Napisane przez: Macu | Kwiecień 9, 2012

Głowa Dempsey’a znów daje derbowy remis. Fulham 1-1 Chelsea.

Jak to się mówi:  święta, święta i po świętach. Chociaż powrót do codziennych obowiązków i pracy zbliża się dla zwykłych śmiertelników nieubłaganie, piłkarze Fulham nie mają powodów do narzekań. Okres wielkanocny skończyli bowiem w kicającym stylu,  z czterema oczkami na koncie, a dodatkowo czekają ich teraz dwa tygodnie laby i odpoczynku przed meczem z Wigan. Jeżeli jakiś zazdrośnik ma coś przeciwko temu, niechaj odezwie się teraz, bądź zamilczy na wieki! Bowiem po wyjazdowym zwycięstwie z Boltonem, będącym niemałym rarytasem, zawodnicy Jola po raz trzeci powstrzymali w tym sezonie Chelsea, remisując na Cottage w wielkich derbach Fulham 1-1. I choć w starciu z niebieską armią the Whites pokazali olbrzymią determinację i zaangażowanie, to przede wszystkim atuty piłkarskie pozwoliły im osiągnąć ten niezły rezultat. Stąd, drogi czytelniku, jeżeli jesteś tutaj, by przeczytać relację z linii frontu, mocno się zawiedziesz. W meczu tym nie było ułańskich szarż, obrony Częstochowy i partyzanckich podchodów. Fulham zwyczajnie zagrało w piłkę.

W poniedziałkowy wieczór na Craven Cottage pogoda była iście słowiańska. Słowiańska? Cóż on pisze za głupoty, pewnie się zastanawiacie. Ano już śpieszę tłumaczyć. Nad Londynem woda lała się gęstymi strumieniami, tak jakby chmury zebrane nad angielską stolicą chciały zaznajomić potomków Anglosasów z tradycją Śmigusa-Dyngusa. Tak na marginesie, flaszka dla tego kto wymyśli jakieś adekwatne tłumaczenie tego słowa. Rzecz jasna, publice zgromadzonej na stadionie Fulham taka mała niedogodność przeszkadzać jednak nie mogła. Nic tak bardzo naelektryzuje tych trybun jak potyczka derbowa z Chelsea. Teraz miało być jeszcze ciekawiej, bo panicznie goniąca Ligę Mistrzów i zwyżkująca w formę drużyna Roberto Di Matteo potykała się ze zjeżdżającą z kolejnej górki ekipą Jola. Emocje były gwarantowane, a na atrakcyjność spotkania i jakość gry nie wpłynęło nawet kilka absencji w drużynie gospodarzy. Jednym z pechowców był Bryan Ruiz, który w potyczce z Boltonem doznał złamania stopy i niestety nie zagra już do końca sezonu. W derbach zabrakło także Pogrebniaka i Johnsona. Braki w linii ataku spowodowały, że ponownie w tej formacji znalazł się Dempsey, a tuż za jego plecami miał grać Dembele. Choć obrona pozostała bez zmian w stosunku do ostatniego zwycięskiego meczu, do linii pomocy wrócił kapitan Danny Murphy, a na lewym skrzydle ujrzeliśmy tym razem nie Kacaniklicia, a inną przyszłość klubu, młodziutkiego Kerima Frei’a.  W tym momencie z formalności stała się zadość, po(bardzo)krótce zaznajomiłem czytelników ze składami, czas przenieść się na nasiąkniętą przez wodę murawę.

