Napisane przez: cookie | Luty 24, 2011

Mały Samolocik przed wielkim wyzwaniem

Montella w Fulham

Vincenzo Montella 4 lata temu...

Udany debiut w roli trenera Romy zaliczył wczoraj Vincenzo Montella. Nieoczekiwanie mianowany na tymczasowego następcę Claudio Ranieriego piłkarz-legenda Giallorossich, który zaliczył również epizod w Fulham, poprowadził z ławki trenerskiej klub z Wiecznego Miasta do wyjazdowego zwycięstwa nad Bologną. Po cichym i skromnym zakończeniu kariery zawodniczej dwa lata temu, nieco zapomniany l’Aeroplanino („Samolocik”) wreszcie wychodzi z cienia. Uznałem to za dobry moment, by wspomnieć półroczny pobyt Montelli na Craven Cottage, który także – może w obliczu fali zawirowań, która po jego odejściu nawiedziła Fulham – nigdy nie doczekał się godnego podsumowania.

4 stycznia 2007 roku był jednym z najbardziej zaskakujących dni dla fanów the Whites za kadencji Chrisa Colemana, może także podczas całej przygody Fulham z Premier League. Wiele lat po zakończeniu pełnej wielkich transferów metamorfozy klubu, gdy the Whites na trwałe przeobrazili się już w klub walczący jedynie o utrzymanie, na Craven Cottage znów zawitało nazwisko z gatunku tych wielkich. Vincenzo Montella, okryty sławą supersnajper Sampdorii, a następnie Romy, gdzie poprzez rekordowe wyczyny w spotkaniach z Lazio zyskał u fanów La Maggiki nieśmiertelność, reprezentant Włoch na belgijsko-holenderskim Euro oraz azjatyckim Mundialu, właśnie Fulham wybrał jako klub, w barwach którego spędzi swoją eksperymentalną, piłkarską przygodę. Oczywiście, to the Whites wysłali do Rzymu faks z propozycją wypożyczenia l’Aeroplanino, który u Capello, a następnie Spalletiego cierpiał z powodu coraz rzadszych występów, ale jasnym było, że decydujący głos miał tu Montella. Klasyczny transfer z gatunku tych, kiedy znany, wchodzący powoli w ostatnią fazę kariery piłkarz, dla którego zaczyna brakować miejsca w klubie, decyduje się przyjąć egzotyczną ofertę, by móc regularnie grać, ale i spróbować się na stare lata w nowej rzeczywistości, jeśli nadarza się taka okazja. Robbie Keane, Thierry Henry, Raul – z pewnością mogli pływać w zalewie otrzymywanych ofert, ale ostatecznie wskazali palcem na nietypowe dla siebie Celtic, New York Red Bulls oraz Schalke. Cztery lata temu, gdy petenci, a wśród nich Coleman, zgłosili się po Montellę, to Fulham okazało się szczęśliwcem.

Każdy ze szczęśliwców na końcu okazuje się mieć jednak jakiś decydujący wabik, a w przypadku Włocha mogła być to gra w angielskiej ekstraklasie, co do której zaraz po przylocie do Londynu zdradził, że zawsze była dla niego marzeniem. Nie były to puste słowa – Montella niebawem pokazał, jak prawdziwa była jego pasja angielskim futbolem. Pierwsze spotkania – wyjazdy do Leicester w ramach Pucharu Anglii oraz sąsiadów z West Ham w lidze – nie przyniosły wprawdzie okazji do zaprezentowania przez l’Aeroplanino swojej legendarnej celebracji, ale napastnik i tak w nich zaimponował, doskonale radząc sobie w angielskich realiach mimo filigranowej postury (1,72 m wzrostu). Licznie wygrywane przez Włocha pojedynki główkowe i siłowe pozwalały ze spokojem i przyjemnością patrzeć na rozwijanie się przygody Montelli z Fulham. To, co miało być w niej najlepsze, przyszło zresztą błyskawicznie szybko – snajper rodem z południa Italii odpalił tuż po wspomnianej dwójce spotkań. Cztery dni po meczu z West Hamem, na the Cottage przyjechało Leicester, w ramach powtórki pucharowego pojedynku. W 50 minucie goście sensacyjnie prowadzili 3-1. Wprowadzony na początku II połowy Montella, wcześniej zjawiający się na ostatki spotkań, poddany został pierwszemu poważnemu testowi. Dziesięć minut wystarczyło, by przekonać się, z jakiej klasy napastnikiem ma się do czynienia. Po godzinie gry, tablica pokazała wynik… 3-3, a obie bramki, które do tego doprowadziły, zdobył nie kto inny, tylko debiutujący na Craven Cottage l’Aeroplanino. Po pierwszym trafieniu, zdobytym w wybitnie brytyjskim stylu, wykazując się trzeźwością umysłu w boiskowym chaosie, Włoch tylko przybił piątki z resztą drużyny i popędził na środek boiska, wiedząc, że jego zadanie się jeszcze nie zakończyło. Druga bramka, którą Romanista strzelił głową, wyskakując najwyżej w gąszczu zawodników (!), uruchomiła już jeden z najpiękniejszych momentów, jakich świadkiem można było dotychczas być jako kibic the Whites – Vincenzo Montella fruwający swoim samolotem przed Hammersmith End, w biało-czarnych barwach. Pilot opanował sytuację i mógł już sobie pozwolić na powietrzne akrobacje. Fulham było bezpieczne. Do końca meczu atakowali już tylko gospodarze, przypieczętowując wygraną w doliczonym czasie gry.

...celebrujący przed trybunami Craven Cottage...

Bajka z Montellą w roli głównej wydawała się natomiast rozwijać w najlepsze. W kolejnym po Leicester pojedynku, z Tottenhamem, długo utrzymywał się bezbramkowy remis, aż pięć minut przed końcem the Cottagers wywalczyli rzut karny. Odpowiedzialność ponownie wziął na siebie będący kilkanaście minut na murawie snajper z kraju pasty. Nieraz, on i Francesco Totti bawili się „jedenastkami” na murawach Serie A – Montella postanowił zabawić się także i w Anglii. Bez najmniejszego stresu położył Paula Robinsona na ziemi i lekko uderzył w odsłoniętą część bramki. Po chwili także i Premier League uświadczyła pierwszy samolocik w wykonaniu nowego ulubieńca trybun Craven Cottage – być może był to moment jeszcze piękniejszy niż kilka dni wcześniej, bo nastąpił w lidze uznawanej za najsilniejszą na świecie, na oczach już zupełnie wszystkich. Wszyscy byli świadkami, jak tworzyła się wyjątkowa więź skromnego klubu ze sławnym piłkarzem, który z największą przyjemnością dedykował swoją celebrację kibicom the Whites. Po spotkaniu, Montella zwierzył się, że czuje się jak w domu, jak w swoich korzeniach w Empoli, które małe rozmiarem, ale zawsze będzie dla niego miejscem wyjątkowym. Co mniej uznane tytuły prasowe rozpisywały się w historiach, że snajper poważnie rozważa pozostanie na Craven Cottage. Festiwal szczęścia w tamtym momencie zdawał się nie mieć końca, choć mijały zaledwie dwa tygodnie od zakontraktowania Włocha. Życie szybko potwierdziło jednak kolejny raz, że to, co piękne, trwa zazwyczaj tylko chwilę.

L’Aeroplanino był co prawda bohaterem także kolejnego pojedynku, w Pucharze Anglii ze Stoke, gdzie doczekał się też pierwszego startu dla Fulham, jednak od tego momentu sprawy miały się już tylko gorzej. W kolejnym spotkaniu Włoch już nie strzelił – po trzech meczach, w których zanotował 4 cztery trafienia – i Coleman ponownie przesunął go na ławkę rezerwowych. Regularność gry była dla Montelli priorytetem, dla którego opuszczał Stadio Olimpico i w tamtym momencie nastąpił pewien koniec w romansie między Włochem i zachodnim Londynem. Prasa szybko stonowała artykuły dotyczące pobytu snajpera na Craven Cottage, a niebawem Coleman unieważnił wszystkie dyskusje stwierdzeniem, że zatrzymanie Montelli w Fulham jest niemożliwe. Nie było w tym co prawda krzty złośliwości w stronę Włocha, prędzej wyraźne zrezygnowanie i rozczarowanie, jednak kibice the Whites i tak nie mogli odbierać całości inaczej niż ze smutkiem, bowiem w tamtym momencie rozwiano im wszelkie złudzenia. Nie sposób było jednak także przyznać odrobiny racji managerowi the Whites w jego zdecydowaniu – Włoch stracił początkowy impet i mimo obecności w szatni piłkarza wyjątkowego, absolutnie nietypowego dla Fulham, priorytet trzeba było ustawić na utrzymanie w Premier League, bo sytuacja stawała się coraz gorsza. Nie zmieniało się to długo i na pięć kolejek przed końcem sezonu pracę stracił Coleman, a w jego miejsce sprowadzono Lawriego Sancheza.

On także nie widział Montelli w pierwszej jedenastce i w swym debiucie posadził Włocha na ławce rezerwowych. The Whites przegrali i nowy manager wystawił l’Aeroplanino w podstawowym składzie na kolejny mecz z Blackburn. Romanista nie zawiódł w kluczowym momencie sezonu – zdobył otwierającą bramkę, choć ostatecznie padł tylko remis. Samolot przefrunął jednak po murawie Craven Cottage raz jeszcze, a więc pilot oznajmił opanowanie sytuacji i zagwarantował bezpieczeństwo. Istotnie – Fulham zapewniło sobie status pierwszoligowca w przedostatnim meczu sezonu, z Liverpoolem, a swoją rolę odegrał w tym także Włoch – to on, gdy schodził w 50. minucie, zmotywował swojego zmiennika – Dempsey’a. Amerykański młodzian, wówczas wciąż czekający na swoje przełamanie w Fulham, po kwadransie strzelił zwycięską, dającą utrzymanie bramkę. Pałeczka ulubieńca trybun została w tamtym momencie przekazana, Montella mógł odejść w spokoju. Fatalny niesmak pozostawił tylko koniec całej historii, bowiem napełniony dumą Sanchez wysłał po tamtym meczu Włocha do domu, kończąc jego wypożyczenie przed czasem. Nic nie stało na przeskodzie, by umowę doprowadzić do końca i rozstać się z uśmiechem. L’Aeroplanino musiał błyskawicznie spakować walizki i pożegnać się z klubem jak banita, anonimowo, pod osłoną nocy, bez szansy na mowę końcową. Już wtedy wielu upewniło się, co zwiastuje takie zachowanie ówczesnego managera Fulham. Szczęśliwie, koniec tej historii znamy.

Szczęście to też słowo kluczowe, by opisać pobyt Montelli w Fulham. Dał on je w znaczeniu dosłownym, bo ujrzeć piłkarza tej renomy strzelającego dla the Whites i celebrującego to w słynny sposób dla wielu oznaczało kibicowskie spełnienie. Dał je również w znaczeniu symbolicznym, bo ilekroć strzelał bramki i fruwał swoim samolotem, swoją radością zarażał trybuny, dając im poczucie zupełnej błogości i bezpieczeństwa. The Whites nie przegrali nigdy, gdy strzelał dla nich l’Aeroplanino. Mimo że był to ciężki sezon, w którym byt nie był pewny do końca, to talizman w postaci Włocha nie pozwalał ani na moment czuć się zagrożonym.

Dziś przed Montellą zadanie zupełnie innego kalibru. Pilotuje już bowiem nie swoimi ramionami, ale wielką drużyną, aspirującą do zatriumfowania w Serie A. Czy podoła temu wielkiemu wyzwaniu, jest jeszcze – mimo pierwszej wygranej bitwy – rzeczą niewiadomą, jednak życie pod jego skrzydłami powinno być dla Romanistów przyjemniejsze. L’Aeroplanino potrafił zawsze, jednym gestem, czarować tłumy i sprawiać, że nawet gorszy wynik przyjmowało się z uśmiechem. Czyż La Maggica do takiego trenera nie pasuje?

...i dziś. Czy Roma pofrunie za jego kadencji do góry?

About these ads

Responses

  1. Fajny felieton, czyta się go z ciekawością tym bardziej że nie znałem wszystkich szczegółów pobytu Montelli na Craven Cottage.Zastanawia mnie jedno, mianowicie skąd u Ciebie takie uwielbienie (ewentualnie wielka sympatia) dla piłkarza który legitymuje się takimi oto statystykami http://www.soccerbase.com/players/player.sd?player_id=18748. Wielu lepszych piłkarzy przewinęło się przez Fulham a felietonu jak do tej pory się nie doczekali…Nie odbieraj tego jako moje narzekanie czy antypatie do Włocha bo tak jak wspomniałem odwaliłeś kawał dobrej roboty tylko chyba zbyt „obszerny kawał” jak na takiego zawodnika.

    p.s. kolejny felieton będzie pewnie o Senderosie :) (taki głupi żart).Pozdrawiam i trzymam kciuki za dalsze felietony

  2. Krepel, dziękuję i cieszę się, że dobrnąłeś do końca, bo przeraziło mnie, kiedy zobaczyłem ostateczną długość tekstu :-) w kontekście statystyk Montelli, które przytaczasz, na pewno całość może wydawać się zbyt obszerna, ale żeby zgrabnie odpowiedzieć i na kwestię obszerności, i mojej sympatii dla tego transferu, zachęcam żeby skupić się na dokonaniach Montelli w Italii, co również soccerbase zawarł. Do Fulham przyszedł wielki napastnik o fantastycznym rekordzie strzeleckim, do tego – według mnie – wywołujący bardzo pozytywne odczucia (hm, albo to moja sympatia do niego :-)). W kontekście karier, jakie mieli za sobą nowi przybysze w Fulham, na pewno bardzo wielu lepszych od Włocha się nie znajdzie. Nazwisko tej klasy zdarza się na CC rzadko, a jeszcze bardziej imponowało z powodu kontrastu z bardzo przeciętnym okresem, jaki wtedy Fulham miało. Dlatego – ok, prawda, że Montella wpadł tu na stare lata i strzelił ostatecznie mało (choć 5 bramek w 14 spotkaniach, w których startował 4 razy, to dobry wynik), ale człowiekowi wszystko zastępował sam widok takiej osobistości w biało-czarnej koszulce :-) Nie mówiąc o radości, jaką dawała sama gra, strzelanie bramek, słynne celebracje i zżywanie się takiego piłkarza z tym klubem. Na pewno jest tu trochę mojej tęsknoty za latami 90.-tymi, okresem kiedy dorastałem a tacy jak Montella tworzyli piłkarską rzeczywistość, nie tylko sucha ocena jego pobytu na CC, bez odniesienia do reszty kariery i skupiając się tylko na porównaniu dokonań w Fulham z resztą piłkarzy. Ale jest też wpływ jaki dany zawodnik miał, bez względu na długość jego pobytu. Jari Litmanen, wielki piłkarz, który też był w Fulham ale nie zagrał ani razu, na pewno takiego szczęścia nie wywołał. Montella grał krótko, ale zaczarował swoją obecnością, naprawdę dał zbiorowe poczucie posiadania i oglądania piłkarza wyjątkowego, z tego co czytam, każdy wspomina go bardzo ciepło. Senderos ma już niezły bagaż doświadczeń, ale przyciąga jednak mniej niż Włoch – więc na pewno musi zrobić dużo więcej w koszulce Fulham niż Montella, by wspominano go równie często i sympatycznie. Kolejny felieton na pewno więc jeszcze nie o nim :-) Pozdrawiam również.

    PS. Twój komentarz został początkowo wychwycony przez jakieś urządzonka antyspamowe, dlatego tyle czasu zajęła jego publikacja.

  3. Bardzo przyjemnie się czytało.

    Muszę przyznać, że Montella i czasy Colemana to okres, kiedy jeszcze tak bardzo nie byłem zafascynowany Fulham, w ogólniejszym spojrzeniu ligą Angielską, i nie oglądałem każdego meczu FFC. Głównie ograniczałem się do śledzenia wyników zespołu na livescorze i raz na ruski rok obejrzałem coś w C+ (np. derby z Chelsea, kiedy Volz strzelił). Ale również pamiętam, że przyjście Montelli wydawało mi się wówczas czymś wyjątkowym, a jego karnego z Tottenhamem, a co ważniejsze radość po golu, miałem okazję podziwiać w formacie audio-wizualnym (chociaż za cholerę nie pamiętam gdzie). Wracając do meritum, to jestem ci Cookie bardzo wdzięczny za ten felieton, bo zdecydowanie przybliżył mi on postać Vincenzo jako zawodnika The Cottagers, wielce wzbogacając moją wiedzę na ten temat. Jednocześnie myślę, że tekst jest ciekawy dla każdego fana futbolu, bo jest poświęcony jest piłkarzowi powszechnie lubianemu, nieszablonowemu, a jednocześnie takiemu, o którym nie wszystko zostało jeszcze powiedziane.

    No i zgadzam się, że w przypadku transferu takiego piłkarza, nie chodzi tylko o umiejętności, a o image, medialność, osobowość. Litmanen był świetnym piłkarzem, na pewno lepszym niż Vincenzo, ale jednak jak przystało na Fina, był to raczej spokojny człowiek, nie afiszującymi się ze swoimi emocjami. A jacy są Włosi, wszyscy wiemy. ;)

  4. Cieszę się, Macu, że przydałem się do jakiegoś tam uzupełnienia Twej wiedzy o Fulham sprzed końcówki sezonu „the great(est) escape”, miałem to na uwadze zabierając się za ten tekst. Wspominasz o oglądaniu Fulham w C+ w tamtym okresie (Volz to również bardzo ciekawy piłkarz i człowiek, niech tylko da jakiś motyw jak Vincenzo z powrotem w życie publiczne, to z chęcią coś skrobnę) – prawdopodobnie bramkę Montelli ze Spurs również oglądałeś na tej stacji, mecz był transmitowany :-) W każdym bądź razie oglądałem te spotkanie również i mało co wspominam z lat pre-Hodgsonowych tak dobrze jak trafienie Vincenzo, zdecydowanie jeden z najbardziej wyjątkowych momentów ówczesnego Fulham.

  5. Tekst jest dobry, kompletnie konkretnie się nie zgadzam z Krepelem. moim zdaniem warto przypominać ciekawych piłkarzy, którzy nie byli pierwszoplanowymi postaciami w Fulham i są już nieco zapomniani. Pamiętam ten transfer, to wypożyczenie. Wcześniej praktycznie tylko dwa razy do klubu przychodziło tak głośne nazwisko. Pierwszym był Van der Sar, którego po słabym sezonie w Juventusie wygryzł Gianluigi Buffon. Drugim był Andy Cole, który na Craven Cottage grał tylko sezon. Trzeba pamietać, że to jeszcze były czasy, kiedy Fulham stawiało raczej na niezbyt znanych graczy, w celu ich wypromowania. Dopiero ostatnie sezony to głośne transfery Andy’ego Johnsona, czy ostatnio Dembele i Salcido. Swoją drogą to pewien sygnał świadczący o rozwoju klubu. Prawidłowym zresztą.

