Jak to się mówi:  święta, święta i po świętach. Chociaż powrót do codziennych obowiązków i pracy zbliża się dla zwykłych śmiertelników nieubłaganie, piłkarze Fulham nie mają powodów do narzekań. Okres wielkanocny skończyli bowiem w kicającym stylu,  z czterema oczkami na koncie, a dodatkowo czekają ich teraz dwa tygodnie laby i odpoczynku przed meczem z Wigan. Jeżeli jakiś zazdrośnik ma coś przeciwko temu, niechaj odezwie się teraz, bądź zamilczy na wieki! Bowiem po wyjazdowym zwycięstwie z Boltonem, będącym niemałym rarytasem, zawodnicy Jola po raz trzeci powstrzymali w tym sezonie Chelsea, remisując na Cottage w wielkich derbach Fulham 1-1. I choć w starciu z niebieską armią the Whites pokazali olbrzymią determinację i zaangażowanie, to przede wszystkim atuty piłkarskie pozwoliły im osiągnąć ten niezły rezultat. Stąd, drogi czytelniku, jeżeli jesteś tutaj, by przeczytać relację z linii frontu, mocno się zawiedziesz. W meczu tym nie było ułańskich szarż, obrony Częstochowy i partyzanckich podchodów. Fulham zwyczajnie zagrało w piłkę.

W poniedziałkowy wieczór na Craven Cottage pogoda była iście słowiańska. Słowiańska? Cóż on pisze za głupoty, pewnie się zastanawiacie. Ano już śpieszę tłumaczyć. Nad Londynem woda lała się gęstymi strumieniami, tak jakby chmury zebrane nad angielską stolicą chciały zaznajomić potomków Anglosasów z tradycją Śmigusa-Dyngusa. Tak na marginesie, flaszka dla tego kto wymyśli jakieś adekwatne tłumaczenie tego słowa. Rzecz jasna, publice zgromadzonej na stadionie Fulham taka mała niedogodność przeszkadzać jednak nie mogła. Nic tak bardzo naelektryzuje tych trybun jak potyczka derbowa z Chelsea. Teraz miało być jeszcze ciekawiej, bo panicznie goniąca Ligę Mistrzów i zwyżkująca w formę drużyna Roberto Di Matteo potykała się ze zjeżdżającą z kolejnej górki ekipą Jola. Emocje były gwarantowane, a na atrakcyjność spotkania i jakość gry nie wpłynęło nawet kilka absencji w drużynie gospodarzy. Jednym z pechowców był Bryan Ruiz, który w potyczce z Boltonem doznał złamania stopy i niestety nie zagra już do końca sezonu. W derbach zabrakło także Pogrebniaka i Johnsona. Braki w linii ataku spowodowały, że ponownie w tej formacji znalazł się Dempsey, a tuż za jego plecami miał grać Dembele. Choć obrona pozostała bez zmian w stosunku do ostatniego zwycięskiego meczu, do linii pomocy wrócił kapitan Danny Murphy, a na lewym skrzydle ujrzeliśmy tym razem nie Kacaniklicia, a inną przyszłość klubu, młodziutkiego Kerima Frei’a.  W tym momencie z formalności stała się zadość, po(bardzo)krótce zaznajomiłem czytelników ze składami, czas przenieść się na nasiąkniętą przez wodę murawę.

A tutaj działo się dość wiele interesującego, choć nie będę udawał, że był to mecz, który każdy fan futbolu powinien mieć nagrany na DVD. Obie połowy miały de facto identyczny przebieg. Zaczynały się od dominacji niebieskich, by po około kwadransie to gospodarze dochodzili do głosu i narzucali przeciwnikowi własny styl gry. Nie mniej, to Chelsea, niczym dobry długodystansowiec, potrafiła w ostatnich sekundach dwukrotnie przyspieszyć, powodując nieznaczną zadyszkę u Fulham. Pierwszą z tych zadyszek gospodarze przypłacili zresztą rzutem karnym, bowiem tuż przed przerwą, w 45 minucie, Mark Clattenburg w dość kontrowersyjnych okolicznościach wskazał na wapno. W pole karne wpadł Salomon Kalou, Danny Murphy dość nierozsądnie rzucił mu się pod nogi z obiema stopami do przodu, a reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej runął na ziemię jak ranne zwierzę. Choć kapitan Fulham zarzekał się, że nie dotknął rywala, arbiter był nieubłagany. Jak się później okazało, Clattenburg dopatrzył się przewinienia Kelly’ego, który rzekomo miał potrącić Kalou. Niezawodny Lampard ustawił piłkę na jedenastym metrze, a ta następnie zatrzepotała w siatce, mimo niezłej próby obrony ze strony Schwarzera. Był to pierwszy karny od bardzo długiego czasu sprokurowany przez graczy the Cottagers. Tak więc the Blues schodzili do szatni z jednobramkowym prowadzeniem, tymczasem Fulham udało się do niej niepocieszone, z ponownie zasmarowanym uczuciem niesprawiedliwości. Gospodarze grali doprawdy dobre zawody i zdecydowanie nie zasługiwali żeby przegrywać. Powrót legendarnej dwójki Hangeland-Hughes zdawał się zapewniać odpowiednie zabezpieczenie tyłów, w czym pomagał również znowu dobrze dysponowany Kelly. Tymczasem Riise niejednokrotnie obiecująco zapędzał się do ofensywy, pozbawiając złudzeń ostatnich zwolenników swojego poprzednika Carlosa Salcido. Zdecydowanie najjaśniejszą postacią pierwszej części był Kerim Frei, który z olbrzymią łatwością, jak tyczki, mijał gości zza miedzy. Szwajcar był niemal nie do powstrzymania, i gdyby nie wyśmienita interwencja Cecha, miał szansę zdobyć swoją bramkę. Kłamstwem byłoby jednak napisać, że byliśmy świadkami wielu sytuacji podbramkowych. Chociaż akcje przenosiły się z pod jednej bramki pod drugą, strzałów było stosunkowo mało. Chelsea grała głównie środkiem, tymczasem Fulham atakowało skrzydłami, mając z kolei problemy z odpowiednim zagęszczeniem pola karnego. Zawodził w szczególności Moussa Dembele, któy teoretycznie miał grać tuż za Dempsey’em, w roli w której niegdyś błyszczał Zoltan Gera. Belg jednak nazbyt często zostawiał Teksańczyka na pastwę losu, cofając się w kierunku środka boiska. Skoro jestem już przy krytykowaniu, muszę stwierdzić, że gorzej dysponowany był także wyśmienity ostatnio Damien Duff, który nie sprawdził młodego Bertranda. Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. The Whites próbowali atakować, długo utrzymywali się przy futbolówce, ale nie przekładało się to na liczbę strzałów, a w grze widoczne były wcześniej wspomniane mankamenty. Wreszcie Jol postanowił dokonać zmian. Na murawie znalazł się Etuhu i Sa, którym miejsca ustąpili Diarra i Murphy. Na kwadrans przed końcem gospodarze zepchnęli rywala do głębokiej defensywy i to przyniosło skutki. W 81 minucie po rożnym uderzał Aaron Hughes i tylko geniusz i refleks bramkarza Chelsea uchronił the Blues przed stratą gola. Tyle że po ponownym dośrodkowaniu Duffa było już 1-1. Wpierw Hughes, a następnie Etuhu wyblokowali Terry’ego, który zgubił krycie Dempsey’a, to wystarczyło. Fenomenalnie władający głową (zresztą w obu rozumieniach tego zwrotu) Amerykanin wyskoczył wysoko i uderzył piłkę czołem. Futbolówka odbiła się jeszcze od Cahilla i wpadła idealnie koło słupka. Tym razem szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy, bo strzał nie szedł pierwotnie w światło bramki. Trybuny zebrały się na jeszcze jedną, ostatnią falę dopingu, gdyż wyczuły, że trzy punkty są w zasięgu, a remis to minimum na które zespół zasłużył. Jednakże jedenastka Jola nie ruszył do żadnych szaleńczych ataków, a jak już wspomniałem, to goście lepiej finiszowali, choć ich sekwencja kornerów na nic im się zdała. Po raz drugi w obecnym, chylącym się powoli ku końcowi sezonowi,  w derbach zachodniego Londynu zwycięscy nie było.

Kropka? Oczywiście, że nie. Chociaż derby skończyły się podziałem punktów, moralny zwycięzca mógł być tylko jeden. Fulham zaprezentowało bardzo dojrzały futbol i nie pokazało nawet najmniejszych oznak lęku przed rywalem.  Tymczasem Kibice Chelsea raz jeszcze musieli zmierzyć się z małymi koszmarami dzisiejszego świata: wygórowanymi oczekiwaniami i presją wyniku. Dlatego w London Borough of Hammersmith & Fulham tylko jedni mogą chodzić z podniesioną głową. Czasami warto być maluczkim.

Grudzień 2008, 88 minuta meczu derbowego z Chelsea. Głowa Clinta Dempsey'a daje Fulham remis 2-2. Kwiecień 2012, 82 minuta. Czoło Amerykanina raz jeszcze okazuje się bezcenne.

Napisane przez: Macu | Kwiecień 7, 2012

Pierwsze jajeczko już w koszyczku. Bolton 0-3 Fulham.

Jak na razie Fulham w roli wielkanocnego zajączka spisuje się świetnie. Pierwsze jajeczko już trafiło do kibicowskiego koszyczka, a w poniedziałek fani będą z niecierpliwością wyczekiwać kolejnego prezentu. Wysoka wyjazdowa wygrana i triumf w derbach to byłoby coś. Na razie jednak pozostaje się delektować tym pierwszym sukcesem, bo w końcu nie często przychodzi nam cieszyć się z trzech punktów zdobytych na stadionie rywala. W szczególności, że Fulham zagrało doprawdy koncertowo i pięknie dla oka. Czekamy na więcej.

Dusza kobiety

Choć w naszym pięknym języku Fulham jest traktowane jako rzeczownik rodzaju nijakiego, trudno oprzeć się wrażeniu, że the Whites mają w sobie coś z kobiecego powabu. W końcu Lady Fulham nie z rzadka potrafi pokazać swoje piękne lico, zaskoczyć swoją urodą i odziać swoje akcje w pociągające koronki. Jej uroczy i słodki dom przy Stevenage Road przyciąga wielu amatorów jej serca. Ale Lady Fulham ma też ciemną stronę swojej kobiecej natury. Bywa zdradziecka, kapryśna i nieprzewidywalna. Na myśl o każdej dalszej podróży dąsa się, wzbrania i dostaje migreny. Tak jakby jej delikatne nozdrza mogłyby jedynie wciągać woń trawy rosnącej przed jej Chatką. A nie daj Boże jej coś powiedzieć, skrytykować, że czegoś damie nie przystoi. Wtedy wysoko zadrze nosa, odwróci się i jak na złość, przez dwa tygodnie będzie robiła to samo.  Ale że sprytna to istota, jak tylko wyczuje, że jej adoratorzy zaczynają rzucać zalotne oczka w kierunku innych, ta zaraz znowu ich oczaruje, skokietuje i owinie wokół palca. I tak w kółko. Mistrzyni uwodzenia.

A mówiłem jej, że wyjazdy nie takie straszne.

Zaraz pewnie dostanę burę za swoje seksistowskie uprzedzenia, jakkolwiek pocieszam się faktem, że płeć piękna raczej w naszym blogu się nie zaczytuje, a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo. W razie czego, proszę mi wybaczyć, tak jakoś to porównanie samo wpadło mi do głowy i nie chciało już z niej uciec. Te kolejne huśtawki wyników, dziwne serie meczów i wyjazdowa indolencja aż same prosiły się o podobny komentarz. Czy po rozbiciu Boltonu na Reebok Stadium powinienem doszukiwać się zmian, oznak dojrzewania u Lady Fulham? Pomny wydarzeń sprzed roku, kiedy w końcówce sezonu nie obyło się bez pewnej dozy mamienia, powstrzymam się od huraoptymistycznych prognoz. Pewne jest natomiast, że powody do świętowania w Wielką Sobotę były, a Pani w towarzystwie też niczego sobie.

Dobra, ale już koniec z tymi durnymi przenośniami, pozostaje wreszcie przenieść się na płytę stadionu Kłusaków, by pokusić się o ocenę pojedynku Boltonu z Fulham. Martin Jol standardowo nie zaskoczył. To znaczy zaskoczył – składem, ale jako że do TEGO zdążyliśmy już przywyknąć, niespodzianki nie było. Trochę pokrętne. Co prawda w obronie nie ujrzeliśmy zmian w stosunku do spotkania z Norwich, a ku uciesze wielu, miejsce w składzie utrzymał Aaron Hughes, to w pomocy było parę rotacji. Danny’ego Murphy’ego zabrakło nawet na ławce rezerwowych, a jego miejsce w środku obok Dembele zajął Mahmadou Diarra. Na lewej flance hulał młodziutki Kacaniklic, tak dobrze prezentujący się w ostatnim pojedynku the Cottagers. Na murawę od pierwszych minut wybiegli także Ruiz i Duff, a w ataku Clint Dempsey. Amerykanin miał za zadanie zastąpić kontuzjowanego Pogrebniaka. Wracając jeszcze do nieobecności naszego kapitana, należy podejrzewać, że doświadczony rozgrywający szykowany jest na poniedziałkowy mecz derbowy z Chelsea. Z akcentem na słowo “podejrzewać”.