A tutaj działo się dość wiele interesującego, choć nie będę udawał, że był to mecz, który każdy fan futbolu powinien mieć nagrany na DVD. Obie połowy miały de facto identyczny przebieg. Zaczynały się od dominacji niebieskich, by po około kwadransie to gospodarze dochodzili do głosu i narzucali przeciwnikowi własny styl gry. Nie mniej, to Chelsea, niczym dobry długodystansowiec, potrafiła w ostatnich sekundach dwukrotnie przyspieszyć, powodując nieznaczną zadyszkę u Fulham. Pierwszą z tych zadyszek gospodarze przypłacili zresztą rzutem karnym, bowiem tuż przed przerwą, w 45 minucie, Mark Clattenburg w dość kontrowersyjnych okolicznościach wskazał na wapno. W pole karne wpadł Salomon Kalou, Danny Murphy dość nierozsądnie rzucił mu się pod nogi z obiema stopami do przodu, a reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej runął na ziemię jak ranne zwierzę. Choć kapitan Fulham zarzekał się, że nie dotknął rywala, arbiter był nieubłagany. Jak się później okazało, Clattenburg dopatrzył się przewinienia Kelly’ego, który rzekomo miał potrącić Kalou. Niezawodny Lampard ustawił piłkę na jedenastym metrze, a ta następnie zatrzepotała w siatce, mimo niezłej próby obrony ze strony Schwarzera. Był to pierwszy karny od bardzo długiego czasu sprokurowany przez graczy the Cottagers. Tak więc the Blues schodzili do szatni z jednobramkowym prowadzeniem, tymczasem Fulham udało się do niej niepocieszone, z ponownie zasmarowanym uczuciem niesprawiedliwości. Gospodarze grali doprawdy dobre zawody i zdecydowanie nie zasługiwali żeby przegrywać. Powrót legendarnej dwójki Hangeland-Hughes zdawał się zapewniać odpowiednie zabezpieczenie tyłów, w czym pomagał również znowu dobrze dysponowany Kelly. Tymczasem Riise niejednokrotnie obiecująco zapędzał się do ofensywy, pozbawiając złudzeń ostatnich zwolenników swojego poprzednika Carlosa Salcido. Zdecydowanie najjaśniejszą postacią pierwszej części był Kerim Frei, który z olbrzymią łatwością, jak tyczki, mijał gości zza miedzy. Szwajcar był niemal nie do powstrzymania, i gdyby nie wyśmienita interwencja Cecha, miał szansę zdobyć swoją bramkę. Kłamstwem byłoby jednak napisać, że byliśmy świadkami wielu sytuacji podbramkowych. Chociaż akcje przenosiły się z pod jednej bramki pod drugą, strzałów było stosunkowo mało. Chelsea grała głównie środkiem, tymczasem Fulham atakowało skrzydłami, mając z kolei problemy z odpowiednim zagęszczeniem pola karnego. Zawodził w szczególności Moussa Dembele, któy teoretycznie miał grać tuż za Dempsey’em, w roli w której niegdyś błyszczał Zoltan Gera. Belg jednak nazbyt często zostawiał Teksańczyka na pastwę losu, cofając się w kierunku środka boiska. Skoro jestem już przy krytykowaniu, muszę stwierdzić, że gorzej dysponowany był także wyśmienity ostatnio Damien Duff, który nie sprawdził młodego Bertranda. Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. The Whites próbowali atakować, długo utrzymywali się przy futbolówce, ale nie przekładało się to na liczbę strzałów, a w grze widoczne były wcześniej wspomniane mankamenty. Wreszcie Jol postanowił dokonać zmian. Na murawie znalazł się Etuhu i Sa, którym miejsca ustąpili Diarra i Murphy. Na kwadrans przed końcem gospodarze zepchnęli rywala do głębokiej defensywy i to przyniosło skutki. W 81 minucie po rożnym uderzał Aaron Hughes i tylko geniusz i refleks bramkarza Chelsea uchronił the Blues przed stratą gola. Tyle że po ponownym dośrodkowaniu Duffa było już 1-1. Wpierw Hughes, a następnie Etuhu wyblokowali Terry’ego, który zgubił krycie Dempsey’a, to wystarczyło. Fenomenalnie władający głową (zresztą w obu rozumieniach tego zwrotu) Amerykanin wyskoczył wysoko i uderzył piłkę czołem. Futbolówka odbiła się jeszcze od Cahilla i wpadła idealnie koło słupka. Tym razem szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy, bo strzał nie szedł pierwotnie w światło bramki. Trybuny zebrały się na jeszcze jedną, ostatnią falę dopingu, gdyż wyczuły, że trzy punkty są w zasięgu, a remis to minimum na które zespół zasłużył. Jednakże jedenastka Jola nie ruszył do żadnych szaleńczych ataków, a jak już wspomniałem, to goście lepiej finiszowali, choć ich sekwencja kornerów na nic im się zdała. Po raz drugi w obecnym, chylącym się powoli ku końcowi sezonowi,  w derbach zachodniego Londynu zwycięscy nie było.

Kropka? Oczywiście, że nie. Chociaż derby skończyły się podziałem punktów, moralny zwycięzca mógł być tylko jeden. Fulham zaprezentowało bardzo dojrzały futbol i nie pokazało nawet najmniejszych oznak lęku przed rywalem.  Tymczasem Kibice Chelsea raz jeszcze musieli zmierzyć się z małymi koszmarami dzisiejszego świata: wygórowanymi oczekiwaniami i presją wyniku. Dlatego w London Borough of Hammersmith & Fulham tylko jedni mogą chodzić z podniesioną głową. Czasami warto być maluczkim.

Grudzień 2008, 88 minuta meczu derbowego z Chelsea. Głowa Clinta Dempsey'a daje Fulham remis 2-2. Kwiecień 2012, 82 minuta. Czoło Amerykanina raz jeszcze okazuje się bezcenne.

About these ads

Responses

  1. Nie mogłem niestety szerzej skomentować, gdyż w przeciwieństwie do piłkarzy Fulham wolnego miałem jak na lekarstwo. Świetny pomysł z obrazkiem :-) tamta bramka Clinta też nasunęła mi się na myśl błyskawicznie. To może i dzisiaj będzie jakieś nawiązanie do jego licznych bramek przeciw Wigan, a jeśli będzie, to Clint osiągnie wtedy magiczną granicę 50 bramek w PL. A jeszcze dosłownie chwilę temu wyprzedzał McGoda i Steeda, którzy strzelili ich po 32.


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: