razem, od czasu przełomowego zwycięstwa 2-1 w 2006 roku, Fulham idzie już w pojedynkach z północnolondyńskim gigantem naprawdę przyzwoicie (13 meczów, bilans 3-4-6).

Od tego spotkania zaczęła się zupełnie inna tendencja w pojedynkach Fulham z Arsenalem. 2-1 dla The Whites w sezonie 2006/2007.

Wydawać by się mogło, że od czasu meczu z Chelsea niewiele może się zmienić w sytuacji kadrowej The Whites, a jednak – Martin Jol przywrócił w ostatnich dniach z wypożyczenia Alexa Kačaniklicia i Szwed, który strzelił jedną z bramek w jesiennym meczu obu drużyn na Emirates (3-3), będzie brany przy ustalaniu składu. Do zespołu Fulham wraca także Steve Sidwell, który odbył karę trzymeczowego zawieszenia. Niepewny jest z kolei występ niezmordowanego Saschy Riethera, a z powodu ustaleń między klubami, na pewno nie zagra wypożyczony z Arsenalu na the Cottage Emmanuel Frimpong.

Przewidywane składy:
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Riether, Hangeland, Senderos, Riise – Emanuelson, Sidwell, Karagounis, Kačaniklić – Ruiz – Berbatow
Niepewny: Riether
Kontuzje: Duff, Dejagah, Diarra
Inne absencje: Frimpong
Arsenal (4-2-3-1): Szczęsny – Sagna, Mertesacker, Koscielny, Monreal – Arteta, Ramsey – Gervinho, Rosický, Cazorla – Giroud
Niepewny: Rosický
Kontuzje: Fabiański, Diaby

Fulham miało wiele powodów do radości w pamiętnym, listopadowym pojedynku na Emirates. Ile będzie ich dzisiaj?

Napisane przez: Macu | Kwiecień 18, 2013

Obrona najlepszym atakiem? Fulham 0-3 Chelsea.

O tej derbowej potyczce fani Fulham będą chcieli jak najszybciej zapomnieć. Chelsea zaaplikowała piłkarzom z Craven Cottage aż trzy bramki, przerywając pasmo remisów między tymi dwoma zespołami. O zwycięstwie the Blues przesądziła niebywała skuteczność zaprezentowana w zdawało się … remisowej pierwszej połowie. Fulham dominowało, ale to David Luiz popisał się kapitalnym strzałem z dystansu, otwierając wynik spotkania. Potem prowadzenie podwyższył John Terry i było już wiadomo, że gospodarze będą potrzebowali czegoś niezwykłego w drugiej połowie,  by triumfować w derbach dzielnicy Fulham. Cudów niestety nie było, Terry dorzucił kolejną bramkę,  potwierdzając, że w tym meczu najlepszymi atakującymi byli obrońcy. Najdobitniej zobrazował to Mladen Petrić, który dosłownie z jednego metra przeniósł piłkę nad poprzeczką (choć i tak był na pozycji spalonej). Co prawda w obronę piłkarzy Jola można powiedzieć, że spotkanie to zwyczajnie nie wyszło, nie ułożyło się jak należy, trzeba jednak napomknąć, że był to już trzeci kolejny mecz, w którym nie udało się zdobyć kompletu punktów. 

stats-chelsea-home-2013

chelsea-home-2013

Terry w Petricia się nie bawił i z metra w bramkę trafił.

Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.