Kibice na Reebok stadium mogli liczyć na to, że fatalna gra wyjazdowa Fulham będzie oznaczała dla ich zespołu kolejne, czwarte zwycięstwo z rzędu. I faktycznie pierwsze minuty nie wykluczały takiego scenariusza, bowiem goście grali niemrawo, czekając na ruch ze strony rywala. Na lewym skrzydle aktywny był Petrov, który kilkukrotnie groźnie dośrodkował w pole karne. Dopiero po ponad kwadransie gry zawodnicy Jola z większą werwą ruszyli do przodu. Największe zagrożenie przychodziło z prawej flanki Fulham, coś co miało być znakiem rozpoznawczym tego meczu. Damien Duff grał tam na przeciwko wychowanka szkółki Realu Madryt Marcosa Alonso i kręcił nim niemiłosiernie. Bolton także się odgryzał, groźne były dośrodkowania z bocznych sektorów, jednak cała formacja defensywna, z pewnym Schwarzerem włącznie, spisywała się bez zarzutu. Przełom nastąpił w 30 minucie, kiedy do tego momentu dość niejako grający Dempsey przymierzył z 30-metrowego rzutu wolnego, czyniąc swój wspaniały sezon jeszcze bardziej wspaniałym. Tuż przed przerwą Demps dorzucił jeszcze drugiego gola, tym razem głową, kiedy raz jeszcze ośmieszony Alonso nie zatrzymał wrzutki Duffa. W przerwie Owen Coyle wprowadził dwóch nowych graczy i próbował odmienić grę swojego zespołu. Ale to the Whites zagrali świetną połówkę, która może być wyznacznikiem tego, co chcą oglądać kibice. W obronie Fulham imponowało dojrzałością i ofiarnością do ostatnich sekund, czego dowodem może być znakomity blok Kelly’ego już w doliczonym czasie gry. W pomocy, zwłaszcza w końcówce meczu, byliśmy świadkami poukładanej gry i kilku ładnych wymian piłki. Nie najlepsza pierwsza polówka Diarry została szybko zapomniana, bowiem w drugiej części Malijczyk zdecydowanie poprawił jakość swojej gry. Celnie podawał, odbierał wiele piłek, asekurował obronę, a także otworzył swoje konto strzeleckie, kiedy w 80 minucie znakomicie sfinalizował ładną akcję lewym skrzydłem (dośrodkowanie Riise). Do momentu odniesienia kontuzji, podobać się mógł także Ruiz, choć Kostarykanin nadal musi wystrzegać się niebezpiecznych strat w pobliżu własnej bramki. Wreszcie, oczu mogły się cieszyć na widok młodzieży. Bowiem prócz wspomnianego Kacaniklicia, swoje umiejętności mogli zaprezentować także młodziutcy Frei i Trotta. Ten ostatni wcale nie był daleki od strzelenia bramki w ligowym debiucie. Żeby nie było tak słodko, należy napomknąć o paru niewykorzystanych szansach i żałować, że swojego kapitalnego występu Duff nie zdołał uświetnić strzelonym golem. Dwukrotnie lepszy okazywał się Bogdan. Przez głowy kibiców powinny też przepłynąć myśli, czy możliwym jest w ogóle, by udało się po sezonie zatrzymać obecny skład? Choć Dembele był tym razem dość anonimowym graczem, Dempsey raz jeszcze potwierdził życiową formę i gdyby nie lekceważące kopnięcie lewą nogą, mógł skompletować kolejnego hat-tricka. Jakikolwiek będzie rozwój wypadków w okienku transferowym, mimo moich pewnym zastrzeżeń do Martina Jola,  akurat pewny jestem jednego. Holender ma już obmyślonych kilka wariantów awaryjnych . Dla tego nam, kibicom, pozostaje usiąść spokojnie z lornetką i wypatrywać w oddali tego siódmego miejsca. Już w poniedziałek,  w wielkich derbach z Chelsea, będziemy mogli przekonać się czy ta kolejna faza optymizmu jest uzasadniona. Z Lady Fulham to nigdy nie wiadomo.

Żeby nie było za słodko, może łyżka dziegciu. Czy ten obrazek będzie nam dane oglądać w przyszłym sezonie?

Napisane przez: cookie | Kwiecień 7, 2012

Ile punktów od zająca? Bolton i Chelsea na Wielkanoc.

Ubiegłotygodniowe zwycięstwo nad “Kanarkami” z Norwich, oznaczające praktycznie pewne utrzymanie Fulham w Premier League na siedem kolejek przed końcem rozgrywek, przyniosło każdej osobie związanej z klubem dodatkową szczyptę spokoju na zbliżające się święta wielkanocne. Nie oznacza to jednak, że w ich trakcie nie będziemy emocjonować się występami The Cottagers – wręcz przeciwnie, podopiecznych Martina Jola czekają w najbliższych kilku dniach aż dwa spotkania ligowe. Podejmą w nich będące w dobrej formie zespoły Boltonu oraz Chelsea, które desperacko walczą o zrealizowanie założonych przed sezonem celów. Czy wielkanocny zając przyniesie fanom The Whites miłe niespodzianki?

Pierwszy piłkarski akcent wyjątkowego dla chrześcijan weekendu już dzisiaj – w Wielką Sobotę, The Cottagers zmierzą się na Reebok Stadium z tamtejszym Boltonem. Popularne “Kłusaki”, które w kiepskim stylu uległy w grudniu na obiekcie Fulham 0:2, do niedawna jawiły się jako pewny kandydat do spadku z ligi. Przed trzema kolejkami, podopieczni szkockiego managera, Owena Coyle’a, mieli na koncie zaledwie 20 punktów, plasując się razem z Wigan Athletic na dnie tabeli Premier League. Z tym samym Wigan, w arcyważnym pojedynku na Reebok w połowie lutego, “Kłusaki” przegrały 1:2, utwierdzając wielu ze swoich fanów w przekonaniu, że na zakończenie sezonu przyjdzie im pożegnać się z ekstraklasą. Gdy kilka tygodni później, cały świat był świadkiem nieomal tragicznie zakończonej historii z udziałem kluczowego zawodnika The Trotters, Fabrice’a Muamby, wydawało się, że po takim ciosie, zawodnicy Boltonu nie będą potrafili się juź podnieść i w ogóle skupić się na piłkarskiej walce. Tymczasem, dramat, w wyniku którego pomocnik Boltonu otarł się o śmierć, wyzwolił w jego kolegach dodatkowe siły i zaczęli oni seryjnie wygrywać spotkania ligowe. W trzech ostatnich pojedynkach, “Kłusaki” zdobyły komplet punktów, pokonując bezpośrednich rywali w walce o utrzymanie: QPR, Blackburn oraz Wilki i w tym momencie mają jeden punkt przewagi nad strefą spadkową, posiadając także w zanadrzu jeden zaległy mecz. Coyle został mianowany managerem marca w Premier League, a na Reebok nie widzą zapewne powodu, dla którego Bolton miałby nie kontynuować dobrej passy na początku kwietnia, w spotkaniu z klubem niewalczącym ani o europejskie puchary, ani o ligowy byt. Trzy zwycięstwa z rzędu nie muszą jednak być koniecznie dobrym prognostykiem, o czym wiedzą doskonale goście dzisiejszego spotkania.

Chelsea48 godzin później, w wielkanocny poniedziałek, The Whites wcielą się w rolę gospodarza, a nad Tamizą dojdzie do trzecich w tym sezonie, choć dopiero pierwszych na Craven Cottage derbów pomiędzy Fulham i Chelsea. Choć na Wyspach nie istnieje tradycja “Lanego” Poniedziałku i na angielskich ulicach nie spotkamy się w ten dzień z bitwami wodnymi, których pełno będzie choćby w polskich miejscowościach, tradycją są zacięte pojedynki z udziałem zachodniolondyńskich sąsiadów i starcie na the Cottage powinno obfitować w dużo poważniejsze sceny walki. Tak było, gdy The Cottagers dwukrotnie stawiali się w ostatnich miesiącach na Stamford Bridge, za każdym razem będąc prawdziwym utrapieniem dla popularnych The Blues. W lidze padł remis 1-1, zaś w rozgrywkach Pucharu Ligi, Chelsea wygrała dopiero w rzutach karnych. Po takich wynikach, mając tym razem atut w postaci swojego obiektu, wielu kibiców Fulham liczy bez wątpienia na długo (bo od marca 2006 roku) wyczekiwane zwycięstwo nad lokalnym rywalem. Łatwo nie będzie, bo, choć do niedawna The Blues byli pogrążeni w kryzysie, to, podobnie jak Bolton, doznali w ostatnim czasie przełomu i zaczęli notować znacznie lepsze wyniki. W przypadku Chelsea, przemiana dokonała się dzięki tradycyjnemu mechanizmowi – zmianie na stanowisku szkoleniowca. Na początku marca, klub zwolnił rozczarowującego Andre Villasa-Boasa, z którym utknięto na ledwie piątej pozycji w Premier League, a tekę managera objął do końca sezonu Roberto Di Matteo, dotychczasowy asystent Portugalczyka oraz były piłkarz The Blues. Pod wodzą eks-reprezentanta Włoch, Chelsea w imponujący sposób rozprawiła się z Napoli w rewanżu 1/8 finału Ligi Mistrzów (po porażce 1-3 w pierwszym meczu, jeszcze za kadencji poprzednika), a po dwukrotnym pokonaniu portugalskiej Benfiki w kolejnej fazie w następnych tygodniach, The Blues są już w najlepszej czwórce tych rozgrywek. Według doniesień prasowych, Di Matteo w znaczący sposób poprawił sytuację w szatni Chelsea, a lepiej za jego kadencji zdaje się także spisywać nękany strzelecką klątwą Fernando Torres, który w ostatnim miesiącu zdobył trzy bramki. The Blues nadal znajdują się jednak w ligowej tabeli poza miejscami premiowanymi grą w LM, tracąc pięć oczek do czwartych “Kogutów” i zgubienie punktów na Craven Cottage może być dla niebieskich sąsiadów Fulham katastrofalne w skutkach.

Niewiadomą w kadrze The Whites na wielkanocne pojedynki jest Paweł Pogrebniak, który skręcił kostkę w meczu z Norwich i przechodził wczoraj test sprawnościowy. Martin Jol liczy, że Rosjanin zagra przynajmniej w poniedziałkowych derbach, a jego szanse na grę w spotkaniu z Boltonem ocenia jako wątpliwe. W tym samym momencie do składu powrócił jednak Orlando Sa, który może zastąpić Pogrebniaka w roli wysuniętego napastnika. Z udziału w obu meczach są wykluczeni Andy Johnson, Steve Sidwell, Zdenek Grygera i Neil Etheridge.

Przewidywane składy:
Bolton (4-4-2): Bogdan – Ricketts, Ream, Wheater, Alonso – Miyaichi, Reo-Coker, M. Davies, Petrov – N’Gog, Klasnic
Niepewni: Steinsson, Pratley
Kontuzje: Holden, Mears, Lee, Gardner
Inne absencje: Muamba

Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Kelly, Hangeland, Hughes, J. Riise – Duff, Dembele, Murphy, Dempsey – Ruiz – Sa
Niepewny: Pogrebniak
Kontuzje: Johnson, Sidwell, Grygera, Etheridge
(może ulec zmianie na mecz z Chelsea)

—————–
Chelsea (4-4-2):
Cech – Ivanovic, David Luiz, Cahill, Bertrand – Ramires, Essien, Mata, Kalou – Sturridge, Torres
Kontuzje: Cole, Terry, Lampard
(może ulec zmianie po meczu Chelsea – Wigan)

Otwarty trening przed weekendem wielkanocnym

Na otwartym treningu w środku tygodnia, na który przyjść mógł każdy fan Fulham, nastroje były świetne. Jakie będą po świętach wielkanocnych?

Napisane przez: Macu | Marzec 31, 2012

Fulham 2-1 Norwich.

Po zapewniającym znakomitą rozrywkę meczu, Fulham triumfowało na Craven Cottage nad Norwich City w stosunku 2-1. Dwie szybkie bramki Fulham, jak się zdawało, ustawiły mecz, ale ambitna gra gości spowodowała, że do ostatnich sekund byliśmy świadkami emocjonującego i ofensywnego meczu. Fulham przerywa passę 3 meczów bez porażki, rozpoczynając już kolejną wędrówkę w górę tabeli.

Napisane przez: cookie | Marzec 31, 2012

Wziąć przykład z United. Fulham – Norwich

Norwich CityChoć ostatnią przegraną na Old Trafford, Fulham wyrównało niechlubny klubowy rekord trzech kolejnych porażek w Premier League bez strzelonej bramki, było to spotkanie, w którym The Cottagers wstydu nie przynieśli i który podbudował morale drużyny przed kolejnym pojedynkiem. W nim, The Whites zmierzą się dziś u siebie z beniaminkiem z Norwich i mimo, że drużyna Paula Lamberta rozgrywa świetny sezon, to oczekiwanie fanów Fulham jest tylko jedno – trzy punkty, zdobyte nawet w mało przekonujący, wymęczony sposób, podobny do tego, jaki zaprezentował w poniedziałek Manchester United.

Jasny cel stawiany podopiecznym Martina Jola wynika rzecz jasna nie z lekceważenia skromnego stażu popularnych “Kanarków” w ekstraklasie, bo o tym, co potrafią tegoroczni beniaminkowie, publiczność zgromadzona nad Tamizą w doskonały, acz bardzo bolesny sposób dowiedziała się niedawno przy okazji meczu ze Swansea. Chodzi o pobudzenie do życia bilansu punktowego, który w przypadku The Cottagers zatrzymał się trzy tygodnie temu na liczbie 36 oczek i który w razie dalszej niemocy Fulham powodował będzie oglądanie się na doły ligowej tabeli, czego nikt w biało-czarnej części zachodniego Londynu nie chce. Mecz z przyjezdnymi z hrabstwa Norfolk jest też jednym z ostatnich momentów dla The Whites, w którym mogą oni jeszcze nawiązać kontakt z uciekającą pierwszą dziesiątką ligi i powalczyć o realizację corocznego postanowienia podejmowanego na the Cottage – ukończenia rozgrywek właśnie w górnej połowie tabeli. Aktualnie, bliżej tego osiągnięcia są niespodziewanie “Kanarki” Paula Lamberta, które plasują się przed dzisiejszym starciem na 11. miejscu w tabeli, z liczbą 39 punktów. Zespół z Carrow Road w niczym nie przypomina już drużyny, która w 2005 roku przegrywała na Craven Cottage 6-0 i spadała z hukiem z Premier League. Podopieczni jednego z managerskich objawień tego sezonu, nie mając wśród siebie żadnych wielkich gwiazd, imponują zgraniem i walecznością, zasłużenie i pewnie zapracowując sobie na kolejny sezon gry w angielskiej ekstraklasie. Znakomicie zadomowił się w Premier League duet napastników Grant HoltSteve Morison, który razem ma na koncie aż 20 bramek strzelonych w lidze. Autorem dwunastu z nich jest bodaj najważniejsze ogniwo w zespole Lamberta – Holt, ikona i kapitan “Kanarków” w ostatnich sezonach, który tydzień temu został nawet nominowany do klubowej Galerii Sław (z obecnej drużyny dotyczy to także Lamberta oraz Wesa Hoolahana), a który będzie dziś nieobecny z powodu czerwonej kartki otrzymanej w poprzedniej kolejce. Nie może to jednak obniżyć czujności The Whites, którą muszą oni utrzymać do ostatniej sekundy. Przedmeczowe statystyki wskazują na niepokojącą końcówkę pojedynku – “Kanarki” to ligowi eksperci od strzelania bramek w ostatnim kwadransie spotkań (13 takich trafień w tym sezonie), podczas gdy Fulham specjalizuje się niestety w traceniu takich goli (17 razy w obecnych rozgrywkach). Idealnym przykładem tendencji wykazywanych przez obie drużyny było pierwsze bezpośrednie spotkanie Fulham i Norwich w tych rozgrywkach. Dokładnie trzy miesiące temu, w sylwestrowe popołudnie na Carrow Road, po bramce “Kanarków” w 94. minucie meczu padł remis 1:1.

Wciąż wykluczony z gry jest strzelec bramki dla The Whites w tamtym spotkaniu – Orlando Sa. Portugalczyk, wraz ze Steve’m Sidwellem oraz Zdenkiem Grygerą, od dłuższego czasu stanowi grono stałych nieobecnych w drużynie Fulham. Przed dzisiejszym meczem dołączył do niego trzeci bramkarz The Cottagers, Neil Etheridge, zaś niepewny jest występ Andy’ego Johnsona, który opuścił mecz z Manchesterem United z powodu urazu kolana i obecnie walczy z czasem. Martin Jol zdradził także, że w meczowej 18-tce na pewno znajdzie się… Alex Kacaniklic, który został właśnie przywołany z bardzo udanego wypożyczenia do Watfordu. 20-letni lewoskrzydłowy rodem ze Szwecji, swego czasu jeden z najbardziej obiecujących przedstawicieli klubowej młodzieży, rozegrał w barwach “Szerszeni” 12 spotkań (bilans 7-3-2, 1 bramka, 6 asyst), będąc jedną z wyrózniających się postaci zespołu i manager Fulham postanowił włączyć go do drużyny na pozostałą część rozgrywek.

Przewidywane składy:
Fulham (4-4-2): Schwarzer – Kelly, Hughes, Hangeland, J. Riise – Ruiz, Diarra, Dembele, Duff – Dempsey, Pogrebniak
Niepewny: Johnson
Kontuzje: Etheridge, Sa, Sidwell, Grygera
Norwich (4-4-2): Ruddy – R. Martin, Whitbread, Ward, Naughton – E. Bennett, Howson, Fox, Surman – Jackson, Morison
Zawieszony: Holt
Niepewny: Pilkington
Kontuzje: Tierney, Ayala, Vaughan, Rudd

Simeon Jackson strzela na 1-1 w Sylwestra

Liczymy, że dziś, ostatnie słowo będzie należeć do innej drużyny.

Zgodnie z przewidywaniami, Fulham przegrało na Old Trafford z Manchesterem United, odnosząc tym samym trzecią porażkę ligową z rzędu. Jak na ironię, drużyna Jola zagrała jednak najlepszy mecz ze wspomnianej serii, i przy nieco większej dozie szczęścia, mogła mieć w 90 minucie rzut karny na wagę jednego punktu. Niestety arbiter nie odważył się rozwścieczyć wielkiego Sir Alexa Fergusona i na wapno nie wskazał. Podstawy do tego były.

Od pewnego czasu zastanawia mnie jak oni to robią. Kogo mam na myśli pisząc “oni”? Rzecz jasna chodzi o Manchester United. Kiedy rywale wydają grube miliony na kolejne transfery, Sir Alex Ferguson siedzi sobie spokojnie i przeżuwa kolejną paczkę gumy do żucia. Pozostaje niewzruszony nawet wtedy, gdy szeregi zespołu opuszczają kolejne gwiazdy, takie jak Cristiano Ronaldo, czy też Carlos Tevez. Nie wzdryga się wcale na wieść o następnych urodzinach Ryana Giggsa, tudzież Paula Scholesa. Czas leci, a Szkot nadal pozostaje na topie. I nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić. Jednak najbardziej niebywała umiejętność Czerwonych Diabłów polega na tym, że potrafią wygrywać mecze w których nie grają wcale lepiej aniżeli przeciwnik. Już rywal czuje krew, węszy swoją szansę, jest o krok od przełomu. I właśnie wtedy, znienacka,  United wpycha gola i zgarnia kolejne trzy punkty, pozostawiając osłupiałego rywala z pustymi rękoma. W poniedziałek może nie mieliśmy typowego przykładu takiego spotkania, bo Manchester był lepszy od Fulham, ale niewiele brakowało, a londyńczycy mogliby sprawić Fergusonowi psikusa. Sęk w tym, że skończyło się jak zawsze.

Dlaczego tylko mogli? Oczywiście wiąże się to z kontrowersyjną sytuacją z 89 minuty meczu, kiedy w polu karnym gospodarzy padł Danny Murphy. Może i kapitan the Whites nieco dodał od siebie, jak by to powiedział Radek Majdan, nieco przyaktorzył. Natomiast fakt był taki, że Carrick piłki nie dotknął, za to smyrgnął Murphy’ego po achillesie. Podstawy do wskazania na wapno z pewnością były. Niestety sędzia Olivier nie odważył się tego zrobić. I trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że w 90 minucie na Old Trafford karnego się zwyczajnie nie dostaje. Skąd to się bierze? Ano nie bez przyczyny Szkot zawsze tak bardzo narzeka na każdą decyzję sędziowską, która niesprawiedliwie obraca się przeciwko jednemu zespołowi. W ten sposób, od wielu lat, Ferguson wywiera presję na arbitrach, która w takich momentach jak ten poniedziałkowy, przynosi mu jak najbardziej wymierne korzyści.

Wygrać się zatem nie udało, ale pewien powiew optymizmu znowu zawitał na Cottage. Bowiem Fulham zagrało doprawdy niezłe spotkanie i gdyby nie jeden moment dekoncentracji, kto wie jakby się ono zakończyło. Podstawą tej dobrej gry była solidność w obronie. Do wyjściowego składu powrócił Aaron Hughes i z marszu zagrał chyba swój najlepszy mecz od dłuższego czasu. Walczył, czytał grę, blokował  i wyprzedzał rywali. Był wszędzie. Gdy dodać do tego poprawną i ofiarną grę pozostałej trójki defensorów (w tym Kelly’ego!), a także jedną kapitalną, podwójną interwencję Schwarzera, trzeba obiektywnie stwierdzić, że to nie był przypadek, iż Diabły cieszyły się z gola tylko raz. Oczywiście to gospodarze długimi minutami prowadzili grę i spychali the Cottagers do głębokiej defensywy. Ale trzeba oddać podopiecznym Jola, że i oni potrafili się chwilami utrzymać dłużej  przy futbolówce z dala od własnej bramki i wymienić kilka podań. Nawet mimo nieobecności od pierwszej minuty Murphy’ego. Jego rolę przejął Mahmadou Diarra, ale nie do końca się w niej sprawdził. Malijczyk przeplatał świetne zagrania z bardzo słabymi, niecelnymi. Czyli pokazywał dokładnie to, z czego pamiętam go jeszcze z Realu Madryt. Jego partner w środku pomocy, Dembele, jak zwykle był aktywny, ale nie za bardzo efektywny. Na skrzydłach zarówno w ataku, jak i w obronie pracowali Duff i Frei, jednakże Manchester łatwo niwelował zagrożenie z ich strony. Zwłaszcza na lewej flance, gdzie młody Szwajcar usilnie w każdej akcji schodził do prawej nogi, co było zdecydowanie nazbyt czytelne. W ataku starali się operować Dempsey i Pogrebniak, ale faktycznie tylko Rosjanin nie brał udziału w grze obronnej, najczęściej zostając osamotniony i skazany na pastwę losu pośród gąszczu czerwonych koszulek. Ale miało być optymistycznie, więc nacisnę guzik przewijania. Największe uznanie należy się the Whites za ostatnie minuty rywalizacji. Londyńczycy mieli już wówczas świadomość, że do stracenia nie mają już nic i postanowili mocniej zaatakować. Wprowadzeni na boisku Ruiz i Murphy przejawiali dużą ochotę do gry, a goście byli wstanie zmusić Manchester do nieco wzmożonego wysiłku obronnego. Na trybunach Odl Trafford można było nawet wyczuć pewną dozę nerwowości i niepewności, bowiem to gracze w białych koszulkach zaczęli dyktować boiskowe wydarzenia. Zwieńczeniem tego wszystkiego była wspominana już wcześniej sytuacja, kiedy sędzia Olivier mógł, ale nie podyktował karnego. Manchester znowu to zrobił, znowu mu się upiekło, a Fulham nie pozostało pozostało nic innego, jak przyjąć trzecią kolejną porażkę, tym razem z podniesionym czołem. Tyle że z Norwich już nie może być mowy o honorowych przegranych.

Jeden punkt upada na ziemię. Czy Murphy nie mógł spróbować strzelić?

Napisane przez: cookie | Marzec 26, 2012

Zjednoczeni kontra rozbici. Man Utd – Fulham

Manchester UnitedJeszcze niedawno mówiliśmy o Fulham w kontekście serii trzech kolejnych zwycięstw, a dziś, po pechowej porażce z Aston Villą i klęsce doznanej tydzień temu na Craven Cottage z ręki beniaminka ze Swansea, The Whites będą musieli postarać się wieczorem o nie lada wyczyn, by nie przegrać trzeciego spotkania z rzędu. Podłamani podopieczni Martina Jola zagrają bowiem na Old Trafford z Manchesterem United, który w ostatnim czasie niszczy wszystkie przeszkody na swojej drodze, w wielkim stylu powracając do walki o mistrzostwo Anglii. Ostatnich wyników Fulham na obiekcie “Czerwonych Diabłów” najlepiej byłoby w ogóle nie przytaczać, zatem – czy warto wierzyć, że popularny “Teatr Marzeń” będzie nim dziś dla The Cottagers nie tylko z nazwy?

Na początku swojej przygody z Premier League, The Whites byli jednym z najmniej chętnie goszczonych rywali przez United. Swój debiutancki mecz w zreformowanej angielskiej ekstraklasie, Fulham grało właśnie na Old Trafford, przegrywając po zaciętym pojedynku 3:2, dwukrotnie obejmując prowadzenie. Dwa lata później, 25 października 2003 roku, doszło do jednego z piękniejszych wydarzeń w najnowszej historii The Cottagers, gdy zespół Chrisa Colemana wygrał w “Teatrze Marzeń” 3:1. Gdy już jednak Fulham wspięło się na swój mały krajowy Olimp, pokonując najbardziej utytułowany klub Anglii na jego własnej ziemi, kolejne pojedynki The Whites w czerwonej części Manchesteru stały pod znakiem tęgiego lania sprawianego małemu przybyszowi ze stolicy. Po sensacyjnej porażce doznanej niemal dziewieć lat temu, United wygrywali u siebie wszystkie kolejne spotkania z Fulham (ostatnią bramkę – autorstwa… “samobójcy” Rio Ferdinanda – tracąc w 2006 roku), niezależnie od ówczesnej dyspozycji zarówno jednych, jak i drugich. Tym ciężej wyobrazić sobie wywiezienie przez The Whites jakiejkolwiek zdobyczy punktowej dzisiaj. Dla Fulham, po ostatnich porażkach, obecny sezon właściwie już się kończy i każdy wokół klubu powoli godzi się z wizją ukończenia rozgrywek na mało atrakcyjnej pozycji, pomimo wszelkich starań Liverpoolu o zaproszenie jak największego grona zespołów do walki o siódme miejsce w kraju. W obozie United, determinacja stoi na dokładnie odwrotnym poziomie – po tym, jak “Czerwone Diabły” przez cały sezon musiały oglądać w tabeli plecy lokalnego rywala, odpadając przy tym z Ligi Mistrzów, wszystko powoli zapowiada się na kolejny triumfalny finisz Sir Alexa Fergusona. Podopieczni Szkota cierpliwie wyczekali na zadyszkę drużyny “Citizens”, samemu odnosząc zwycięstwo za zwycięstwem (osiem wygranych i jeden remis w ostatnich 9 pojedynkach) i w przypadku pokonania Fulham, United wypracują sobie nad “Obywatelami” trzypunktową przewagę.  Po grudniowym zwycięstwie 5:0 na the Cottage, wszyscy związani z klubem z Old Trafford prawdopodobnie już dopisali sobie trzy oczka za dzisiejsze starcie.

Na tle takich motywacji, ciężko upatrywać w czymś nadzieję dla The Whites. Wiara może tkwić po prostu w tym, że, nie mając już o co grać, piłkarze Martina Jola będą zupełnie pozbawieni stresu i nie przestraszą się zaatakowania krajowego potentata. Wykluczeni z gry są ponownie Zdenek Grygera, Steve Sidwell i Orlando Sa, a po niezbyt udanym eksperymencie z Mahamadou Diarrą w pierwszej jedenastce w meczu ze Swansea, do wyjściowego składu powinien powrócić Danny Murphy.

Przewidywane składy:
Manchester United (4-4-2): De Gea – Rafael, Evans, Ferdinand, Evra – Valencia, Carrick, Scholes, Young – Rooney, Welbeck
Kontuzje: Anderson, Nani, Owen, Lindegaard, Fletcher, Vidic
Fulham (4-4-2): Schwarzer – Kelly, Hangeland, Senderos, J. Riise – Duff, Murphy, Dembele, Dempsey – Pogrebniak, Johnson
Kontuzje: Sidwell, Sa, Grygera

Fulham - Man Utd 0:5

The Whites - mówiąc delikatnie - faworytami dziś nie są, ale gorzej, niż w grudniu, chyba być nie powinno.

Napisane przez: Macu | Marzec 17, 2012

Walijski koszmar. Fulham 0-3 Swansea City.

Fulham pikujące

Były trzy wygrane z rzędu, wilcze apetyty i błyskające z nadzieją oczy. Nie potrzeba było jednak dwóch tygodni, by ponownie na powierzchnie wyłonili się krytycy Martina Jola, a w te same oczy zajrzało widmo trzech kolejnych przegranych meczów. Na Villa Park nikt cudów nie oczekiwał, a porażka, jakkolwiek mocno frajerska, była wkalkulowana w scenariusz. Jednak rywalizacja na Craven Cottage z beniaminkiem Swansea zaliczała się do zgoła odmiennej kategorii meczów. Tutaj faworyt mógł być tylko jeden,  a kibice bezwzględnie oczekiwali trzech punktów. Mając jeszcze w pamięci rywalizację z Wolverhampton, przyszli na Cottage celem obejrzenia kolejnej bezwzględnej egzekucji, niczym widzowie zasiadający na starożytnych arenach podczas walk gladiatorów. Fani zwyczajnie byli żądni krwi. No i krew rzeczywiście się polała. I nie mam wcale na myśli zakrwawionej koszulki Diarry, którego głowa miała bliskie spotkanie z bandą reklamową. Tym ranionym okazał się zespół Fulham, który na własnym stadionie otrzymał trzy śmiertelne ciosy. Piłkarze Swansea w tydzień po pokonaniu Manchesteru City udowodnili, że miano rywalizacji rozgrywek nie zostało im nadane na wyrost. Zdobyli jedną z lepiej bronionych twierdzy w Premier League, jednocześnie kwestionując dziwaczne dobory personalne, których przed tym meczem dokonał Marti Jol. Tymczasem dla Fulham wielkimi krokami zbliża się wyjazdowy mecz z Manchesterem United, przed którym ciężko o optymizm. Zespół zaczął mocno pikować w dół, Jol ponownie traci swoich zwolenników i przyszłość ponownie rysuje się pod dużym znakiem zapytania. Który to już raz?

Taktyczna katastrofa

Na wstępie zmuszony jestem przyznać, że pierwszej połowy spotkania nie dane było mi obejrzeć, więc swoje wnioski bazuje wyłącznie na drugiej części gry. Jednak 45 minut wystarczyło mi, by dojść do wniosku, że holenderski szkoleniowiec dobitnie pomógł Swansea w odniesieniu drugiego zwycięstwa nad the Whites w obecnym sezonie. Najbardziej szokującą decyzją było pozostawienie na ławce dzisiejszego jubilata (wszystkiego najlepszego!) i kapitana zespołu Danny’ego Murphy’ego. W środku pola grę kreować mieli Moussa Dembele i Mahmadou Diarra. Szybko okazało się jednak, że obaj nie najlepiej się rozumieją, a żaden z nich nie potrafi tak dobrze regulować tempa gry jak doświadczony Anglik. Do tego doszły wielbłądy taktyczne, takie jak chociażby przy drugim golu Sigurdssona, kiedy obaj zapędzili się do przodu, pozostawiając za sobą wielką dziurę, która okazała się być autostradą do bramki Fulham. Nie lepiej sytuacja wyglądała na skrzydłach. Jol wystawił na nich Dempsey’a i Ruiza, którzy jak wiadomo, typowymi wingerami nie są. W rezultacie the Cottagers grali przeraźliwie wąsko, nie wykorzystując całej szerokości boiska. Nie trzeba mówić, że bronienie się przeciwko takiemu zespołowi jest zadaniem o wiele prostszym. Tutaj zatrzymam się przy osobie Kostarykanina. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że pieniądze,  które wydał na byłego gracza Twente, nadal mocno siedzą w głowie Jola. Stąd Ruiz dostaje kolejne szanse, choć tak naprawdę one mu się nie należą. Damien Duff grał ostatnio bardzo dobrze, i to on powinien zacząć ten mecz od pierwszych minut. Zresztą Holender sam szybko przyznał się do błędu, zdejmując Ruiza tuż po rozpoczęciu drugiej połowy. Wprowadzenie Frei’a, który podpisał niedawno nowy kontrakt, też miało służyć poszerzeniu gry zespołu, ale wtedy było już za późno. Wreszcie docieramy do osoby Stephena Kelly’ego. Z całą sympatią dla Irlandczyka, niestety od dawna było wiadomo, że Stephen może co najwyżej pełnić funkcję uzupełniającego skład. Do regularnej gry jednak się nie nadaje. Z meczu na mecz mamy tego potwierdzenie, bowiem kolega reprezentacyjny Duffa raz po raz gubi się w akcjach, daje się za łatwo ogrywać i prezentuje za małe zagrożenie w ofensywie. Czemu Chris Baird nie dostaje szans na tej pozycji? Nie wiadomo. No i standardowo należy dotrzeć do punktu, w którym zastanowimy się, czy Philippe Senderos w sercu defenyswy to na pewno najlepszy wybór. Szwajcar zaliczył ostatnio kilka solidnych występów, ale niestety w sobotnim meczu na tacy sprezentował trzecią bramkę dla gości. Wpierw fatalnie wybił, by potem poślizgnąć się w pojedynku jeden na jeden. Szwajcar będzie musiał się mieć na baczności w najbliższych meczach. Na koniec, na skarcenie zasługuje też ofensywna formacja Fulham, której brakowało kreatywności. Dempsey coraz częściej występuje w systemie zero-jedynkowym. Albo strzela jak na zawołanie, albo przechodzi obok meczu. Tym razem ewidentnie trafiliśmy na zero. Osamotniony Pogrebniak, pozbawiony podań, zaliczył już drugi kolejny mecz bez gola, co powoduje, że jego znakomite statystyki zaczynają powszednieć. Warto zaznaczyć jednak, że to nie tylko słaba gra Fulham była przyczyną tak fatalnego wyniku. To Swansea spisało się wręcz fenomenalnie, grając zaangażowaniem, pomysłem i werwą. Niczym wielka Barcelona, ku uciesze niezwykle głośnych kibiców Swansea, długimi minutami gracze Rodgersa utrzymywali się przy piłce, pokazując coś co stało znakiem rozpoznawczym Walijskiego zespołu. Cottage zostało opanowane gromik “ole!”. Tego popołudnia the Whites zwyczajnie gorzej grali w piłkę.

Przeciętniactwo

Czas chyba pozbyć się złudzeń. Fulham jest obecnie przeciętnym zespołem, który przeplata występy ponad możliwości, z tymi gorszymi, zdecydowanie niezachwycającymi. Walka o utrzymanie piłkarzom z Londynu nie grozi, ale próba podboju miejsc premiowanych awansem do Ligi Europy zakrawa chyba o porywanie się z motyką na słońce. Czas skupić się na finiszu w górnej części tabeli, ale przede wszystkim, na budowaniu jakiejś spójności. W moim przekonaniu obecna dysharmonia zespołowi nie pomaga.

W tym miejscu w imieniu całego serwisu Fulham Polska pragnę przesłać najlepsze życzenia dla zawodnika Boltonu Fabrice’a Muamby, który we wczorajszym meczu Pucharu Anglii doznał zawału serca. Mamy szczerą nadzieję, że Fabrice wygra walkę o własne życie i wróci do zdrowia! Wobec takich tragedii, nawet najstraszliwsza porażka ukochanego zespołu nie boli tak bardzo.

Diarra za Murphy'ego? Pierwszy test oblany.

Napisane przez: cookie | Marzec 17, 2012

Piękna powinna być nie tylko pogoda. Fulham – Swansea

Swansea CityDzisiejsze popołudnie zapowiada się na jedno z najbardziej urokliwych, jakie uświadczą w tym sezonie kibice zgromadzeni na Craven Cottage. Przy akompaniamencie wspaniałej pogody, jaką od kilku dni obdarza nas budząca się do życia Matka Natura, pojedynek nad brzegiem Tamizy stoczą prowadzone przez orędowników ofensywnego futbolu Fulham oraz Swansea City. Jako, że oba zespoły nie są wplątane w walkę ani o europejskie puchary, ani o utrzymanie, powinno być jeszcze mniej strategicznie i bardziej beztrosko.

Wprawdzie jeszcze tydzień temu, rozmarzeni przez trzy zwycięstwa z rzędu kibice The Whites mieli nadzieję na udany pościg za miejscem dającym kwalifikację do Ligi Europy, jednak poniesiona w przeciętnym stylu porażka na Villa Park kazała pogodzić się z faktem, że wyjazdowej rewolucji, niezbędnej, by myśleć o pierwszej siódemce ligi, najpewniej nie będzie. Nie znaczy to jednak, że Fulham nie ma szans na realizację podstawowego celu, jakim, corocznie, jest ukończenie sezonu w górnej połowie tabeli Premier League. Do tego, wystarczyć może utrzymanie imponującej formy domowej (6 zwycięstw w 8 ostatnich ligowych pojedynkach) i regularne punktowanie przyjezdnych na Craven Cottage. Identyczny cel przyświeca beniaminkowi ze Swansea, choć w południowej Walii, przedsezonowe założenia były zapewne zgoła inne. “Łabędzie” są absolutną rewelacją obecnych rozgrywek, urzekając rzesze sympatyków piłki nożnej atrakcyjnym, opartym na boiskowej dominacji stylem gry. Według niedawno opublikowanych rankingów, podopieczni północnoirlandzkiego romantyka futbolu – Brendana Rodgersa – są szóstą najlepiej podającą drużyną Europy (!), przegrywając w aspekcie procenta celności podań jedynie z kontynentalnymi gigantami – Barceloną, Realem Madryt, Bayernem Monachium, Manchesterem City oraz Chelsea. Playmaker The Swans, Leon Britton, jest natomiast absolutnym liderem, jeśli chodzi o wyniki indywidualne – ze skutecznością podań na poziomie 93%, czyni to lepiej, niż sam Xavi Hernandez. Walijczycy są przy tym zespołem bardzo efektywnym, konsekwentnie powiększającym dorobek punktowy. Po małym zawahaniu formy w lutym i dwóch porażkach z rzędu, po których niektórzy wieszczyli możliwość pójścia przez “Łabędzie” klasyczną drogą beniaminka i kryzysem zwieńczonym spadkiem z ligi, The Swans najpierw ograli na wyjeździe zespół Wigan, a tydzień temu sprawili kolejną w tym sezonie sensację, bijąc w twierdzy Liberty Stadium (jedynie dwie porażki w 14 spotkaniach) miliarderów z Manchesteru City. Przed dzisiejszym meczem, przyjezdni z półwyspu Gower meldują się w tabeli tuż pod Fulham, na 11. miejscu, z tą samą liczbą 36 punktów i jedynie gorszym bilansem bramkowym. Mimo niedawnej wygranej na DW Stadium, mankamentem The Swans jest dyspozycja wyjazdowa – “Łabędzie” zdobyły poza domem tylko 12 oczek (bilans 3-3-8), ledwie jeden więcej od klubu-synonimu fatalnej gry “w delegacji”, którego z nazwy nie trzeba chyba przedstawiać.

Nastroje w obozie owego zespołu są dobre – Martin Jol zakomunikował, że, oprócz stałych nieobecnych – Zdenka Grygery oraz Steve’a Sidwella – z gry w dzisiejszym spotkaniu wykluczony jest jedynie Orlando Sa. Do dyspozycji managera Fulham powrócił Aaron Hughes, zaś w optymalnej kondycji znajduje się już Mahamadou Diarra – istnieje spore prawdopodobieństwo, że przynajmniej jednego z nich zobaczymy w wyjściowym składzie The Cottagers.

Przewidywane składy:
Fulham (4-4-2): Schwarzer – Hughes, Senderos, Hangeland, J. Riise – Ruiz, Murphy, Dembele, Dempsey – Johnson, Pogrebniak
Kontuzje: Sa, Sidwell, Grygera
Swansea (4-3-3): Vorm – Rangel, Williams, Caulker, Taylor – Britton, Sigurdsson, Allen – Routledge, Graham, Sinclair
Niepewny: Orlandi
Zawieszony: Dyer
Kontuzje: Agustien, Bodde

Danny Murphy i Leon Britton

Danny Murphy i Leon Britton - kto będzie królem środka pola w dzisiejszym starciu?

Napisane przez: Macu | Marzec 11, 2012

Powrót na ziemię. Aston Villa 1-0 Fulham

Fulham jako faworyt meczu wyjazdowego? Brzmi na tyle niedorzecznie, że ręka odruchowo kieruje się się w kierunku głowy, celem wykonania gestu pukania się w czoło. A jednak, po wygranej z drwalami ze Stoke, przydeptaniu trzech palców trzymającego się tuż nad strefą spadkową QPR (i to na ich własnym terenie!) i poskromieniu wcale niestrasznych Wilków, powszechnie uważano, że to drużyna Jola jest groźniejsza niż pogrążeni w kryzysie the Villans. Ba, na Villa Park dość tłumnie zjawili się fani the Cottagers, którzy mieli nadzieje, że raz jeszcze zobaczą niemal ucieleśnienie swojego wymarzonego Fulham. Z Wolverahmpton the Whites rozegrali mecz niemal idealny: w ataku czarował Dempsey i Pogrebniak, Dembele szalał w środku pola, a cały zespół zagrał ofensywnie, pięknie dla oka i skutecznie. Kibice jeszcze niedawno myślący o utrzymaniu, nagle zaczęli snuć dalekosiężne podboju Liverpoolu, en route do europejskich rozgrywek.  Kolejne nieco komiczne kompromitacje wielkiego Liverpoolu Daglisha co prawda nieco urealniły te plany, jednak nadal chyba było nieco za wcześnie by w ekscytacji unosić się od podłoża. Masowa hipnoza nie trwała zresztą nazbyt długo, bowiem Aston Villa jednym pstryknięciem palca sprowadziła wszystkich na pokład matki ziemi. I niczym dobry lekarz wystawiła diagnozę: gra wyjazdowa nadal do poprawy.

Jednym słowem, na Villa Park czar prysł. W grze Fulham nie było polotu, agresji, a akcje zupełnie się nie zazębiały. Zwłaszcza pierwsza połowa była w wykonaniu gości fatalna. The Cottagers faktycznie nie stworzyli ani jednej okazji bramkowej. Jeden z najlepszych statystycznie strzelców w Premier League, Paweł Pogreniak, był zupełnie osamotniony w ataku, tak więc nie miał nawet sposobności zaliczenia swojego pierwszego niecelnego strzału w białym trykocie. Inni zawodnicy stanowiący o sile ataku jedenastki Jola również przechodzili obok spotkania. Nie to żeby the Villans grali jakoś wybitnie. Dostawali się w niezłe strefy na boisku, ale dobitnie dawał o sobie znać brak rasowego napastnika i problemy z dograniem ostatniej piłki. Stąd istna kanonada zza pola karnego w wykonaniu Bułgara Petrova była najciekawszym elementem pierwszej części gry. A że kapitan gospodarzy niektórymi uderzeniami postraszył kibiców na trybunach, to w zasadzie podsumowuje atrakcyjność tego widowiska. Po przerwie było nieco lepiej, zwłaszcza z perspektywy kibiców z Londynu. Fulham wreszcie wzięło się do roboty i zaczęło stwarzać jakiekolwiek okazje. Uaktywnił się Damien Duff, który trzykrotnie w przeciągu 5 minut znakomicie dośrodkowywał w pole karne. Bramki jednak zdobyć się nie udało. A im bliżej było końca meczu, tym bardziej zadowolona z remisu zdawała się być ekipa Fulham. Jak to się skończyło? Oczywiście kolejną katastrofą w ostatnich sekundach. Z zasady niezawodny w takich sytuacjach Schwarzer wypluł przed siebie strzał Gardnera, następnie kapitalnie obronił dobitkę Weimanna, ale przy kolejnej poprawce nie miał już szans. Austriak dosłownie wepchnął piłkę do siatki w 93 minucie spotkania. Zapewne nie tylko uwieczniony na ekranie telewizora Philippe Senderos spuścił w tym momencie głowę. Fulham przegrało ten mecz na własne życzenie, gdyż chciało zadowolić się jednym punktem. Choroba wyjazdowa zbiera zatem kolejne żniwo, a wyleczyć jej nadal nie sposób. Niby remedia są oczywiste: potrzebna jest większa determinacja (tak jak na mecz z QPR) i odwaga w grze.  Odpowiedniej szczepionki jeszcze jednak nie wynaleziono.

Paweł nie strzela, Fulham przegrywa.

« Nowsze Posty - Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.