Napisane przez: cookie | Luty 27, 2012

Mahamadou Diarra w Fulham!

Pozytywnie nastrajających wieści dla kibiców Fulham ciąg dalszy. Oficjalna strona internetowa poinformowała o zakontraktowaniu do końca sezonu, z opcją przedłużenia umowy o kolejny rok, Mahamadou Diarry, byłego zawodnika m.in. Olympique’u Lyon i Realu Madryt. 30-letni Malijczyk, który jeszcze kilka lat temu zaliczany był do czołówki defensywnych pomocników świata, od lata 2011 roku pozostawał wolnym agentem, po rozwiązaniu kontraktu z AS Monaco.

Pierwsze kroki w europejskim futbolu, Diarra stawiał w greckim OFI Kreta oraz holenderskim Vitesse Arnhem. W 2002 roku, Malijczyk trafił do rozpoczynającego dominację w lidze francuskiej Olympique’u Lyon. Na Stade Gerland spędził cztery lata, w każdym sezonie zdobywając mistrzostwo oraz Superpuchar kraju. Stworzył jeden z najbardziej obiecujących duetów środka pola w Europie wraz z Michaelem Essienem, który w 2005 roku odszedł za 40 milionów euro do Chelsea. Taką kwotę, Lyon zażądał również od Realu Madryt, gdy rok później “Królewscy” zgłosili się po Diarrę. Nowy trener Realu, Fabio Capello, miał wówczas powiedzieć do prezesa Ramóna Calderóna: “Chcę trzech zawodników: Diarrę, Diarrę oraz Diarrę”. Ostatecznie, hiszpańska potęga sprowadziła Malijczyka za 26 milionów euro.

Mahamadou Diarra w Lyonie

Olympique Lyon - trampolina Diarry, jak i wielu innych piłkarzy do europejskiego giganta.

Przez pierwsze dwa sezony na Santiago Bernabéu, pod wodzą Capello, a następnie Bernda Schustera, Diarra był podstawowym defensywnym pomocnikiem zespołu, zdobywając z “Królewskimi” dwa mistrzostwa (po dzień dzisiejszy ostatnie dla Realu) oraz jeden Superpuchar Hiszpanii. Kłopoty Malijczyka rozpoczęły się w październiku 2008 roku, kiedy doznał w reprezentacyjnym meczu kontuzji kolana. Gdy po miesiącu przerwy, Diarra wrócił na chwilę do składu Blancos, uraz się pogłębił i Malijczyk musiał trafić na stół operacyjny, opuszczając tym samym całą pozostałą część sezonu. Oznaczało to również rozpoczęcie poszukiwania następcy Diarry przez Real i gdy latem 2009 roku, na Bernabéu, za jeszcze większe pieniądze, trafił Xabi Alonso, stało się oczywistym, że Afrykańczyk trafi na ławkę rezerwowych. Sytuacja Diarry zagmatwała się jeszcze bardziej rok później, gdy nowy trener – José Mourinho - sprowadził do zespołu Samiego Khedirę. Malijczyk rozegrał w sezonie 2010/2011 jedynie trzy spotkania w barwach “Królewskich” i w połowie rozgrywek rozwiązano z nim umowę. Diarra trafił niebawem do francuskiego AS Monaco, jednak po sensacyjnym spadku zespołu z Ligue 1, powiązanym z wielkimi kłopotami finansowymi klubu z Księstwa, Malijczyk opuścił drużynę tuż po zakończeniu sezonu.

W reprezentacji Mali, Diarra występuje od 2001 roku, mając na koncie 64 spotkania i 6 bramek. Przez wiele lat był kapitanem ekipy “Orłów”, jednak po skomplikowaniu się sytuacji klubowej, Diarra utracił dotąd pewne miejsce w drużynie, nie znajdując się w kadrze na niedawno zakończony Puchar Narodów Afryki (na którym defensywnym pomocnikiem zespołu Mali był… Samba Diakité).

Mahamadou Diarra w Realu Madryt

Malijczyk u szczytu kariery. Czy odbuduje ją na Craven Cottage?

Napisane przez: Macu | Luty 25, 2012

Symboliczne zwycięstwo. QPR 0-1 Fulham.

Flaga Fulham ponownie załopotała na Loftus Road

Historia piszę się z każdą chwilą – z każdym wypowiedzianym słowem i z każdym wziętym oddechem.  Siatka mających właśnie miejsce wydarzeń oplata naszą planetę, tworząc niezwykle gęsto utkaną strukturę. I właśnie ilość istotnych informacji, natłok wydarzeń powodują,  że tylko niektóre będą mogły być zapamiętane i wspominane w przyszłości. O ile oczywistym jest, że w pamięć zapada nam to, co obfituje w ważne, bądź pod innym względem wyjątkowe czyny,  o tyle wydarzenia symboliczne w swojej naturze są mocno podstępne. Bo często mniej istotne jest co się stało, a większe znaczenie ma ich wydźwięk ideologiczny, przekaz jaki niosą w świat . Przykładowo, podczas drugiej wojny światowej zdobycie Iwo Jimy miało dla Amerykanów dość duże znaczenie strategiczne, ale dzięki słynnemu zdjęciu przedstawiającemu żołnierzy zatykających na wyspie flagę USA, wydarzenie to nabrało głównie znaczenia symbolicznego i propagandowego. Do podobnej kategorii można zaliczyć sobotnią derbową potyczkę z Queens Park Rangers (tak, przejdę w końcu do futbolu). Może był to typowy mecz BEZ historii, który się ciągnął i dłużył, pozbawiony większej ilości rzeczonych czynów wyjątkowych. A jednak dla kibiców Fulham ostatni gwizdek sędziego Dowda przyniósł nieopisywalny przypływ radości i dumy,  a sam mecz został na długo zapisany na twardych dyskach znajdujących się w głowach kibiców. Bowiem spotkanie niewybitne pod względem sportowym, było wręcz przepełnione symboliką i różnego rodzaju smaczkami. By już nie rozwodzić się na tematy, które poruszaliśmy w zapowiedzi, akapit ten skwituję stwierdzeniem, że wczoraj na Loftus Road Fulham zatknęło swoją zwycięską flagę, a na powiewającej w wietrze tkaninie można było dojrzeć napisane niestaranną ręką słowa:  Zamora, Hughes, derby i ambicja.  A żołnierzem, który wbij ją w ziemię był nie kto inny jak Paweł Pogrebniak.

Samba niepiłkarska

Martin Jol znakomicie zdawał sobie sprawę jakże duże znaczenie ma potyczka z QPR dla kibiców i wszystkich związanych z klubem.  Od samego początku ofensywne ustawienie the Cottagers, z dwoma napastnikami, wysyłało do gospodarzy jednoznaczną wiadomość: grany o zwycięstwo, jeńców nie bierzemy. W pierwszej jedenastce znalazło się aż pięciu zawodników typowo ofensywnych (Pogrebniak, Johnson, Ruiz, Dempsey, Debmbele), choć ten ostatni ponownie został osadzony głęboko w środku pola, z zadaniami defensywnymi. Tak oto, Holenderski szkoleniowiec mierzył nie tylko w pokonanie lokalnego rywala, ale także w odniesienie pierwszej od czasu październikowej potyczki z Wigan (0-2) wyjazdowej wygranej. No i Fulham zaczęło ten mecz wyśmienicie, wykorzystując niemal każdą słabość obrony zespołu Sparky’ego (który ponoć stracił swój połysk).  Już w czwartej minucie AJ trafił do siatki Kenny’ego, wprowadzając 4-tysięczny kontyngent przyjezdnych kibiców the Whites w stan ekstazy.  Jednak sędzia, zresztą słusznie, dopatrzył się ofsajdu. Nie minęło kilka minut, a goście byli już oficjalnie na prowadzeniu. Pewnie każdy chciałby zobaczyć minę Bobby’ego Zamory, kiedy oznaczony numerem 7 na czarnej koszulce Paweł Pogrebiak wpakował piłkę do siatki the Rs, po kapitalnej akcji i podaniu pięta Dembele. Był to drugi gol następcy Zamory w drugim kolejnym meczu, który, o tak,  w symbolicznej scenie, pobiegł celebrować gola do fanów z Craven Cottage i został wchłonięty przez tłum. Jeżeli w rywalizacji ze Stoke Rosjanin przeszedł swój chrzest, derbową bramkę strzeloną na oczach swojego poprzednika chyba należy już porównać do ślubu. Blond włosy Rosjanin z miejsca stał się ulubieńcem kibiców, i mało jest takich, którzy nie są zainteresowani przedłużeniem półrocznego kontaktu z byłym snajperem Zenita. Pogrebniak nie jest może idealną kopią swojego poprzednika, nieco gorzej gra w powietrzu, nieco gorzej zgrywa piłki, ale w jednym zdecydowanie go przewyższa – ambicją i wolą walki. Mam nadzieję, że Paweł nie obrazi się na mnie, jak porównam go do nieustraszonego czerwonoarmisty. Wracając do spotkania, Fulham kontynuowało swoją dominację, a kiedy Dempsey doszedł do dogodnej sytuacji strzałowej kilka minut później, można było mieć nadzieję, że the Hoops czeka kolejne lańsko ze strony podopiecznych Jola. Niestety, Amerykanin z typowej dla siebie pozycji w sposób nietypowy pomylił się. Gra gości mogła się jednak podobać, potrafili oni składnie wyjść podaniami z własnej strefy obronnej i konstruować bardzo groźne kontrataki. Dla QPR sytuacja uległa pogorszeniu po nieco ponad pół godziny gry. Debiutujący w zespole Samba Diakite może i ma zadatki na bycie wyróżniającym się środkowym pomocnikiem, ale wpierw musi nabrać nieco ogłady i przyzwyczaić się do tempa gry w Premier League. Malijczyk od pierwszych sekund skrzętnie pracował na to, by zostać przedwcześnie wysłanym do szatni, a po 5-6 faulach, z których niemal każdy był na pograniczu żółtej kartki, Phil Down dużego wyboru nie miał i musiał gracza Rangers z boiska wyrzucić. Paradoksalnie, od momentu kiedy gospodarze zaczęli gracz ze stratą jednego piłkarza, ich poczynania zaczęły wyglądać lepiej. Defensywa Fulham od samego początku nie sprawiała wrażenia jakoś specjalnie solidnej jednostki, ale dopiero końcówka pierwszej połowy zaczęła tę słabośćobnażać. Nagle gospodarze nieco spuścili z tempa, a Taarabt i spółka zaczęli powodować coraz większe zagrożenie pod bramką Schwarzera. Zwłaszcza groźnie było w bocznych sektorach boiska, gdzie nie najlepiej radzili sobie Kelly i Riise. Na pocieszenie mogę dodać, że w pojedynku Zamory z Hangelandem, to kapitan Norwegii okazywał się być zdecydowanie lepszy i przez cały mecz skutecznie powstrzymywał swojego byłego klubowego kolegę. Dobra, ale dość gadania, czas na drugą połowę. A za nią piłkarzom Fulham należy się ostra bura. Z okazałego początku meczu nie pozostało już nic, a grający w przewadze the Cottagers cofnęli się głęboko do obrony i z rzadka wyprowadzali jakąkolwiek akcję. Z zasady ograniczali się do wykopania piłki na połowę rywala. Co prawda QPR nie najeżdżało na bramkę Schwarzera niczym tatarscy wojownicy, ale kilka niezłych okazji padło udziałem graczy Hughesa. Fulham odgryźć się nie potrafiło, a Martin Jol wprowadzał coraz to bardziej defensywnie usposobione zmiany. Z boiska wiało nudą i kopaniną rodem z the Championship. Wreszcie, serca zadrżały fanom the Whites, kiedy w 83 minucie świetna prostopadła piłka przeszła do Wrighta-Phillipsa. Pozostający bez bramki w barwach QPR Anglik uderzył nieźle, ale genialna interwencja Schwarzera uchroniła gości przed golem. Jedyne co pozytywne w grze Fulham w drugiej połowie to końcówka. Pomni wydarzeń we wcześniejszych meczach i dużej ilości bramek straconych w ostatnich sekundach, the Whites odsunęli grę od własnej połowy i uniemożliwili the Rs grę na aferę. Przed niespodziewaną szansą stanął nawet Dickson Etuhu, który choć niepodobny do Mojżesza, ujrzał jak obrona QPR rozstępuje się przed nim niczym Morze Czerwone. Nigeryjczyk jednak nie zdołał pokonać Kenny’ego, strzelając nieco koło słupka.  Szczęśliwie, kilkadziesiąt sekund później nie miało to najmniejszego znaczenia, podobnie jak przebieg całego meczu. Sędzia zagwizdał po raz ostatni, a Fulham triumfowało po raz drugi w tym sezonie w lokalnych derbach. Na stadionie na którym przecież Fulham niegdyś grało ponownie zawisła flaga drużyny z Craven Cottage. Jednak tym razem smak zwycięstwa i rewanżu był szampańsko słodki.

QPR trafione, teraz operacja górna część tabeli

W teorii zarządzania, która zawsze zaskakiwała mnie swoją oczywistością, jakaś mądra głowa wyróżniła cele krótkoterminowe i długoterminowe. Jednym z tej pierwszej grupy celów Fulham było pokonanie QPR w derbach. Choć potyczka ta nie mogła przynieść graczom the Cottagers więcej niż trzy punkty, w sferze poza matematycznej miała niebagatelne znaczenie. Wlała w serca kibiców olbrzymią dozę dumy i radości, a przede wszystkim, zmobilizowała i zobligowała ich do wspierania zespołu już do końca sezonu. To nic, że mecz był anonimowy i gdyby przeciwnikiem nie byli Rangersi, pewnie za tydzień nikt by o nim nie pamiętał. Fani wielce pragnęli tego zwycięstwa, a że znacząco mogło się ono przyczynić do osiągnięcia celu długookresowego, tym lepiej. A cóż nim jest? Finisz w górnej części tabeli. Plan jak najbardziej realny, choć wymagający jeszcze dużo pracy, zwłaszcza nad grą obronną. O ile w ataku sytuacja wygląda coraz lepiej, a Pogrebniak z miejsca stał się istotnym elementem tej formacji, o tyle słaby jak na Fulham bilans bramkowy (-4) jest znaczącym powodem do zmartwienia. Na pocieszenie można dodać, że nadchodzące mecze domowe z Wolves, Swansea i Norwich dają perspektywy na kolejne punkty i nadzieęe na kangurzy skok do górnej części tabeli. Tymczasem Mark Hughes, Bobby Zamora i ich Queens Park Rangers będą musieli nie żałować pazurów by utrzymać się nad kreską.

Pogo wpada w ręce kibiców Fulham. Jego gol dał zwycięstwo w derbach.

Napisane przez: cookie | Luty 25, 2012

Więcej niż derby. QPR – Fulham

QPRTak wielkiego ładunku emocjonalnego przed derbowym meczem z udziałem Fulham chyba jeszcze nie było. Wydawać się mogło, że po tym, jak The Whites zdemolowali Queens Park Rangers 6-0 w wielce wyczekiwanym pojedynku na Craven Cottage w październiku, rewanż na Loftus Road nie będzie już tak samo świeżym i unikalnym doznaniem. Któż mógł jednak przewidzieć, że, w międzyczasie, nowym managerem The R’s zostanie Mark Hughes – ten sam, który kilka miesięcy wcześniej odchodził z Fulham w nieprzyjemnych okolicznościach – a do tego skusi Bobby’ego Zamorę do przejścia do lokalnego rywala. W biało-czarnej części zachodniego Londynu zapanowała ponowna, a właściwie jeszcze większa niż poprzednio żądza upokorzenia pasiastego sąsiada. W słodkiej wendecie może jednak przeszkodzić fakt, że Rangersi, mimo zimowych wzmocnień, znajdują się w coraz gorszym położeniu i potrzebują zwycięstwa jak powietrza.

Ambicja – właśnie to słowo leży u podstaw renesansu absolutnego fanatyzmu na linii QPR – Fulham w ostatnich tygodniach. W ten sposób – rzekomo niewystarczającymi ambicjami Fulham – Mark Hughes argumentował w czerwcu swoją decyzję o rezygnacji z posady managera na Craven Cottage. Tą wypowiedzią, Walijczyk podpisał na siebie wyrok gniewu ze strony osób związanych z klubem (i nie tylko – kosztowało go to także ponoć utratę szansy objęcia posady szkoleniowca Aston Villi), czego kulminacją był list otwarty Mohameda Al Fayeda, w którym określił on Hughesa “człowiekiem, który stracił swój błysk” (nawiązując do pseudonimu Walijczyka – “Sparky”). Nowy wymiar nienawiści fanów Fulham wobec Hughesa przyniosły jednak styczniowe wydarzenia, kiedy to Walijczyk objął po zwolnionym Neilu Warnocku lokalnego rywala – zespół The Hoops. Choć w pierwszej chwili, sytuacja, w której krytykujący ambicję Fulham szkoleniowiec wybrał ofertę gorzej sytuowanego, ukierunkowanego na utrzymanie w lidze klubu, wyglądała mocno groteskowo, oliwa zaczęła być dolewana do ognia błyskawicznie. Mark Hughes zbył oskarżenia o brak logiki w swoim postępowaniu, uznając decyzję o odejściu z Fulham za słuszną i nakreślając przy tym mocarstwowe plany The R’s, z wzmianką o szansach na mistrzostwo kraju w przyszłości. Kibice Rangersów mogli z chichotem patrzeć na doprowadzanych do szewskiej pasji fanów The Whites, zaś planowany na końcówkę lutego pojedynek w lidze przestał być “jedynie” derbowym rewanżem, stając się prawdziwą bitwą o jeszcze szerszym podtekście. Nie był to jednak jeszcze koniec podnoszenia ciśnienia. Hughes, korzystając z hojności mierzącego w metamorfozę QPR w ligowego potentata, malezyjskiego właściciela klubu – Tony’ego Fernandesa, stał się głównym rozgrywającym podczas zimowego okienka transferowego, sprowadzając na Loftus Road Neduma Onuohę, Djibrila Cisse, Taye Taiwo i Sambę Diakite (Malijczyk, po powrocie z Pucharu Narodów Afryki, prawdopodobnie zadebiutuje dziś w zespole The R’s), jednak na koniec postanowił zajrzeć na… Craven Cottage. W ostatni dzień stycznia, Rangersi kupili kluczowego piłkarza Fulham – Bobby’ego Zamorę – co spowodowało, że międzykibicowskie animozje weszły na jeszcze wyższy, niemal szczytowy poziom. The Cottagers, w odwiecznym sporze o wyższość jednego klubu nad drugim, zostali uderzeni w bardzo czuły punkt – lokalny rywal pozbawił ich klubowej gwiazdy. Na domiar złego, klubowa gwiazda szybko zaczęła pochlebnie wypowiadać się o ambicjach nowego pracodawcy.

Tyle tylko, że to, co pierwotnie rysowało się dla fanów The Hoops w jasnych barwach, na razie przybiera ciemne kolory. Choć Cisse i Zamora strzelili bramki w swoich debiutach w barwach QPR, Mark Hughes wygrał na razie zaledwie jedno z pięciu ligowych spotkań w roli nowego managera klubu (4 punkty na 15 możliwych). Rangersi przegrali arcyważne pojedynki z sąsiadującymi w ogonie tabeli Wolves oraz Blackburn, spychając na barki spotkania z rozjuszonym sąsiadem wielką stawkę. Terminarz lokalnych rywali The Cottagers zesłał im iście piekielną końcówkę sezonu, w której niemal co tydzień będą się mierzyć z czołowymi zespołami Premier League – mecz z Fulham jest jednym z bardzo niewielu spośród pozostałych spotkań Rangersów, przy którym mogą realnie myśleć o zwycięstwie. Upragniona przez fanów The Whites (którzy mają się dziś stawić na Loftus Road w liczbie około 4 tysięcy) porażka gospodarzy może katastrofalnie wpłynąć na morale w obozie The R’s.

W zwycięstwo z pewnością mierzy Martin Jol, który zdaje sobie sprawę z wagi dzisiejszego spotkania i prawdopodobnie prawidłowo kwalifikuje je jako derby ważniejszego kalibru niż spotkania z Chelsea. Holender będzie miał do dyspozycji niemal pełną kadrę – powracają Andy Johnson, Philippe Senderos i Orlando Sa, co sprawia, że wyłączeni są jedynie Zdenek Grygera oraz zmagający się z przepukliną brzuszną Steve Sidwell. W ataku Fulham ponownie zobaczymy mającego za sobą obiecujący debiut Pawła Pogrebniaka. Jeśli Rosjanin po raz kolejny będzie pokazywał się z imponującej strony, wówczas szumnie zapowiadane gwizdy przyjezdnych kibiców pod adresem Bobby’ego Zamory mogą szybko ustać. Wobec dobrych występów Pogrebniaka, Anglik będzie po prostu błyskawicznie na SW6 zapomniany.

Przewidywane składy:
QPR (4-4-1-1): Kenny – Onuoha, Ferdinand, Gabbidon, Taiwo – Mackie, Barton, Diakite, Wright-Phillips – Taarabt – Zamora
Zawieszony: Cisse
Kontuzje: Campbell, Helguson, Young
Fulham (4-2-3-1): Schwarzer – Kelly, Senderos, Hangeland, J. Riise – Murphy, Dembele – Duff, Ruiz, Dempsey – Pogrebniak
Kontuzje: Sidwell, Grygera

Mark Hughes trenerem QPR

Jedni go nienawidzą, drudzy pokładają w nim wszelką nadzieję. Główny sprawca jeszcze bardziej wyjątkowego charakteru spotkania.

Napisane przez: cookie | Luty 11, 2012

Napastnik robi różnicę. Fulham 2-1 Stoke.

Wszelkie przypuszczenia co do zbawiennego wpływu klasowego napastnika na grę Fulham znalazły doskonałe potwierdzenie w praktyce. The Cottagers, którzy ze sporymi problemami musieli sobie radzić w ostatnich spotkaniach bez żadnego nominalnego napastnika na boisku, przed meczem ze Stoke zostali wzmocnieni dopuszczeniem do gry Pawła Pogrebniaka. Jak wielką różnicę zrobiła obecność na murawie “9-tki” z krwi i kości, pokazał sam początek meczu, w którym Rosjanin, po przytomnym zachowaniu w polu karnym, strzelił wymarzonego gola w debiucie w barwach Fulham. Podobnie, gdy nowy napastnik The Whites, z powodu urazu, zszedł z boiska w środku drugiej połowy, taktyka Fulham ponownie się posypała i zgromadzeni na Craven Cottage byli świadkami bardzo nerwowej końcówki. Na szczęście, podopiecznym Martina Jola udało się dowieźć prowadzenie nad “Garncarzami” do końca, a przed nami dwa tygodnie przerwy, w trakcie której do dyspozycji powinien powrócić mający – jak się okazało – bardzo istotne znaczenie dla zespołu Pogrebniak.

Statystyki meczu ze Stoke City

Choć Rosjanin przychodził na Craven Cottage w atmosferze dalekiej od wszechobecnej ekscytacji – panowała opinia, że nieimponujący wyczynami strzeleckimi w Stuttgarcie napastnik jest tylko dodatkowym wzmocnieniem zimowym Fulham, a w miejsce Bobby’ego Zamory przyjdzie snajper pokroju Lucasa Barriosa – z dnia na dzień coraz powszechniejsza stawała się ciekawość tego, jak moskwianin spisze się w białej koszulce. Fani The Whites pogodzili się z faktem, że nadzieje, co do zastąpienia Zamory, trzeba złożyć w reprezentancie “Sbornej”, a na korzyść Pogrebniaka działał także fakt, że w spotkaniach z West Bromwich Albion oraz Manchesterem City, w których Fulham grało bez nominalnego napastnika na boisku, drużynie Martina Jola brakowało wyraźnie rosłego zawodnika, który przytrzyma piłkę na połowie przeciwnika i pozwoli konstruować obfitej w jakość drugiej linii The Cottagers zespołowe akcje. Mimo, że była w tym wszystkim potrzeba posiadania bardziej jakiegokolwiek klasowego zawodnika o tych parametrach, niż właśnie Pogrebniaka, Rosjanin mógł liczyć na dużą sympatię i kredyt zaufania od fanów Fulham, którzy przez ostatnie dni przekrzykiwali się na forach w kwestii utworów czy przydomków poświęconych piłkarzowi, który miał zadebiutować w spotkaniu ze Stoke. Zgodnie z zapowiedziami Martina Jola, Pogrebniak wyszedł na spotkanie z “Garncarzami” Tony’ego Pulisa w podstawowym składzie The Whites, choć niektórym kibicom Fulham, radość z obecności Rosjanina w pierwszej 11-tce mogła popsuć nieco eksperymentalna taktyka, na jaką zdecydował się holenderski manager. Jol posłał w bój kwartet ofensywnych pomocników Fulham – Clinta Dempsey’a, Bryana Ruiza, Moussę Dembele oraz Damiena Duffa – i co bardziej przezorni sympatycy The Cottagers zastanawiali się, kto będzie towarzyszył Danny’emu Murphy’emu w zabezpieczaniu środka pola. Uwagę zwracała także nieobecność kontuzjowanego Phillipe’a Senderosa i powrót do zespołu Aarona Hughesa, który w spotkaniu z innym klasycznym, wyspiarskim zespołem – Evertonem, w meczu FA Cup – miał spore problemy w powietrznych pojedynkach.

Tego dnia, Martin Jol wytypował jednak dobrą wyjściową jedenastkę i w pierwszej połowie, Fulham zdecydowanie przeważało na boisku. Rolę przeznaczoną zazwyczaj dla Steve’a Sidwella, bądź Dicksona Etuhu, w znakomitym stylu przejął notujący wielki postęp w grze defensywnej Dembele, zatrzymując w początkowych fragmentach meczu wiele kontr zespołu Tony’ego Pulisa. Paweł Pogrebniak czuł się dobrze w mroźnych warunkach panujących w Londynie, pokazując w pierwszych minutach spotkania zgrania piłki do kolegów, jakich nie powstydziłby się Bobby Zamora. Po kwadransie, Rosjanin zaczął już zaś w pełni spłacać dług wobec klubu, który na niedługo przed Euro 2012 rzucił mu koło ratujące być może upadającą w Niemczech karierę. John Arne Riise odpalił lewą nogą strzał z około 25 metrów przed bramką strzeżoną przez Thomasa Sorensena i piłka wpadła w gąszcz znajdujących się w polu karnym Stoke zawodników obu zespołów. Popularny “Papo” (jak brzmi “oficjalny” przydomek Pogrebniaka) wykazał się znakomitym refleksem, zatrzymując bardzo niecelną petardę Norwega i samemu wymierzając po chwili uderzenie pod poprzeczkę bramki gości. Zdezorientowany błyskawicznym obrotem sytuacji Sorensen ledwo drgnął, w przeciwieństwie do fanów The Cottagers, którzy wystrzelili do góry, świętując wymarzoną bramkę Rosjanina w debiucie. A to w kwestii strzałów i zachowań rakietopodobnych nie był jeszcze koniec. Po odpowiedziach The Potters na gola Pogrebniaka, z których na szczęście nie wyniknęło nic poważnego, Fulham ruszyło z kontrą i na 30 metrze, piłkę przejął osamotniony Dempsey. Choć Amerykanina śmiało nazwać można lisem pola karnego i piłkarzem zdolnym do zdobywania bramek “z niczego”, spektakularne próby Teksańczyka z dystansu zazwyczaj kończyły się fiaskiem i uczuciem zmarnowania akcji. I gdy podobne słowa chciało się wypowiedzieć znowu, bo Dempsey po raz kolejny zabrał się za atomowe uderzenie, piłka – idealną parabolą – pofrunęła w kierunku poprzeczki bramki Sorensena, odbijając się od niej, ale po kolejnym odbiciu – od pleców Duńczyka – przeszła za linię bramkową. Dempsey pobiegł celebrować w wymowny sposób – imitując złożonymi dłońmi oczy wyskakujące z ekstazy z orbit. Bramka najwyższej urody, choć zaliczona niestety jako samobójcze trafienie Sorensena. Co najważniejsze – w dwubramkowym prowadzeniu The Whites nie było przypadku. Kibice Fulham wreszcie oglądali drużynę w komplecie, z każdym ogniwem na swoim miejscu i na przerwę, The Cottagers schodzili z całkowicie zasłużonymi trzema punktami na wyciągnięcie ręki. Zabrakło jedynie wisienki na torcie, jaką mógł być gol Damiena Duffa do szatni, na 3-0, jednak bramkarz gości, w sytuacji sam na sam z Irlandczykiem, uniemożliwił mu trafienie do siatki maksymalnym skróceniem kąta.

Celebracja Clinta Dempsey'a

"Co ja wyprawiam w tym sezonie?"

Zgodnie z oczekiwaniami, zaskakująco słabi w pierwszej odsłonie spotkania The Potters ruszyli do ataku od początku drugich 45 minut. Stały fragment gry, które u “Garncarzy” są dopracowane niczym rzemieślnicze arcydzieła, niemal na gola zamienił w podbramkowym chaosie Matthew Upson. O ile jednak zdobycie bramki przez gości odebrane byłoby w tamtym momencie jeszcze na spokojnie, gdyż na boisku znajdował się optymalny skład Fulham, zdolny odpowiedzieć na ewentualną utratę gola kolejnymi trafieniami, o tyle wymarzona personalnie sytuacja zaczęła się niebawem sypać. Koło 60. minuty, po powietrznym pojedynku, Pogrebniak wylądował na murawie źle ułożoną stopą i po chwili zaczął zwijać się z bólu. Choć początkowo można było mieć nadzieję, że zdeterminowany Rosjanin przezwycięży cierpienie, bowiem po minucie spędzonej za linią boczną powrócił biegiem na murawę, natychmiast wykonując imponujący wślizg, to po niedługim czasie, “Papo” ostatecznie poddał się. Reprezentant “Sbornej” zszedł z murawy Craven Cottage w akompaniamencie kibicowskiej owacji na stojąco, na które to brawa całkowicie zasłużył. Szczere podziękowania fanów The Whites dla dobrze spisującego się debiutanta łączyły się jednak ze szczerym niepokojem, bowiem zejście Pogrebniaka oznaczało powrót do gry bez nominalnego napastnika i bardzo prawdopodobne kłopoty. Wytypowany do wejścia za Rosjanina Simon Davies wniósł niewiele do gry The Cottagers, będąc zbyt filigranowym piłkarzem na bardzo fizyczną drużynę gości. The Whites z każdą minutą byli coraz bardziej konsekwentnie wypychani z połowy “Garncarzy”, którzy atakowali raz za razem. Na 10 minut przed końcem, Craven Cottage zadrżało, bowiem, po rzucie rożnym, Stoke zdobyło bramkę kontaktową, autorstwa Ryana Shawcrossa. Martin Jol nie patyczkował się, posyłając na plac gry Dicksona Etuhu oraz Chrisa Bairda i przydzielając im jasne, destrukcyjne zadania. Mimo nieustannych ataków The Potters i aż pięciu minut gry doliczonych przez Chrisa Foy’a, Fulham obroniło korzystny rezultat, odnosząc bezcenne zwycięstwo w ważnym momencie sezonu. W ostatniej akcji meczu, po wybiciu piłki na połowę gości, Dempsey miał nawet przed sobą pustą bramkę, po tym, jak wyprzedził Sorensena, jednak trafił w słupek. Zwycięstwo róznicą dwóch bramek byłoby jednak niezasłużonym rezultatem i wymęczone 2-1 znacznie dokładniej oddaje to, co wydarzyło się tego popołudnia na Craven Cottage. Kibice The Whites są chyba jednak skłonni wybaczyć Martinowi Jolowi kiepską, może nawet bardzo kiepską końcówkę spotkania. Gdy na boisku znajdował się Paweł Pogrebniak, widzieliśmy to Fulham, jakie chcemy oglądać zawsze, co daje wiele nadziei na końcowe miesiące rozgrywek.

Paweł Pogrebniak strzela na 1-0

Paweł Pogrebniak wkroczył do Premier League w wielkim stylu. Rosjanin ma predyspozycje, by być odpowiedzią na taktyczne problemy Fulham.

Napisane przez: cookie | Luty 11, 2012

Bestia ze Wschodu na bestie z Północy. Fulham – Stoke

Stoke CityPrzed Fulham pięć niezwykle istotnych spotkań, które powiedzą nam, na jaki scenariusz na koniec sezonu należało się będzie przygotować. Serię tę, The Whites rozpoczynają od wymagającego testu – na Craven Cottage przyjeżdża znane z twardej i zdecydowanej gry Stoke City. W przezwyciężeniu bestii Tony’ego Pulisa ma pomóc piłkarz, którego zapewne nie powstydziłby się posiadać w składzie mający słabość do rosłych napastników manager The Potters. W barwach Fulham zadebiutuje następca Bobby’ego Zamory, Paweł Pogrebniak.

Przez następne tygodnie, The Cottagers będą u siebie podejmować “Garncarzy” ze Stoke, “Wilki” Micka McCarthy’ego oraz beniaminka ze Swansea, a także wyjadą na mecze z QPR oraz Aston Villą. To pięć pojedynków, w których przeciwnikami Fulham będą zespoły z sąsiednich miejsc w tabeli, teoretycznie w zasięgu piłkarzy Martina Jola. Po nich, na The Whites czeka ciężka końcówka sezonu, w której rozegrają wiele spotkań z ligowymi potentatami. By nie miały one znaczenia dla losów Fulham, The Cottagers muszą zdobyć się w następnych spotkaniach na wciąż wyczekiwaną regularność i zapewnić w nich sobie ligowe bezpieczeństwo. Mieszane wyniki zepchną The Whites do grupy zespołów objętych walką o utrzymanie, mogąc wprowadzić wiele nerwowości na finiszu rozgrywek. Ważne tygodnie czekają również na “Garncarzy” Tony’ego Pulisa. Przez pierwszą połowę rozgrywek, Stoke okupowało komfortowe miejsce w górnej połowie tabeli, grając do tego znakomicie w europejskich pucharach. W tym momencie, The Potters notują serię trzech porażek w lidze, mając nad The Whites już tylko trzy punkty przewagi. W tygodniu, “Garncarze” powrócą także do kontynentalnych zmagań, mierząc się w 1/16 finału Ligi Europy z Valencią, jednak w obliczu kiepskich rezultatów w Premier League, wymarzone przez kibiców zespołu z Britannia Stadium występy ich pupili w europejskich pucharach mogą narobić Tony’emu Pulisowi jedynie dodatkowych problemów.

To, z czym walijski szkoleniowiec dzisiejszych gości kłopotów nie ma, to wysocy, klasowi napastnicy. Patrząc na kadrę The Potters, w której znajdują się m.in. Peter Crouch, Kenwyne Jones, Ricardo Fuller, Cameron Jerome czy Jonathan Walters, ciężko oprzeć się wrażeniu, że pewien Holender mógł wysłać na Britannia Stadium faks z propozycją choćby wypożyczenia któregoś z wyżej wymienionych piłkarzy. Tymczasem, po odejściu Bobby’ego Zamory, Fulham było zmuszone grać w dwóch spotkaniach bez żadnego nominalnego napastnika, oczekując na zakończenie prac papierkowych związanych z transferem Pawła Pogrebniaka. Dziś, wszystkie gdybania i obawy są już na szczęście nieaktualne. Rosjanin, który jeszcze przed przylotem do Londynu doczekał się od spragnionych nowego idola w ataku kibiców The Whites dziesiątek przydomków (m.in. Pogo, Ivan Drago, Pogman, Bestia ze Wschodu – Beast from the East – czy po prostu The Pog), ma już pozwolenie na pracę w Wielkiej Brytanii, a po sesjach treningowych – najpierw indywidualnej, na początku tygodnia w Paryżu, zaś przedwczoraj już z zespołem – jest w opinii Martina Jola gotowy do gry. Pawle Wiktorowiczu – czyńcie swą powinność!

Przewidywane składy:
Fulham (4-2-3-1): Schwarzer – Kelly, Hughes, Hangeland, J. Riise – Baird, Murphy – Duff, Dembele, Dempsey – Pogrebniak
Kontuzje: Senderos, Johnson, Sidwell, Grygera
Stoke (4-4-2): Sorensen – Wilkinson, Woodgate, Shawcross, Wilson – Pennant, Whelan, Delap, Etherington – Walters, Crouch
Niepewni: Etherington, Jerome
Kontuzje: Sidibe
Zawieszony: Huth

Paweł Pogrebniak na treningu Fulham

Od tego, jak Paweł Pogrebniak przyswoi sobie piłkarską filozofię Martina Jola, w sporej mierze zależą losy Fulham w pozostałych miesiącach sezonu.

Passa przysypana śniegiem

Fantastyczna forma zawodników Fulham na obiekcie Manchesteru City, która objawiła się czterema kolejnymi meczami bez porażki, była prawdziwą futbolową anomalią. Albowiem zespół z zachodniego Londynu od kilku ładnych lat na wyjazdach gra jakby za karę i z rzadka jest w stanie przywieźć coś więcej niż remis. Gdy czynnik ten połączyć z rosnącą na naszych oczach potęgą the Citizens, osiągnięcia the Cottagers na City of Manchester Stadium jawiły się jako jeszcze bardziej zagadkowe. W iście zimowej scenerii, z gęsto padającym śniegiem, liniami pokrywającymi się białym puchem i żółtą piłką pozostawiającą ślady na zaśnieżonej murawie, Fulham raz jeszcze rzucało wyzwanie losowi i jego pokrętnym, niezrozumiałym zrządzeniom. Jednak prócz naiwnej wiary w cuda i statystyki, kibice the Whites nie dysponowali żadnymi racjonalnymi argumentami, które pozwalały im być pozytywnej myśli. Drużyna jeszcze nie do końca pozbierała się po tąpnięciach ostatnich godzin okienka transferowego, a mecze z liderem na jego stadionie trudno uznać za łatwy teren do zdobywania punktów. I tak oto, anomalia pogodowa w skali brytyjskiej – śnieg, przysypała tą niesamowitą passę londyńczyków w Manchesterze.  City wygrało gładko 3-0, nazbyt się przy tym nie trudząc. The Cottagers za główny cel mogli tylko obrać minimalizację strat i pozostawienie po sobie dobrego wrażenia. Czym im się to udało, postaram się ocenić w drugiej części tej notki. Natomiast obawiam się, że będzie potrzeba nieco więcej niż jednej wiosny i roztopów, by istniała szansa na wydobycie fulhamowej passy spod śniegu.

Napastnika brak

Chociaż w pierwszej jedenastce Martina Jola ponownie nie pojawił się żaden rasowy napastnik, w składzie mieliśmy dwa pozytywne akcenty. Nie umniejszając talentowi Davida Stockdale’a, widok Marka Schwarzera, który powrócił do bramki, niezwykle ucieszył moje oczy. Podobnie było zresztą z Moussą Dembele, który uporał się z kontuzją biodra. Holenderski szkoleniowiec zdecydował się zagrać ustawieniem 4-5-1, z Chrisem Bairdem w roli lewego obrońcy i Clintem Dempsey’em w roli atakującego. Wobec kontuzji Sidwella, z niełask powrócił Dickson Etuhu, który stworzył parę środkowych pomocników z Murphym. Bryan Ruiz zasiadł tylko na ławce rezerwowych. Niestety tego dnia problemem the Cottagers nie była taktyka. Goście już od samego początku grali, jakby byli już pogodzeni z losem, brakowało walki i zaangażowania. Tymczasem Manchester ze swobodą wymieniał piłkę i spychał defensywę rywala w kierunku jej własnej bramki. Niestety z formacji, która swojego czasu była jedną z najlepszych poza tzw. top four, już niewiele zostało, a w sobotę mieliśmy kolejny tego dowód. The Citizens wystarczyło 10 minut by ją złamać. Czy w tym wypadku Adam Johnson symulował, czy też rzeczywiście Baird nieco pomógł mu przewrócić się na śliskiej murawie, pozostanie sprawą sporną. Fakt był natomiast taki, że Mike Dean podyktował karnego, a Aguero uczynił to, co nie udało mu się w finale Ligi Europy – pokonał Marka Schwarzera. Od tego momentu zawodnicy z Londynu mieli już tylko pod górkę, choć jeszcze rok temu byli w stanie sprostać takim okolicznościom. Największą aktywność w grze przejawiał Damien Duff, ale dogranie piłki osamotnionemu Dempsey’owi graniczyło z cudem.  Ponadto współpraca Irlandczyka z jego rodakiem, Stephenem Kelly, pozostawiała wiele do życzenia. Fulham w ofensywie nie stanowiło w zasadzie żadnego zagrożenia, a pojedynczy strzał Duffa w pierwszej połówce to zdecydowanie za mało. Na przeciwnym skrzydle Simon Davies zaliczał wybitnie anonimowy mecz i ciężko przypomnieć sobie jedną dobrą akcję z udziałem Walijczyka. Nie najlepiej grał także Moussa Dembele, któremu ewidentnie przeszkadzały trudne warunki pogodowe i okres odpoczynku od piłki. Momentami Belg irytował swoimi niecelnymi zagraniami. Jednak jeżeli chodzi o graczy Fulham, kamera najczęściej zatrzymywała się na osobie Chrisa Bairda. Wpierw Północny Irlandczyk sprokurował kontrowersyjnego karnego, następnie Johnson raz jeszcze przewrócił się po starciu z Bairdem. Tym razem symulacja Anglika była już jednak ewidentna. Wreszcie, ta dwójka starła się raz jeszcze, Johnson próbował dograć, ale futbolówka odbiła się od Bairda i wpadła do siatki. Druga bramka w zasadzie przesądziła już sprawy, a goście kompletnie stracili zapał do gry. W drugiej połowie obraz się nie zmienił, goście mieli kilka pomniejszych szans, ale uderzenie z wolnego Bairda, strzał Riise, czy też wreszcie samobójcza “próba” Dzeko drogi do bramki Harta nie znalazły. Wejście Ruiza niewiele pomogła. Zawodnik, który teoretycznie miał grać z przodu, podobnie jak Dempsey, bardzo często wracał się do środka pola, by w ogóle piłkę powąchać. Niestety, nie mając w polu karnym rywala żadnego gracza, o bramki jest ciężko. Tymczasem City dorzuciło trzeciego gola, kiedy Aguero wykorzystał kontuzję słabego tego dnia Senderosa, obiegł go bez problemu i wyłożył piłkę Dzeko. Śnieg przysypywał Manchester, a piłkarz Manciniego bawili się w nim jak dzieci, całkowicie kontrolując grę. Kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek, gracze z the Whites szybko uciekli do szatni by wziąć ciepły prysznic i jak najszybciej zapomnieć o tym spotkaniu.

W oczekiwaniu na Pogrebniaka

Przegrana z Manchesterem City rzecz jasna była wkalkulowana w lutowy plan, jednak od straty punktów zdecydowanie bardziej martwiący był jej styl. Mecz z the Citizens, w połączeniu z nie najlepszym występem z West Bromwich, powodują, że na twarzach kibiców może zaczynać się malować pewna niepewność. Dół tabeli jest coraz bliżej, a sześć punktów przewagi to zaliczka tylko z pozoru bezpieczna. Na obecną chwilę Fulham sprawia wrażenie drużyny nieco rozbitej, niepoukładanej, gdzie brakuje powtarzalności i jakiegoś planu gry. Wysoka forma Clinta Dempsey’a nie wystarcza, by pod bramką przeciwnika powodować zagrożenie, a on sam nie nadaje się do gry w roli głównego napastnika. I tutaj dochodzimy do punktu, gdzie jestem zmuszony stwierdzić, że zespół na gwałt potrzebuje typowego snajpera. Nie musi być to wielki technik, nie musi to być człowiek, który strzela mnóstwo bramek. Jak dla mnie, to może być nawet kłoda drewna, byle była w stanie przytrzymać piłkę, powalczyć z obrońcami, włączyć do gry kolegów i od czasu do czasu trafić do siatki. Czy Paweł Pogrebniak będzie odpowiednią osobą? Tego zagwarantować się nie da. Mam jednak wrażenie, że jakkolwiek Rosjanin by nie grał, drużyna powinna prezentować się lepiej. Jakiś ząb, choćby i tania atrapa, do tej dziurawej formacji musi być wstawiony.

Pogoda wariuje, ale statystyki wracają do normalności.

Manchester CityChoć ostatnio pesymistycznych nastrojów wokół Fulham nie brakuje i ewentualne przegrane – a nawet rozczarowujące remisy, takie jak w ostatnim meczu z West Bromwich Albion – będą przyjmowane przez wielu kibiców The Whites z większym niż dotychczas niepokojem, to porażka w następnym meczu The Cottagers wydaje się być przez wszystkich wkalkulowana. Fulham wyjeżdża na Etihad Stadium, by zmierzyć się z liderującymi tabeli miliarderami z Manchesteru City, którzy wygrali dotychczas wszystkie 11 ligowych spotkań na własnym terenie. Czy piłkarzy Martina Jola stać na “Obywatelskie” nieposłuszeństwo i sprawienie sensacji na obiekcie Citizens, jaką byłoby wywalczenie jakiejkolwiek zdobyczy punktowej?

City of Manchester Stadium – panująca do 8 lipca 2011 roku poprzednia nazwa stadionu “Obywateli” była niczym balsam dla uszu fanów The Whites. To w błękitnej części Manchesteru, fatalnie spisujące się poza domem Fulham osiągało najlepsze wyjazdowe rezultaty w ostatnich latach, wygrywając 3:2 w niezapomnianym sezonie “The Great Escape” i nie przegrywając żadnego z trzech kolejnych ligowych pojedynków na Eastlands (zwycięstwo i dwa remisy). Choć Citizens z sezonu na sezon dysponowali coraz potężniejszym arsenałem, stopniowo przeobrażając się w zespół, jakim są teraz, z jakichś przyczyn nie potrafili u siebie pokonać przyjezdnych znad Tamizy, notując ostatnie domowe zwycięstwo nad The Whites w Premier League w… listopadzie 2006 roku. Czasy, w których Fulham mogło liczyć na Opatrzność przy okazji wizyty na Eastlands, zdały się jednak odejść w niepamięć w chwili wspomnianego przemianowania stadionu City, bowiem pod nazwą Etihad Stadium jest on prawdziwym miejscem kaźni ligowych przeciwników. “Obywatele” mają jak na razie na koncie komplet domowych zwycięstw w obecnych rozgrywkach Premier League, ogrywając u siebie m.in. Arsenal, Tottenham, czy Liverpool i nie inne oczekiwania są przed meczem z The Whites, mimo, że to Fulham jako pierwsze w tym sezonie zatrzymało City, wywalczając na Craven Cottage remis 2-2. Punkty z obiektu Citizens wywoziły w tym sezonie jedynie Napoli (remis w Lidze Mistrzów) oraz Manchester United i – za drugą próbą – Liverpool (zwycięstwa, eliminujące City kolejno z Pucharu Anglii oraz Pucharu Ligi). Dwa ostatnie przypadki miały miejsce w styczniu – podopieczni Roberto Manciniego są w ostatnim czasie zdecydowanie mniej nieśmiertelni niż na początku rozgrywek i po wyjazdowej porażce z Evertonem w ostatniej kolejce, zostali dogonieni w tabeli przez sąsiadów z United, trwoniąc pięciopunktową przewagę z wcześniejszej części sezonu.

Najważniejszą informacją personalną dla fanów Fulham jest powrót Moussy Dembele, który po kilkutygodniowych zmaganiach z urazem biodra jest ponownie do dyspozycji Martina Jola. Ze składu wypadł natomiast Steve Sidwell, który ponownie nabawił się przepukliny brzusznej i powtórnie może trafić na stół operacyjny – przerwa Anglika w grze może wynieść nawet do półtora miesiąca. Do łask Holendra może więc powrócić Dickson Etuhu, co do którego Jol zdradził, że w ostatnim czasie był odsunięty od zespołu z powodu chęci przenosin poza Craven Cottage w celu bardziej regularnej gry. Media donoszą także, że w kadrze na mecz może się znaleźć Mark Schwarzer, jednak na stronie oficjalnej Fulham nie ma potwierdzenia tej informacji. Paweł Pogrebniak wciąż czeka na pozwolenie na pracę, które ma być załatwione przed meczem ze Stoke City w następną sobotę.

Przewidywane składy:
Manchester City (4-4-2): Hart – Richards, Kompany, Lescott, Clichy – Johnson, Barry, Milner, Silva – Aguero, Dzeko
Niepewni: Richards, Kompany
Zawieszony: Balotelli
Inne absencje: Kolo Toure, Yaya Toure (Puchar Narodów Afryki)
Fulham (4-4-2): Stockdale – Kelly, Senderos, Hangeland, J. Riise – Duff, Baird, Murphy, Dembele – Ruiz, Dempsey
Niepewni: Schwarzer
Kontuzje: Sidwell, Johnson, Sa, Grygera
Nieuprawniony: Pogrebniak

Duff strzela na City of Manchester Stadium

Ubiegły sezon - Damien Duff "tradycyjnie" urywa punkty dla Fulham na obiekcie Citizens. Czy warto wierzyć w kolejny cud na Eastlands?

Napisane przez: Macu | Luty 1, 2012

Dempsey to za mało. Fulham 1-1 WBA.

W kierunku granicy…

Kiedy we wczorajszy wieczór reflektory rozświetliły pogrążone w mroku Craven Cottage, a stadion zaczął wypełniać się kibicami, w powietrzu unosiło się coś jeszcze, prócz siarczystego jak na brytyjskie realia mrozu. Nawet w przekazie telewizyjnym można było wyczuć, że położony nad Tamizą obiekt został owładnięty mieszanką niepewności i antycypacji.  I nie chodziło o powrót na stare śmieci Roya Hodgsona. Wydarzenie to zeszło na dalszy plan wobec poczucia, że wypadki dnia poprzedniego mogą mieć wielki wpływ na losy klubu i decydować o jego sukcesie bądź porażce.  O transferze Bobby’ego Zamory napisaliśmy już prawie wszystko, więc pozwolę sobie po cichu przejść obok tego tematu. Nie mam jednak wątpliwości, że podobnie jak ja, tak i całe Craven Cottage z niemałą ciekawością, ale i obawą przypatrywało się temu, co na łamach naszego serwisu odważyliśmy się nazwać nową erą. Kibice wyczuli zresztą, że tego dnia, tak jak rzadko kiedy, drużyna potrzebowała  wsparcia i swojego rodzaju legitymizacji, stąd od samego początku fani gorąco wspierali piłkarzy

Granica?

Oczywiście daleki jestem od wyjmowania z piwnicy wiadra z farbą i odrysowywania linii, która oddzieli to co dotychczas było, od tego co będzie. Zimowe okienko transferowe, choć spowodowało niemały wstrząs wewnątrz klubu, w żadnej mierze w samym sobie nie stanowi żadnej granicy. Procesy zmian i transformacji mają to do siebie, że z zasady są rozłożone w czasie. Zatem odejście Zamory, osoby o wielki wpływie na drużynę, należy mimo wszystko uznać jedynie za swoisty katalizator, coś co zwiększyło tempo tych zmian. Nie było to jednak równoznaczne z naciśnięciem guzika, który przeniósł nas do nowej rzeczywistości. Tak więc choć mecz z WBA wywołał u nas wiele emocji i wzbudził dużą uwagę, tak na prawdę miał bardziej wymiar symboliczny i nie powinniśmy traktować go jako wyznacznik,  czy papierek lakmusowy. Jak na ironię, mecz ten potwierdził to, co wiedzieliśmy już wcześniej.

Bezzębni

Ograniczone zasoby kadrowe zmusiły Martina Jola do wystawienia składu, który raczej nie ma najmniejszych szans na długotrwały byt. Kontuzja Moussy Dembele, brak uprawnienia do gry Pogrebniaka i rzekomy uraz pachwiny Andy’ego Johsona spowodowały, że za zadanie ofensywne odpowiedzialna była para napastników, która niemal przez cały sezon występowała wcześniej w pomocy. Mam tu na myśli Clinta Dempsey’a i Bryana Ruiza. Pozostałe formacje zostały skomponowane w sposób, którego można było się spodziewać, choć powrót Simona Daviesa do wyjściowego składu można było uznać za małą niespodziankę. Za to zgodnie z przewidywaniami przebiegało samo spotkanie. Okres wyrównanej gry na samym początku powoli przeradzał się w coraz bardziej wyraźną przewagę Fulham. The Whites długo utrzymywali się przy piłce, ale niestety nie przekładało się to na ilość stwarzanych sytuacji w polu karnym rywala. To piłkarze Hodgsona, za sprawą Fortune byli dwukrotnie bliscy wyjścia na prowadzenie w pierwszej połowie, ale Francuz nie był w stanie wykorzystać swoich pół-sytuacji. W drużynie the Cottagers karty starali rozdawać się Murphy i Duff, napędzający akcje gospodarzy. Niestety trudno było pozbyć się wrażenia, że mimo wielkiego wysiłku wkładanego w ten mecz przez Ruiza i Dempsey’a, atakowi zespołu nadal czegoś brakowało. Kostarykanin często wracał się do środka pola, by wziąć udział w rozgrywaniu akcji, tym samym skazując Amerykanina na osamotnienie. Clint dzielnie walczył z typową, uważną Hodgsonową defensywą, ale o sytuacje strzeleckie było trudno. A kiedy już kilkukrotnie skrzydłowi dawali radę przedrzeć się przez defensywę rywala na skrzydle, brakowało celności w dograniu. Żeby być fair dla duetu napastników, trzeba im oddać, że momenty przebłysku były. Najlepszy tego dowód mieliśmy w 69 minucie, kiedy Ruiz świetnie zamarkował strzał i wypuścił Dempsey’a. Amerykanin tylko raz dotknął piłki, ale zrobił to na tyle skutecznie, że Foster musiał ją wyjmować z siatki. Któż inny mógł pomóc drużynie w tych trudnych momentach? Tylko niezawodzony Dempsey. Wydawało się, że skoro piłkarze Jola już wysunęli swoje nosy na prowadzenie, tej pozycji nie zamierzają już oddać. Niestety obraz boiskowych wydarzeń był jednak inny, a kolejne okazje Odemwingie i Fortune mogły martwić. Tymczasem Fulham nie było w stanie pójść za ciosem. Mało widoczny był Simon Davies.  Ogółem gospodarze grali w sposób nazbyt czytelny i wolny. No i w końcu doigrali się, kiedy Somen Tchoyi strzelił na 1-1, na Cottage zrobiło się cicho, a do głów kibiców wróciły te pełne pesymizmu myśli i wizje. Fulham raz jeszcze się poderwało, ale niestety nie dało rady strzelić kolejnej bramki. Choć jak już pisałem, trudno uznawać ten mecz za wyznacznik, remis jest wynikiem znakomicie oddającym nastroje wokół klubu. Jest jakby wartością środkową, zawieszoną gdzieś między wygraną, a porażką. Jego synonimem jest niepewność. Czy Jol okażę się skutecznym dentystą i czy będzie w stanie odbudować utracone w zimowym okienku transferowym zęby? Ludzie niezastąpionych nie ma. Ale sam proces zastępowania wymaga czasu, prób i dużej dawki bólu. Ale skoro ząb był dziurawy, może warto pocierpieć dla pięknego uśmiechu?

Zamyślony Damien Duff. W ostatnich dniach wielu z nas wzięło na filozofowanie.

Napisane przez: cookie | Luty 1, 2012

Krajobraz po rewolucji. Fulham – West Brom

WBAWydarzenie, do którego doszło wczoraj, tuż przed północą czasu polskiego, śmiało można nazwać końcem pewnej epoki na Craven Cottage. Na kilkanaście minut przed zakończeniem zimowego okienka transferowego, umowę z lokalnym rywalem – Queens Park Rangers – podpisał Bobby Zamora. Napastnik reprezentacji Anglii był jednym z głównych architektów sukcesów Fulham w ostatnich sezonach, co my widzieć mogliśmy na boisku, a co dla postronnych obserwatorów – często pochopnie oceniających Zamorę wyłącznie na podstawie ilosci strzelonych bramek – zostało perfekcyjnie uwiecznione w statystyce, która teraz daje nam duży powód do niepokoju. Jak Fulham będzie się spisywać bez jednej ze swoich najbardziej wpływowych postaci ostatnich lat? Część odpowiedzi poznamy już dzisiaj, ponieważ The Whites mierzyć się będą u siebie z West Bromwich Albion, prowadzonym – ironicznie – przez Roy’a Hodgsona, który epokę Zamory w barwach The Whites zapoczątkował.

8 zwycięstw w 45 spotkaniach. Procent wygranych, który predestynuje wyłącznie do spadku z jakichkolwiek rozgrywek ligowych na świecie. Oto bilans, jakim Fulham może się “pochwalić”, gdy grało w Premier League właśnie bez Bobby’ego Zamory. Dla porównania, z rosłym Anglikiem z przodu, The Whites wygrali 35 z 91 ligowych pojedynków – blisko 40-procentowa skuteczność, z którą w angielskiej ekstraklasie można myśleć o górnej połowie tabeli. W tym, że dzięki obecności Zamory w składzie, The Cottagers osiągali siódme, dwunaste (plus finał Ligi Europy) i ósme miejsce w lidze, nie ma grama przypadku. To właśnie reprezentant Anglii, swoją siłową i sprytną grą, pozwalał The Whites na boiskową dominację, a w konsekwencji wygrywanie spotkań. Bez Zamory, który oprócz 37 bramek strzelonych dla Fulham we wszystkich rozgrywkach, zasłużył się dla zespołu ponad dwudziestoma asystami, The Cottagers często na boisku nie istnieli, jakichkolwiek rozwiązań nie wymyślali Roy Hodgson, Mark Hughes i Martin Jol. Ten pośrodku nie wahał się uczynić Zamorę swoim najdroższym styczniowym zakupem w nowym klubie. Ten ostatni zdecydował się powierzyć dziesiątki ról, jakie Anglik pełnił w Fulham, wielkiej niewiadomej, jaką jest Rosjanin Paweł Pogrebniak. Trudno odmówić Holendrowi chęci odciśnięcia na Craven Cottage własnego śladu, ale w chwili obecnej, wczorajszy rewolucyjny ruch wydaje się być niezwykle ryzykowny.

Głównym bohaterem przedmeczowej opowiastki – gdyby do transferu Zamory nie doszło – miał być jednak pierwszy z wymienionych szkoleniowców – Roy Hodgson. Fulhamowy cudotwórca, choć poza zachodnim Londynem pracuje już od ponad roku, dopiero dziś zadebiutuje nad Tamizą jako trener ligowego rywala. W Liverpoolu, Hodgson został zwolniony, zanim nastąpiły pojedynki Fulham z The Reds, zaś gdy w drugiej połowie poprzedniego sezonu, legenda Craven Cottage objęła West Bromwich Albion, klub ten zdążył już rozegrać z The Whites oba spotkania. Nikogo w zachodnim Londynie nie dziwi, że Hodgson ustabilizował w Premier League dotychczas nieustannie lawirujących między ekstraklasą a drugą ligą The Baggies – dzisiejsi goście mają siedem punktów przewagi nad strefą spadkową, tracąc do Fulham tylko jedno oczko. Dziwić może za to zwrot o 180 stopni, jeśli chodzi o zdolność Hodgsona do wygrywania spotkań poza domem – West Brom wygrał aż 5 z 11 wyjazdowych pojedynków, mając w tej materii najlepszy bilans poza czołową piątką ligi. Początek roku 2012 nie jest jednak dla The Baggies wymarzonym okresem – w czterech meczach ligowych, West Brom przegrał trzykrotnie. Z pewnością, z Bobby’m Zamorą w składzie, można byłoby uwazać zwycięstwo w tym spotkaniu za prawdopodobne. Jak będzie bez niego (a dziś jeszcze i bez Pogrebniaka?). Martinie Jolu – właśnie zaczyna się na dobre Twoja era.

Przewidywane składy:
Fulham (4-4-2): Stockdale – Kelly, Senderos, Hangeland, J. Riise – Duff, Sidwell, Murphy, Ruiz – Dempsey, Johnson
Kontuzje: Dembele, Sa, Schwarzer, Grygera
Nieuprawnieni: Pogrebniak, Williams
West Brom (4-5-1): Foster – Tamas, Olsson, McAuley, Shorey – Cox, Morrison, Dorrans, Mulumbu, Thomas – Fortune
Niepewni: Olsson, McAuley, Odemwingie, Long
Kontuzje: Gera, Brunt, Scharner, Reid
Nieuprawnieni: Andrews, Ridgewell

Jol i Hodgson

Symboliczne tło dzisiejszego meczu - czy Martin Jol sprawi, że zapomnimy o Hodgsonowym koncepcie Fulham opartego na Bobby'm Zamorze?

Z duża przykrością informujemy, że w ostatnim dniu zimowego okienka transferowego, za nieujawnioną przez Fulham kwotę, Bobby Zamora zmienił swoją przynależność klubową i przeszedł do lokalnego rywala Queens Park Rangers. Z racji animozji między fanami obydwu klubów, ruch transferowy reprezentanta Anglii został przyjęty w gonie kibiców the Whites z dużą złością, a pod adresem Zamory posypała się cała masa niewybrednych komentarzy. Wiele osób oskarża Zamorę o zachłanność i porównuje byłego już snajpera Fulham do Jimmy’ego Bullarda, który opuścił Craven Cottage przed trzema laty, akceptując lukratywną ofertę Hull City. Jak się miało okazać, awans finansowy nie poszedł w parze z awansem sportowym i był to początek końca kariery blondwłosego pomocnika. Warto odnotować, że wielu kibiców the Cottagers docenia jednak piłkarskie umiejętności Bobby’ego i jego odejście traktuje jako niezwykle poważne osłabienie kadry zespołu i wielką pomyłkę transferową Martina Jola. W wielu meczach niezwykła siła fizyczna Zamory i jego umiejętność wypracowywania kolegom sytuacji okazywała się nieoceniona. Teraz rolę napastnika Synów Albionu ma przejąć zakupiony z VfB Stuttgart Rosjanin Pavel Pogrebnyak. Były piłkarz Zenitu St. Petersburg i zdobywca pucharu UEFA z tym klubem, w obecnym sezonie nie zachwycał jednak skutecznością, bowiem strzelił w Bundeslidze zaledwie jednego gola. Wcześniej, na niemieckich boiskach Pogrebnyak zaliczył kolejno 8 i 6 trafień. Pozostaje mieć nadzieję, że tak jak w przypadku Zamory, strzelanie goli nie jest jedyną specjalnością rosłego, 28-letniego Rosjanina, a jego obecność w linii ataku drużyny Jola pozwoli na tworzenie nowych wariantów ofensywnych. Fulham pozyskało również z Portsmouth 18-letniego Ryana Williamsa, australijskiego skrzydłowego. Piłkarz ten rozegrał w obecnym sezonie The Championship cztery mecze, wszystkie z ławki rezerwowych. Na zakończenie, ze strony całej redakcji Fulham Polska, pragnę życzyć nowym nabytkom klubu powodzenia w nowych barwach, a Bobby’emu Zamorze chcę podziękować za wiele wspaniałych chwil w białym trykocie. Szkoda, że sposób w jaki rozstał się z Craven Cottage pozostawia pewien niesmak.

Zamora strzela arcyważną bramkę w konfrotnacji z Juventusem. Za takie momenty chcielibyśmy go pamiętać.

Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.