    Litmanen był tragicznym nieporozumieniem. Mi jednak ciężko porównać jego sytuację do Montelli. Fakt, że obaj przychodzili, będąc już po swoim najlepszym okresie. Pamiętam, że Aeroplanino miał świetny sezon, to był chyba rok 2005, kiedy Roma po raz ostatni zaliczyła tak słaby sezon jak poprzednio, przed serią tytułów vicemistrzowskich. Mimo, iż sezon mieli słaby, Montella regularnie trafiał do siatki. Następny miał zmarnowany przez kontuzję, a jeszcze kolejny, ten w którym trafił do Londynu, przesiedział na ławce, bo Spaletti miał wizję gry jednym napastnikiem. Litmanen praktycznie po odejściu z Ajaxu rozmieniał się na drobne, praktycznie tylko w Liverpoolu miał jeszcze jakieś wzloty, ale za to połączone z licznymi urazami. Do Fulham trafił z rodzimej ligi i to samo w sobie świadczyło o jego formie.

    PS. Wylogowało mnie chyba, jak tu się loguje? :(

  6. Ja logować umiem się tylko przez stronę główną WordPressa, nie wiem, czy da się to robić bezpośrednio na tej stronie.

    O właśnie, chodzi mi dokładnie o markę nazwiska, jakie wówczas przybyło. A odnośnie rozwoju Fulham – wydaje mi się, że jest on również wymuszony przez tempo rozwoju całej ligi, zobaczmy jak wzmacnia się każdy dookoła. Dopóki tegoroczne Fulham Sparky’ego nie zaskoczyło, masa ludzi krytykowała zarząd klubowy za bierność przy okienku i pokazywała jako przykład niemal każdy inny klub Premier League z naszej półki, który robił konkretne transfery. Więc paradoksalnie ściągania znanych nazwisk chyba wciąż u nas porównywalnie mało, specjalizujemy się raczej w kupowaniu zawodników co prawda dobrych piłkarsko, ale bez gwiazdorskiej osobowości.

    Jari, Jari… właściwie to widząc taką fotkę (http://img.dailymail.co.uk/i/pix/2008/01_05/JariLitmanen3101_468x312.jpg), palce same zabierają się do pisania na klawiaturze, nawet jeśli nie ma o czym…

  7. cookie —> Zwracam honor, nie wyłapałem po pierwszym przeczytaniu tego że chciałeś się skupić nie tyle na dokonaniach Montelli na CC co ukazać jaka to ważna (piłkarsko) persona zawitała do naszego klubu.W tym momencie felieton nabiera nieco innego kształtu bo faktycznie nie codziennie piłkarz takiego formatu pojawia się w zespołach ze środka tabeli.Wychodzi na to że nie potrafię czytać ze zrozumieniem ale widzę że nie tylko ja mam z tym problemy….(Krzyszofek)

    Krzyszofek —> pokaż mi kolego proszę gdzie ja napisałem że nie warto wspominać o piłkarzach którzy nie byli pierwszoplanowymi postaciami ???Czytam moja wypowiedź 3 raz i dalej nic takiego nie widzę.Napisałem tylko że dziwie się długości artykułu o takim a nie innym piłkarzu co nie oznacza ze o nich nie powinno się pisać….Jak wiadomo byli bardziej zasłużeni gracze na CC niż wspomniany Włoch a nawet małej notki się nie doczekali, o to w głównej mierze mi chodziło.Uważam że każdy kto zostawił trochę serca i zdrowia na Craven zasługuje na artykuł (ewentualnie małą notkę).

  8. krepel – faktycznie taki był mój zamiar jeśli chodzi o ten felieton, natomiast rozumiem że można było go odebrać nieco inaczej – trochę nieszczęśliwie na początku napisałem o „podsumowaniu” pobytu Vincenzo na CC. Wyciągnę właściwe wnioski.

    Mały epilog do artykułu – magia Montelli najwyraźniej już się skończyła, bo Roma tylko na remis u siebie z Parmą. Inna sprawa, że taki to był koniec magii Vincenzo, ile powrót magii w wykonaniu Amauriego, jedna z bramek to był kosmos. Mój znajomy – kibic Juve – popadł w totalną depresję, bo albo Juventusowi wbijają bramki byli/wypożyczeni do innych klubów zawodnicy, albo zawodnicy, którzy z Juventusu gdzieś poszli bo spisywali się słabo grają w tych nowych klubach jak światowe gwiazdy.


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: