Napisane przez: cookie | Kwiecień 17, 2013

Ostatnia misja sezonu. Fulham – Chelsea!

Czterdzieści punktów minęło. Czy jak jeden dzień? Z pewnością nie, bo w chylącym się ku końcowi sezonie, Fulham znajdowało się na wielu zakrętach, ale The Whites zdobyli w końcu magiczną liczbę oczek i prawie bezstresowo, mogą w ostatnich sześciu kolejkach po prostu starać się o maksymalne powiększenie swojego dorobku. Prawie, bo pierwszym z pozostałych spotkań rozgrywek będzie batalia najwyższej rangi dla kibiców The Cottagers, w której od podopiecznych Martina Jola będzie wymagane podejście, jak do ostatniej misji specjalnej sezonu. Dziś wieczorem, w ramach zaległego pojedynku, na Craven Cottage zawitają niebiescy sąsiedzi z Chelsea, a biało-czarna część zachodniego Londynu będzie, jak co sześć miesięcy, wierzyć w nadejście pierwszego zwycięstwa nad odwiecznymi rywalami od 2006 roku. Czy po siedmiu chudych latach, nastanie w końcu słodki moment triumfu dla fanów Fulham?

Choć na ostatniej prostej sezonu, oprócz dzisiejszego wieczoru, The Whites odbędą wiele ciekawych pojedynków – pojadą m.in. do Walii oraz na Goodison Park, a u siebie, ugoszczą choćby Arsenal i Liverpool – to każdy biało-czarny fan zamieniłby nawet jak najlepszy bilans punktowy w nich na jedno, wielce wyczekiwane, upragnione zwycięstwo derbowe nad The Blues. Od czasu pierwszego i jak na razie jedynego zwycięstwa Fulham nad Chelsea w czasach Premier League – w marcu 2006 roku, The Cottagers wielokrotnie znajdowali się w znakomitej kondycji w chwili podejmowania utytułowanego rywala, jednak pokonać go nie byli w stanie. Potentata ze Stamford Bridge potrafili – i to dwa razy – ograć w ostatnim czasie inni zachodniolondyńscy sąsiedzi z QPR, natomiast piłkarzom The Whites, na dźwięk nazwy Chelsea, nogi zawsze wydawały się w minionych latach odrobinę uginać, mimo, że los dawał Fulham naprawdę sporo szans do przełamania przedłużającej się klątwy. W sezonie 2010/2011, w 90. minucie ligowego meczu na the Cottage, karnego dającego wiktorię przestrzelił Clint Dempsey; w ubiegłych rozgrywkach, podczas spotkania w Pucharze Ligi, mogącą owocować triumfem “jedenastkę” zmarnował z kolei Pajtim Kasami. Choć o takiej passie z Chelsea, jaką może się pochwalić Fulham – ostatnia ligowa porażka w listopadzie 2010 roku, a cztery kolejne pojedynki w Premier League na remis – śni zapewne wiele klubów w stawce, to fanów The Cottagers, marzących o ostatecznym pokonaniu lokalnego giganta, taki stan rzeczy absolutnie nie zadowala. Jak będzie tym razem? Od ostatniego “rozczarowania” derbowym podziałem punktów trochę czasu minęło, a więc akumulatory i nadzieja napełnione wśród biało-czarnych fanów na nowo. Ponownie, jak w wielu przypadkach w ostatnich latach, są podstawy, by wierzyć w zwycięstwo Fulham. The Cottagers przegrali w 2013 roku na własnym stadionie jedynie z Manchesterem United; znakomicie idzie im także w rundzie rewanżowej z londyńskimi klubami – piłkarze Martina Jola odnieśli same zwycięstwa w meczach z West Hamem, Tottenhamem i QPR. Na Stamford Bridge, jak to na Stamford Bridge od czasu zatrudnienia Rafaela Beníteza – kibice The Blues żyją w permanentnej niezgodzie z Hiszpanem, a dodatkowo klub czeka ciężka walka do ostatniej kolejki o miejsce w pierwszej czwórce ligi. Sąsiedzi The Whites, ktorzy przed kilkoma dniami zostali wyeliminowani w Pucharze Anglii przez Manchester City, grają na krajowych boiskach w kratkę, marnując poza domem punkty wypracowywane na własnym obiekcie (The Blues przegrali trzy ostatnie wyjazdowe pojedynki w lidze). Chelsea awansowała wprawdzie do półfinału Ligi Europy, będąc jedyną pozostałą angielską drużyną w europejskich pucharach, ale wszyscy wokół klubu myślą przede wszystkim o obronie w tabeli pozycji, która daje prawo udziału w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. W tym momencie, The Blues są w ligowej drabince na 4. miejscu i w razie dzisiejszej wygranej, mogą wyprzedzić trzeci Arsenal, ale jednocześnie, tyle samo punktów, co aktualnie Chelsea, ma piąty w tabeli i czyhający na wszelkie błędy “Niebieskich” Tottenham.

W obozie Fulham nikt jednak nie myśli o robieniu jakiejkolwiek przysługi innym londyńskim sąsiadom, a chodzi o pokazanie prawdziwego charakteru oraz autentycznej woli zwycięstwa w meczu z odwiecznym wrogiem. Wierzymy, niestrudzenie, że ten dzień nastapi właśnie dzisiaj. Come On You Whites – ruszajcie po najważniejszą z wygranych!

Przewidywane składy:
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Riether, Hangeland, Senderos, Riise – Manolew, Enoh, Karagounis, Emanuelson – Ruiz – Berbatow
Kontuzje: Duff, Dejagah, Diarra
Zawieszony: Sidwell
Chelsea (4-2-3-1): Čech – Azpilicueta, Ivanović, David Luiz, Bertrand – Mikel, Lampard – Oscar, Mata, Hazard – Ba
Kontuzje: Cahill, Cole, Romeu

Oczekujemy już tylko tego jednego, a potem, sezon można z powodzeniem zamykać. The Cottagers – powalczcie o upragnione zwycięstwo!

Napisane przez: Macu | Kwiecień 13, 2013

Villa Park nie padło. Aston Villa 1-1 Fulham.

Fulham nie potrafiło przemóc swojej niemocy na Villa Park i po wyrównanym meczu podzieliło się punktami z broniącą się przed spadkiem drużyną Paula Lamberta. Gospodarze wyszli na prowadzenie po golu Charlesa N’Zogbii, ale dominujący w drugiej połowie the Whites wyrównali po rzucie rożnym, kiedy bramkę samobójczą strzelił Fabian Delph.

stats-away-villa-2013

Zderzenie jednego z najmłodszych kadrowo klubów Premier League z rutyną i doświadczeniem graczy Fulham przyniosło w sobotnie popołudnie na Villa Park widowisko dość przeciętne. To był mecz wyraźnie różniących się połów, gdzie po dominacji piłkarzy Lamberta w pierwszej częśc gry, the Cottagers odpłacili się lepszą grą w jej drugiej odsłonie. Występujący w dość eksperymentalnym składzie piłkarze Jola, z Kieranem Richardsonem w roli lewego obrońcy i Urby Emanuelsonem na lewym skrzydle, od pierwszych minut sprawiali wrażenie lekko zdezorganizowanych. Sytuacji nie poprawiła szybka kontuzja pachwiny Damiena Duffa, który musiał opuścić murawę, ustępując miejsca na boisku Stanisławowi Manolewowi. Z przykrością należy stwierdzić, że Bułgar na grę na skrzydle zwyczajnie się nie nadaje, zatem jego obecność na boisku była raczej osłabieniem ofensywnej siły the Whites. Przy niezbyt aktywnej postawie Emanuelsona i głęboko cofającym się Ruizie, otrzymywaliśmy obrazek dość dobrze nam znany, to jest irytującego się z przodu Berbatova, nie dostającego nic, na co mógłby zadziałać swoją piłkarską magią. Tymczasem przewaga the Villans zmaterializowała się w postaci kilku dogodnych okazji. Jedną z nich miał ostatnio zabójczo skuteczny Benteke, ale postawny Belg źle dostawił stopę, a piłka pofrunęła koło bramki. Dwukrotnie groźnie uderzał również N’Zogbia, ale na posterunku był niezawodny Schwarzer. Wreszcie, tuż przed przerwą błyskotliwa akcją popisał się Emaunuelson, ograł przy linii końcowej defensora Villi i dograł do Berby, ale Bułgar tym razem zawiódł, uderzając koło bramki z dość trudnej piłki. Piłkarze schodzili do szatni przy bezbramkowym remisie, ale to gospodarze byli stroną, która ewidentnie na bramkę zasłużyła. I choć, jak już wspomniałem, to goście zawładnęli drugą połówką, paradoksalnie, to the Villans wyszli w niej na prowadzenie, choć chwilę wcześniej Berbatov otrzymał kapitalne podanie od Ruiza i trafił w zewnętrzną część słupka. Była 54 minuta, kiedy Hangeland za krótko wybijał futbolówkę po dość panicznej akcji defensywnej Fulham, a N’Zogbia zagarnął ją i technicznym strzałem po długim rogu nie dał szans Schwarzerowi. Szczęśliwie, sytuacja ta nie zaburzyła dobrej dyspozycji gości w drugiej połowie, co rychło przyniosło wyrównanie. Jedenaście minut później the Whites mieli korner, Ruiz standardowo szukał kogoś na któtkim słupku, no i udało się. Fabian Delph tak niefortunnie główkował, że pokonał własnego bramkarza i mieliśmy remis. Co ciekawe, nieszczęśnik, który wciąż czeka na swoją premierową bramkę dla ekipy the Villans, swojego czasu był bliski przejścia do Fulham, bowiem piłkarzem tym mocno zainteresowany był Roy Hodgson. Wracając na plac gry, tutaj bliższe zwycięskiej bramki było Fulham. Dwukrotnie w dogodnej sytuacji znalazł się Petrić, który wrócił do składu po mięśniowej kontuzji i pojawił się z ławki rezerwowych. Chorwat był aktywny, zostawił po sobie dobre wrażenie, ale bramki strzelić nie zdołał. Gospodarze też mieli swoje okazje, ale w żadnym wypadku nie były to tak zwane setki. Ostatecznie mecz zakończył się sprawiedliwym, jakkolwiek nieco nudnym remisem, choć fragmenty drugiej połowy mogły się podobać. Fulham doszusowało do bariery 40 punktów,  a oglądając się za plecy ze swojego 10 miejsca, wcale nie może dojrzeć jakiegoś zażartego pościgu, który by się tam odbywał.

villa-away-2013.

Delph pakuje piłkę do własnej siatki, ku uciesze Hangelanda.

Napisane przez: cookie | Kwiecień 13, 2013

U kolejnych potrzebujących. Aston Villa – Fulham

Nie udało się podopiecznym Martina Jola dobić do magicznej granicy 40 punktów na St James’ Park, a zatem zadanie to zostało odłożone w czasie przynajmniej o tydzień. Szkopuł tkwi w tym, że swoje kolejne spotkanie, The Cottagers ponownie rozegrają poza domem i ponownie zmierzą się z zespołem szalenie poszukującym punktów – na Villa Park, Fulham zmierzy się dziś z tamtejszymi wygłodniałymi “Lwami”, które desperacko walczą o przetrwanie tego sezonu. Czy londyńczycy wspomogą w potrzebie kolejnych ligowych rywali i “nakarmią” birminghamskie stworzenia, czy też tym razem, uda im się już zrealizować swoje własne cele?

Nie tego oczekiwano w zasłużonym dla angielskiego futbolu klubie z West Midlands po nowym treserze “Lwów” – po tym, jak Paul Lambert bez problemu utrzymał się z Norwich w Premier League, Szkot miał bez problemu dokonać z większymi kalibrem The Villans przynajmniej tego samego. Oczywiście, wielu znawcom angielskiej piłki musiała zapalić się w głowie lampka, gdy nowy manager “Lwów” podszedł do letniego okienka nieco niestandardowo i postawił w dużym stopniu na kupno rodzimej młodzieży z niższych lig, ale chyba nikt nie spodziewał się, że kolejny sezon Aston Villi może wyglądać jeszcze gorzej, niż ten za kadencji Alexa McLeisha. Takie jednak są fakty – “Lwy”, a właściwie “Lwiątka” Lamberta znajdują się na tym etapie rozgrywek w jeszcze gorszym położeniu, niż przed rokiem i na sześć kolejek przed ich zakończeniem mają ledwie dwa punkty przewagi nad strefą spadkową. Wielu wyspiarskich ekspertów twierdzi, że jeśli młodym żołnierzom szkockiego managera uda się utrzymać w tym sezonie, to w przyszłym ostatecznie okrzepną i mogą osiągnąć w lidze już znacznie więcej, ale – no właśnie – sztuki przedłużenia bytu w Premier League trzeba najpierw dokonać. The Villans mogą jednak podchodzić do pojedynku z posiadającymi sześć punktów więcej The Cottagers z pewną dozą optymizmu – w ostatnich tygodniach, “Lwy” wzięły się w końcu za siebie i wygrały kilka istotnych meczów z rywalami z dolnej części tabeli (Reading, QPR oraz Stoke), a do tego, Fulham nigdy nie wygrało na Villa Park w ramach rozgrywek Premier League (ostatnie zwycięstwo The Whites na tym obiekcie to 1999 rok i Puchar Anglii, a po powrocie do ekstraklasy w 2001 roku, londyńczycy mogą “pochwalić” się w pojedynkach w “lwiej” klatce bilansem 0-4-7). Nietrudno jednak wyliczyć, że, w razie zwycięstwa gospodarzy, The Cottagers będą mieć nad nimi ledwie trzypunktową przewagę – może warto tym razem utrzymać skupienie nie tylko do końca regulaminowego czasu gry, ale i ostatniego gwizdka sędziego?

Na Villa Park, jak na razie, Fulham stać w Premier League co najwyżej na takie wyniki – remis 1-1 w sezonie 2006/2007.

Martin Jol ma do dyspozycji przed tym spotkaniem niemal tych samych piłkarzy, co tydzień temu – z regularnych bywalców w pierwszej 11-tce Fulham, pauzować będą zawieszony Steve Sidwell oraz kontuzjowany Ashkan Dejagah (co do którego zmieniły się niestety prognozy – z powodu pogłębienia urazu, Irańczyk ma nie zagrać już więcej w tym sezonie), a oprócz tego, Holender w ostatniej chwili podejmie decyzję odnośnie włączenia do meczowego składu poturbowanego w Newcastle Eyonga Enoha. Pierwszej linii The Whites będzie naturalnie przewodził śrubujący w ostatnim czasie swoje własne rekordy Dimitar Berbatow - przed spotkaniem w Newcastle, Bułgar strzelał bramki w czterech kolejnych meczach Premier League, dokonując takiej sztuki po raz pierwszy w swojej karierze i będąc pierwszym takim piłkarzem The Cottagers od czasu podobnego wyczynu Steeda Malbranque’a sprzed… 10 lat. “Berba” będzie próbował poprawić swoje dosyć kiepskie statystyki w spotkaniach przeciwko Aston Villi – w dziesięciu pojedynkach od czasu przybycia na Wyspy Brytyjskie, snajper Fulham trafił w meczach z The Villans tylko raz, jeszcze jako piłkarz Tottenhamu w 2007 roku.

Przewidywane składy:
Aston Villa (4-2-3-1): Guzan – Lowton, Vlaar, Baker, Bennett – Westwood, Delph – Agbonlahor, Weimann, Bowery – Benteke
Niepewny: Clark
Kontuzje: Gardner, Herd, Albrighton, Dunne, Petrov
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Riether, Hangeland, Senderos, Riise – Duff, Frimpong, Karagounis, Emanuelson – Ruiz – Berbatow
Niepewni: Enoh, Petrić
Kontuzje: Dejagah, Diarra
Zawieszony: Sidwell

Mobilizacją do lepszej koncentracji, niż ostatnio, powinno być także to – Andy Weimann zdobywa zwycięską bramkę rok temu w doliczonym czasie gry.

Napisane przez: Macu | Kwiecień 7, 2013

Sroki nie dały się okraść. Newcastle 1-0 Fulham.

Bramka w doliczonym czasie gry niezawodnego Papissa Cissé zagwarantowała Newcastle United trium nad the Whites i trzy niezwykle ważne punkty w batalii o utrzymanie w Premier League. Będące gorsze na przestrzeni całego spotkania Fulham, długo skutecznie broniło się przed naporami gospodarzy, by po raz kolejny w samej końcówce wypuścić punkty z garści. Na nic zdała się dotychczasowa niezła passa na obiekcie przeciwnika, pomoc słupka, poprzeczki i sędziego, który nie zauważył dość ewidentnej ręki Riethera w polu karnym. Kiedy zdawało się, że goście niejako skradną Srokom jeden punkt, te jeszcze raz pokazały swój złodziejski kunszt.

stats-newcastle-away-2013

Rozochoceni imponującą wygraną na White  Hart Lane i nieco wymęczonym triumfem nad QPR, kibice Fulham mogli z nadzieją patrzeć na pojedynek z Newcastle United. Co prawda w wypadku tego meczu, nie jestem uprawniony, by napisać, iż skład drużyny z Craven Cottage ponownie nie został dotknięty przez żadne zmiany. Byłoby to kłamstwo, bowiem Martin Jol musiał zastąpić wykluczonego za czerwoną kartkę Sidwella i kontuzjowanego Dejagah. W roli zastępców wystąpili zatem, co było do przewidzenia, Eyong Enoh – w środku pola, a także, co było przewidzieć znacznie trudniej, Stanisław Manolew, na prawej stronie pomocy. Oprócz tych wcale niekosmetycznych zmian, w Newcastle upon Tyne żadnych innych anomalii nie stwierdzono.

Widowisko na St. James’ Park niestety do nazbyt lotnych nie należało. Choć zaczęło się obiecująco dla gości, kiedy Berbatov,  zewnętrzną częścią stopy, niemal bezczelnie nie zawinął w samo okienko bramki Krula. Niestety, ostatecznie futbolówka przeleciała nad poprzeczką, a z czasem to the Magpies zaczęli kontrolować przebieg wydarzeń na boisku. Choć jakiś kapitalnych parad Schwarzera nie uświadczyliśmy, to zawodnicy Pardew ewidentnie zepchnęli przyjezdnych z Londynu do defensywy. Zresztą, dość znaczna doza szczęścia imała się ubranych w pomarańczowe trykoty graczy,  chociażby kiedy Hangeland w ostatniej chwili blokował strzał wyróżniającego się Moussy Sissoko albo gdy Cisse strzelał panu Bogu w okno, zamiast odegrać do zupełnie nieobstawionego Marveaux. Dopiero pod koniec pierwszej połówki Fulham wygrzebało się spod naporu pasiastych Srok. Po wirtuozerskim zagraniu Berby, Ruiz znalazł się w pozycji strzeleckiej, ale niestety nie był w stanie poprawić dość swojego marnego dorobku strzeleckiego, będąc zablokowanym przez nadal aktualnego mistrza Francji Mapou Yangę-Mbiwę. Jednak najlepsza okazja padła udziałem ogółem dość przeciętnego Manoleva. W olbrzymim zamieszaniu mającym miejsce w polu karnym Newcastle, wynikającym z rzutu rożnego, Bułgar miał piłkę trzy metry od linii bramkowej gospodarzy, ale z półobrotu wypalił wprost w fantastycznie i instynktownie  interweniującego Krula. Jeżeli chodzi o pierwszą połowę, to było na tyle.

O ile przed przerwą mogliśmy mówić o nieznacznej przewadze Newcastle i paru groźnych wypadach Fulham, połączonych z okresami dłuższego utrzymania futbolówki, o tyle po wznowieniu przewaga gospodarzy była już bardziej niepodważalna.  Pierwszym istotnym zdarzeniem, był agresywny wślizg Sissoko na nogi Enoha, który debiutujący w wyjściowym składzie Kameruńczyk przypłacił kontuzją wykluczającą go z dalszych zmagać w spotkaniu. Na murawie powitaliśmy Frimponga. Chwilę potem the Magpies po raz pierwszy zapukali do drzwi Marka Schwarzera, a dokładniej, to piłka zapukała o poprzeczkę jego bramki, kiedy Anita uderzył z dystansu, a rykoszet niemal nie podarował gospodarzom gola. Następny raz szczęście zawitało w pole karne Fulham w 64 minucie, jednocześnie przykładając rękę, dosłownie i w przenośni, do najbardziej kontrowersyjnego zdarzenia w całym meczu. Po rzucie rożnym Gouffran oddał strzał głową, a stojący na linii bramkowej Riether ewidentnie pomógł sobie ramieniem, by ten strzał zatrzymać, poprzez zepchniecie go na słupek. Co ciekawe, piłka poszybowała do Cisse, który uderzył, raz jeszcze obijając tą samą część bramki Fulham. Gwizdek arbitra pozostał milczący. W odpowiedzi słabi w drugiej połowie the Cottagers zmusili Krula do kolejnej kapitalnej parady, kiedy Berbatov groźnie uderzał głową po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Riise. To była ostatnia godna pochwały akcja drużyny Jola w tym spotkaniu. Mimo że aż prosiło się, aby wprowadzić do gry jakieś ożywienie, chociażby dając szansę Frei’owi, takową otrzymał Rodalleg, i oględnie mówiąc, nie zachwycił. Ostatnie minuty w wykonaniu gości to prawdziwa walka o przetrwanie, czy też bardziej bliskie prawdy będzie stwierdzenie, o jeden punkt. Bo to Sroki muszą się martwić o swój pierwszoligowy byt. Newcastle mocno przycisnęło, a Fulham, jakby nieco oszołomione i mające już dość, broniło się. Piłkarzom the Whites ta sztuka wychodziła zresztą całkiem dobrze, niczym w meczu z Tottenhamem, ale tylko do czasu. A dokładnie do trzeciej, z przepastnie pięciu doliczonych minut. Cabaye dograł do ustawionego w 16-tce Fulham Cisse, a ten przepięknie odwrócił się z piłką w kierunku bramki i z zimną krwią wprawił w drgania siatkę w bramce Fulham. Gol ten wywołał wtórną falę uderzeniową na trybunach St. James’ Park, a sam Pardew wpadł w jej uścisk, tonąc wśród rozentuzjazmowanych kibiców. Newcastle zdobyło w ten sposób niezwykle trzy punkty, a Fulham? Ślęcząc sobie bezpiecznie w okolicach środka tabeli, co najwyżej sprawili kolejny wyjazdowy zawód swoim kibicom. Powrót do normalności, można powiedzieć.

93 minuta. Cisse głowy nie stracił.

93 minuta. Cisse głowy nie stracił.

Napisane przez: cookie | Kwiecień 7, 2013

Bezpieczni w sroczym gnieździe? Newcastle – Fulham

Wymarzone derbowe zwycięstwo z QPR miało, oprócz nieocenionego prestiżu i wartości psychologicznej, jeszcze jeden szalenie istotny wymiar – inkasując komplet punktów, Fulham powiększyło dorobek całego sezonu do 39-ciu oczek i jest niemal pewne utrzymania w Premier League. Niemal, wszak co roku mówimy o wirtualnej granicy bezpieczeństwa zawieszonej na liczbie 40-ciu punktów (rzadko sprawdzającej się w praktyce, o czym niżej), a zatem The Cottagers są już o najmniejszy krok od teoretycznego dotarcia do najważniejszego z ważnych sezonowych etapów. Dziś, londyńczycy stoczą bój w północno-wschodniej Anglii, próbując wyrwać brakujące oczka podmęczonym grą w Lidze Europy i przeżywającym ciężką końcówkę sezonu w lidze “Srokom” z Newcastle.

Z czterdziestoma punktami w Premier League, jak z każdą odgórnie narzuconą granicą w życiu – jest ona umowna i nie musi oznaczać faktycznego momentu przejścia z jednego stanu w drugi. Pierwsze sezony ograniczonej w połowie lat 90-tych do 20-tu zespołów angielskiej ekstraklasy, w których kluby w istocie co roku potrzebowały niemal idealnie 40-tu punktów do przeżycia, zakorzeniły u wszystkich związanych z wyspiarską piłką mentalność, która de facto sukcesywnie coraz bardziej odbiega od rzeczywistości. W XXI wieku, tylko raz (na dwanaście ukończonych sezonów) 18-ty zespół w stawce miał na koncie co najmniej 40 oczek, a więc tyle, albo więcej, było potrzebne drużynom nad “kreską” do uratowania bytu. Granica bezpieczeństwa przesunęła się wyraźnie w okolice 36-38-miu punktów (co na własnej skórze odczuło Fulham, cudownie uciekając spod topora w 2008 roku, a mając zgromadzonych właśnie jedynie 36 oczek) i patrząc na wszystko z boku, mniej powinniśmy dziwić się Harry’emu Redknappowi, który po porażce QPR z The Whites tłumaczył skonfundowanemu dziennikarzowi, że czterdziestopunktowa bariera to mit i do utrzymania się z klubem wystarczy mu dużo mniej, a bardziej powinniśmy dziwić sie takim żurnalistom, którzy z pełną powagą zadają Dimitarowi Berbatowowi pytanie, czy 10-te w lidze Fulham, posiadające na koncie 39 punktów, może czuć się bezpiecznie.

Martin Jol łamania wyspiarskich tradycji jednak nie preferuje i dopóki The Whites nie przebiją się przez “czterdziestkę”, nie będzie mówił o utrzymaniu, a zatem, choć wygrana z Rangersami w świetle przebiegu wielu ostatnich sezonów dała The Cottagers praktycznie pewne miejsce w następnych rozgrywkach Premier League, my również poczekamy z odkorkowaniem szampanów na ten jeden brakujący punkcik. Czy trafi on na konto londyńczyków już dziś? Wydaje się, że Fulham podejmować będzie na wyjeździe “Sroki” w odpowiednim momencie i jest na to spora szansa. Podopieczni Alana Pardew komfortu posiadania 40-tu oczek, a nawet 39-ciu nie mają i będąc w tabeli na 15-tej pozycji, przed ostatnią prostą sezonu myślą desperacko o dorzuceniu jeszcze jednego, bądź dwóch zwycięstw, co może nie sprzyjać ich pewności siebie na boisku. Nie przełożą się też zapewne na nią czwartkowe zmagania Newcastle, bowiem klub z hrabstwa Tyne and Wear wciąż uczestniczy w rozgrywkach Ligi Europy (w fazie pucharowej, “Sroki” wyeliminowały już silne zespoły ze Wschodu – Metalist Charków i Anży Machaczkałę) i w czwartek doznał w nich bolesnej porażki, przegrywając w pierwszym meczu ćwierćfinałowym w Lizbonie z tamtejszą Benfiką 1-3. Wreszcie, trzecim atutem Fulham może być samo St. James’ Park, który jest dla The Whites jednym ze szczęśliwszych wyjazdowych obiektów w Anglii. Na dziesięć podejść, od czasu awansu do elity w 2001 roku, londyńczycy wygrywali tam trzykrotnie (bilans 3-3-4), czyniąc to m.in. pod koniec sezonu 2008/2009 – co mocno przyczyniło się do awansu Fulham do LE oraz sensacyjnego spadku “Srok” – oraz w listopadzie 2004 roku, kiedy to The Cottagers odnieśli swoje bodaj najbardziej spektakularne wyjazdowe zwycięstwo ligowe w czasach Premier League, wygrywając w północno-wschodniej Anglii aż 4-1.

Popis gry z kontry i wspaniałe zwycięstwo Fulham na St. James’ Park w sezonie 2004/2005.

Pewne przed meczem jest to, że, choć zwycięskiego składu się nie zmienia i Martin Jol prawdopodobnie, po triumfach nad Tottenhamem i QPR, najchętniej tego porzekadła by się trzymał, jutro zobaczymy inną wyjściową jedenastkę The Whites, niż w poprzednich kilku kolejkach. Klubowi nie udało się anulować czerwonej kartki dla Steve’a Sidwella i Anglik będzie pauzował w trzech najbliższych spotkaniach, a do tego Ashkan Dejagah nabawił się w meczu z Rangersami kontuzji kostki i będzie nieobecny jeszcze przez tydzień. Czy lekko przegrupowane Fulham będzie w stanie kontynuować świetną formę z ostatnich tygodni?

Przewidywane składy:
Newcastle (4-2-3-1): Krul – Simpson, S. Taylor, Yanga-Mbiwa, Santon – Tioté, Cabaye – Gouffran, Sissoko, Gutiérrez –  Cissé
Niepewni: Simpson, Tioté
Kontuzje: Haïdara, Coloccini, Debuchy, R. Taylor, Ben Arfa, Vučkić
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Riether, Hangeland, Senderos, Riise – Duff, Frimpong, Karagounis, Emanuelson – Ruiz – Berbatow
Kontuzje: Dejagah, Petrić, Diarra
Zawieszony: Sidwell

Dimitar Berbatow prezentuje ostatnio światową klasę – Bułgar zdobył 6 bramek w ostatnich 6 meczach. Czy przez “Berbę” zapłaczą także i “Sroki”?

Derbowa potyczka Fulham z QPR okazała się idealnym zwieńczeniem zwariowanej Wielkanocy i śnieżnego dyngusa. W równie nieprzewidywalnym jak aura za oknem meczu, the Cottagers lali już swojego lokalnego rywala trzy do zera, by roztrwonić to prowadzenie i do samego końca drżeć o wynik. Ażebyśmy się przypadkiem nie nudzili, wielkanocny królik podrzucił nam do tego obronionego przez Marka Schwarzera karnego oraz czerwoną kartkę dla Steve’a Sidwella. Słowem, niezłe jaja, choć  w końcówce nikomu na Cottage do śmiechu nie było.

stats-qpr-home-2013

Stół wielkanocny 3Dopiero co wracaliśmy z naszych uczt wielkanocnych, brnąc przez zaspy śniegu i rzucając się dyngusowymi śnieżkami. Ci dociekliwsi, dyskutując zapewne o zmianach klimatycznych i możliwych przyczynach tego meteorologicznego prima primaaprilisowego dowcipu.  Łączyły nas ciężkie i pełne brzuchy, bo przecież kryzys ekonomiczny, ani tym bardziej pogodowy, tradycji pokonać nie mogły. Stoły były obfite jak zawsze. Zmęczeni i przejedzeni mieliśmy ochotę na poniedziałkowy, wieczorny deser – derbowy pojedynek pomiędzy Fulham i Queens Park Rangers . Spotkanie, które z paru względów miało być mieć the Whites nad wyraz słodki wymiar. Odprężenie? Nic z tych rzeczy! Nawet piłkarze postanowili dopełnić te zwariowane święta i zaserwowali nam ucztę ciężkostrawną, ale i za razem niezwykle emocjonującą. Wróćmy więc do tych chwil na Craven Cottage i przeanalizujmy to, co znalazło się w tym dyngusowym piłkarskim jadłospisie.

Zanim zacznę właściwą relację, pragnę zaznaczyć, że nie zawiera ona żadnych primaaprilisowych żartów. Więc proszę mi uwierzyć na słowo, jak powiem, że Fulham po raz kolejny wystąpiło w niezmienionym składzie. Zdaje się, że Martin Jol wreszcie znalazł tę jedenastkę graczy, której ufa najbardziej. Szybki rzut oka na skład lokalnego rywala pozwala odnotować jedną istotną z naszego punktu widzenia informację, a mianowicie fakt pojawienia się w wyjściowym składzie Bobby’ego Zamory. Bardzo chętnie doniósłbym jak wyglądało jego przyjęcie przez kibiców Fulham, którzy przecież od zawsze żywili do niego niezwykle skrajne uczucia, jednak niski poziom dźwięków stadionu w transmisji, którą przyszło mi oglądać, uniemożliwiają taką ocenę. Niemniej, czas wprawić piłkę w ruch i rozpocząć to spotkanie. Podopieczni Redknappa zaczęli odważnie, ale the Whites szybko opanowali sytuację i z gracją godną gospodarza narzucili rywalowi swój styl gry. Na efekty nie trzeba było długo czekać, już w 7 minucie sprowadzony za grube pieniądze Samba zagapił się we własnym polu karnym, a następnie wyciął równo z trawą Dejagaha, który w międzyczasie podwędził mu piłkę. Lee Probert wskazał na wapno, gdzie futbolówkę ustawił Berbatov. Bułgar podrapał się po nosie, poprawił buta, a następnie, jakby od niechcenia, wbił futbolówkę do siatki Julio Cesara. To był fantastyczny start spotkania, ale the Whites wcale zwalniać nie zamierzali. QPR w zasadzie na murawie nie istniało, a wszystko co warte wzmianki działo się na połowie broniącego się przed spadkiem zespołu. Chociażby zdarzenie, w którym Clint Hill niezwykle ostro wszedł w nogi Karagounisa. Tym razem nawet dramatyczne umiejętności Greka potrzebne nie były, występ był pełen ekspresji, ale skończyło się jedynie na żółtku dla kapitana gości. Sytuację tę warto zapamiętać z tego względu, że później użyjemy ją do pewnego porównania. A skoro już o porównywaniu mowa, w 22 minucie Chris Samba postanowił zabawić się w “znajdź różnice między obrazkami”. Tym razem Kongijczyk zabrał się za drybling we własnym polu karnym, ale zamiast rywala faulować, pozwolił Duffowi na przechwycenie futbolówki. Ostatecznie ta trafiła do Berbatova, który chwilę ją podprowadził, a następnie popularnym zewniakiem, z odrobiną szczęścia, po raz drugi pokonał bramkarza gości, zaliczając 13 trafienie w tym sezonie. Dwubramkowe prowadzenie rozochociło kibiców gospodarzy, a dobra gra powodowała, że apetyt na kolejną deklasację QPR rosły. Po nieco pół godziny gry mieliśmy pierwszą zmianę, ale nie była ona wcale spowodowana słabą postawą drużyny Redknappa, a kontuzją kostki świetnie dysponowanego Dejagah. Za Irańczyka na murawie pojawił się Emmanuelson, i uprzedzając fakty, dyplomatycznie mówiąc najlepszej zmiany nie dał. Choć jeszcze w 41 minucie zdawało się to nie mieć kompletnie żadnego znaczenia. Kibice obejrzeli bowiem akcję niemal jak z kosmosu. Hangeland nie wiadomo czemu zboczył ze swojej orbity i znalazł się pod polem karnym Julio Cesara, następnie zagrał piętą do Riise, który wrzucił w pole karne. Dośrodkowanie to trafiło w plecy Clinta Hilla i po raz trzeci futbolówka wpadła do siatki Queens Park Rangers. To było zwieńczenie niemal idealnej pierwszej połowy w wykonaniu the Whites, pełnej polotu, pewności siebie i futbolowej jakości. Derbowy rywal został zdeklasowany, a jego obrona przypominała poczynania grupy kabaretowej wyśmiewającej grę reprezentacja Polski. Teraz pozwolę sobie przejść do kolejnego akapitu, choć…

…choć pan Probert pierwszej połowy jeszcze nie zakończył.  Niemniej, w pewnym sensie, druga połowa zaczęła się w 44 minucie. To właśnie wtedy Giorgos Karagounis poszedł w ślady rywala, a próbę zagrania do tyłu zamienił na znakomitą asystę do przeciwnika, choć trzeba oddać Grekowi, że przy tym feralnym podaniu nieco się poślizgnął. Futbolówka szybko powędrowała do Abdela Taarabta, a efemeryczny Marokańczyk strzelił zza pola karnego, nie dając szans Schwarzerowi. To mogło przynieść na myśl jesienny pojedynek obu drużyn. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że choć świąteczne jajo z wyniku uciekło, Fulham nadal miało dwie bramki zaliczki. Tyle że już faktyczną drugą część gry gospodarze rozpoczęli fatalnie. Pozwoli the R’s na rozpędzenie się, a to szybko, bo już w 48 minucie przyniosło graczom Redknappa okazję na wyrównanie. Nieco niefrasobliwy tego wieczoru Karagounis wykonał w polu karnym wślizg na Taraabt’cie, i choć można się spierać, czy gościom należała się jedenastka, sędzia Probert wątpliwości nie miał. Do karnego podszedł Remy, strzelił w prawy róg, ale Schwarzer po raz trzeci w tym sezonie świetnie wyczuł intencje strzelającego i obronił ten rzut karny. Na nic zdało się to ostrzeżenie, zupełnie pogubione Fulham nie potrafiło nawiązać do wcześniejszej dobrej dyspozycji. To co nie udało się parę chwil wcześniej, udało się w 51 minucie. Prostopadła piłka aktywnego Mbii doszła do Remy’ego, ten okazał się szybszy od Senderosa i w sytuacji sam na sam wypalił pod poprzeczkę, doprowadzając do stanu 3-2. To wprowadziło dość dużą nerwowość w szeregach the Cottagers, którzy teraz mieli olbrzymie problemy, by skonstruować choć jedną składną akcję i dobrze dograć do Berbatova. Emmanuelson tracił piłkę za piłką, mało aktywny był Riether, nie lepiej gospodarzom  szło w środku pola. Mimo tego, na ławce zarządzanej przez Martina Jola ruchu wśród rezerwowych widać nie było. Przez dłuższy okres czasu mieliśmy dużo nieporadności z obu stron, choć to QPR dyktowało teraz warunki gry. Na około kwadrans przed końcem meczu Bobby Zamora świetnie uderzył zza pola karnego, futbolówka odkręcała się w kierunku słupka, ale Schwarzer fantastyczną paradą wybił piłkę na rożny, ponownie stając się cichym bohaterem spotkania. Rywal zza miedzy pukał do drzwi coraz mocniej, z coraz większą siłą i złością. Sytuacja uległa dodatkowemu pogorszeniu w 79 minucie, kiedy Lee Probert wysłał na przedwczesny prysznic Steve’a Sidwella. Arbiter, który w dość kontrowersyjnych okolicznościach wyrzucał w obecnych rozgrywkach poprzedniego gracza Fulham ukaranego czerwoną kartką (Hangelanda), uznał, że Anglik za agresywnie zaatakował Traore. I choć należy przyznać, ze Steve w tej sytuacji mocno przesadził, można by dyskutować, czy decyzja ta nie była niekonsekwentna, mając na uwadze wcześniejsze wejście Clinta Hilla. Fakt był natomiast taki, że ostatnie minuty Fulham musiało bronić się w dziesięciu, czemu towarzyszyła masa nerwów, obgryzionych paznokci i wyrwanych włosów. Coś, co przy stanie 3-0 wydawało się jakimś fatalnym pierwszokwietniowym żartem. The Whites na szczęście zadaniu podołali, choć momentami serce zatrzymywało się, tak jak chociażby po strzale Jenasa, który świsnął niedaleko od prawego słupka. Pięć minut doliczonego czasu gry zostało profesorsko przez gospodarzy wytracone, w zasadzie Fulham powinno było zyskać jeszcze karnego, bowiem Onuoha (wszedł w przerwie) ewidentnie popychał znajdującego się w 16-tce Karagounisa, jednak sędziowski gwizdek nie zabrzmiał. Wrzecie, po 96 minutach, można było oficjalnie ogłosić derbowe zwycięstwo Fulham, które być może będzie gwoździem do trumny Queens Park Rangers. Jednak muszę przyznać, że w moim kibicowskim sercu radość była mocno stłumiona. Od wizji kolejnej deklasacji, aż po drżenie o końcowy wynik – ta emocjonalna karuzela była dla mojego żołądka, nadszarpniętego przecież świątecznymi bojami, mieszanką nieco niestrawną.

O co chodzi? Nie wiadomo. Takie w dużej mierze  były derby z QPR.

O co chodzi? Nie wiadomo. Takie w dużej mierze były derby z QPR.

Napisane przez: cookie | Marzec 31, 2013

Bitwa nie na żarty. Fulham – QPR!

Po kolejnym dwutygodniowym rozbracie z Fulham, piłkarze The Whites wracają na ligowe boiska, by w szczególnym dniu rozegrać nie mniej szczególne spotkanie. W Poniedziałek Wielkanocny, który w tym roku wypada wyjątkowo pierwszego dnia kwietnia (dzieje się to średnio raz na 11 lat), The Cottagers stoczą bój, w którym miejsca na łagodne, primaaprilisowe żarty bynajmniej nie będzie, a prędzej będzie się w nim można spodziewać znanego nam “dyngusowego” obyczaju lania na całego. Żądni rewanżu za grudniową klęskę na Loftus Road, podopieczni Martina Jola podejmą na własnym obiekcie walczących o życie głośnych sąsiadów z QPR, których – przy zwycięstwie – mogą z dużym prawdopodobieństwem odesłać do Championship. Czy okazja na zrealizowanie idealnego dla biało-czarnych fanów scenariusza zostanie wykorzystana?

Sympatycy Fulham nie mogą narzekać na wydarzenia ostatnich tygodni w klubowym obozie. Po pierwszym od blisko 10 lat zwycięstwie na White Hart Lane, które dla sporej części kibiców The Whites znaczy tak samo wiele, co wygrana nad najbliższymi, zachodniolondyńskimi sąsiadami, przed kilkoma dniami nadeszła kolejna wielce wyczekiwana wieść – umowę z The Cottagers przedłużył kapitan zespołu, Brede Hangeland. Dzięki pomyślnemu rozwojowi wydarzeń w dolnej połowie tabeli, Fulham, choć rozegrało dwa mecze mniej od reszty klubów, utrzymało także miejsce w pierwszej dziesiątce Premier League. O takiej stabilizacji marzą z pewnością popularni The R’s, którzy, mimo wydawania niezliczonej fortuny od dwóch lat, po raz kolejny będą musieli desperacko walczyć o utrzymanie w lidze i tym razem, ich położenie jest jeszcze gorsze, niż poprzednio. Choć od momentu objęcia drużyny przez Harry’ego Redknappa w listopadzie, Rangersi spisują się dużo lepiej, niż za Marka Hughesa, każdy najdrobniejszy błąd i strata punktów powodują, że klub z Loftus Road wraca do krytycznego punktu zero. Kiedy QPR wygrało w ostatnim czasie dwa mecze z rzędu – na wyjeździe z Southampton oraz u siebie z Sunderlandem (dokonując takiej sztuki po raz pierwszy od powrotu do elity w 2011 roku) – wydawało się, że dla pasiastych sąsiadów Fulham pojawi się jeszcze iskierka nadziei. W ostatniej kolejce, The R’s przegrali jednak na wyjeździe sześciopunktowiec z Aston Villą, co, w połączeniu z dobrymi wynikami bezpośrednich rywali w walce o ligowy byt, na powrót postawiło Rangersów w sytuacji niemal beznadziejnej. Przedstawiciele rejonu Shepherd’s Bush tracą w tym momencie siedem punktów do bezpiecznego miejsca i kolejna porażka – na the Cottage – może być już dla nich zbyt demotywującym ciosem, po którym się nie podniosą. Choć przeciętny fan Fulham ma zazwyczaj łagodną naturę, a do tego, po zwolnieniu przez QPR Hughesa, Rangersi nie wydają już się być rywalem wywołującym skrajnie negatywne emocje, przypominając bardziej ekipę, jaką byli za Neila Warnocka, to, po wszystkich wspólnych perypetiach w ostatnich dwóch latach, a zwłaszcza hańbiącej porażce 2-1 na Loftus Road w grudniu (pierwsze zwycięstwo The Hoops w tym sezonie po serii 16 kolejek bez zwycięstwa), kierowanie do biało-czarnego kibica pytania, czy chciałby zemścić się i przyłożyć się do spadku The R’s z ligi, jest zbędne. Statystyka stawia Fulham w roli zdecydowanego faworyta jutrzejszego pojedynku – The Whites wygrali zeszłoroczną batalię z QPR na the Cottage aż 6-0, w ogólnym rozrachunku nie przegrali u siebie z Rangersami od ponad 30 lat (ostatnią taką porażkę ponosząc w sezonie 1979/1980), a do tego klub z Loftus Road wygrał zaledwie dwa z ostatnich 28-miu wyjazdowych pojedynków w Premier League. A może 1-wszy kwietnia spłata jednak nieco hurraoptymistycznym gospodarzom przewrotnego figla?

Fulham wygrywało na the Cottage z QPR także tuż przed awansem do Premier League. 2-0 w marcu 2001 roku.

Jedynym kontuzjowanym w drużynie Martina Jola jest wciąż Mahamadou Diarra, który przebył poważną operację i nie zagra już w tym sezonie (a być może także i już w ogóle w koszulce Fulham). Pod małym znakiem zapytania stoją także występy Bryana Ruiza oraz Eyonga Enoha, którzy tuż przed meczem przejdą testy kondycyjne, ale nie zmienia to faktu, że The Whites liczebnie są do wielkich derbów dzielnicy gotowi. Wiadra w dłonie!

Przewidywane składy:
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Riether, Hangeland, Senderos, Riise – Dejagah, Sidwell, Karagounis, Duff – Ruiz – Berbatow
Niepewni: Ruiz, Enoh
Kontuzje: Diarra
QPR (4-3-3): Júlio César – Bosingwa, Hill, Samba, Fábio – Jenas, Mbia, Park – Rémy, Zamora, Townsend
Kontuzje: Diakité, Johnson, Traoré

W grudniowe święta rządziło QPR. Jak będzie na Wielkanoc?

Napisane przez: Macu | Marzec 17, 2013

Jola rewanż perfekcyjny. Tottenham 0-1 Fulham.

Gol Dimitara Berbatova przeciwko jego byłemu klubowi dał Fulham trzecie wyjazdowe zwycięstwo tego sezonu i pozwolił na pierwszy triumf the Cottagers na White Hart Lane od 2003 roku. Wymęczony czwartkową potyczką z Interem Mediolan zespół Tottenhamu nie był w stanie ani razu skutecznie przebić się przed dobrze dysponowaną defensywę gości, w czym dużą zasługę miał również Schwarzer, dwukrotnie kapitalnie interweniujący po uderzeniach Defoe. Koguty odniosły tym samym trzecią ligową porażkę z rzędu, a Martin Jol doczekał się swoistego personalnego rewanżu na Tottenhamie, mogąc wreszcie po 90 minutach gry unieść ręce w geście triumfu.

stats-tottenham-away-2013

Europejska choroba to problem powszechnie diagnozowany, na który jednak perfekcyjnego leku jeszcze nie znaleziono. Tę oto przypadłość  można było stwierdzić w niedzielne popołudnie u zespołu Tottenhamu, co w prestiżowych derbach Londynu skrzętnie wykorzystała jedenastka Fulham. Po męczącej i niezbyt udanej podróży do Mediolanu, kiedy to podopieczni Andre Villas-Boasa dość szczęśliwie obronili zaliczkę z domowego meczu i awansowali do kolejnej fazy Ligi Europejskiej, w potyczce z labującą przez dwa tygodnie ekipą the Whites kogutom ewidentnie brakowało świeżości. Jeszcze niedawno prasa, nomen omen, piała w zachwytach nad drużyną ekscentrycznego szkoleniowca Tottenhamu i chrzciła Bale’a mianem najlepszego zawodnika ligi. Sam Portugalczyk otrzymał natomiast lutowy tytuł dla najlepszego trenera ligi.  Tymczasem niezwykle solidne w każdym aspekcie Fulham zdołało zostawić już trzecią rysę na tym dotychczas nieskalanym wizerunku Hotspur, jednocześnie niejako biorąc rewanż za letnie transfery Dembele i Dempsey’a. Co kluczowe dla the Cottagers, gra zaprezentowana na White Hart Lane daje nadzieje na kolejny dobry finisz sezonu. Być może Fulham raz jeszcze, niczym dobry długodystansowiec, na ostatnich metrach wykrzesze z siebie wszystko i da jeszcze radę przeskoczyć paru przeciwników. Pozytywnym sygnałem jest fakt, że the Cottagers po raz kolejny zachowali czyste konto – było to trzecie spotkanie z czterech, kiedy takiego wyczynu udało się dokonać. Warto również odnotować, że Fulham zagrało z Tottenhamem po raz kolejny w niezmienionym składzie, co może świadczyć o tym, że Martin Jol wreszcie znalazł sobie tę grupę ludzi, której najbardziej ufa. Najwyższy czas przejść do szczegółów i przeanalizować co dokładnie doprowadziło do ostatecznej, a co ważne, chyba i zasłużonej wygranej gości.

Sam początek spotkania mógł przysporzyć dość licznej i głośno dopingującej grupie kibiców Fulham, którzy wybrali się za miedzę, dość dużej dozy obaw. Spurs zaczęli mocno, z dużą dawką pewności siebie, czy też nawet arogancji. Już po kilkuset sekundach Riether musiał wspomóc Schwarzera na linii i wybić uderzenie głową Bale’a. Dominacja kogutów trwała około kwadransa, ale nie przełożyła się na jakąś konkretną pracę dla Marka Schwarzera, a jedynie odbiła się na ładnie wyglądającej statystyce posiadania piłki. Z każdą minutą koguty grały coraz bardziej niemrawo, Adebayor plątał się między defensorami Fulham, Dembele nie grał tak widowiskowo i efektywnie jak ma to w zwyczaju, a co najgorsze dla fanów londyńskiego rywala the Whites, Gareth Bale nie był sobą. Walijczyk nie zaprezentował żadnego ze swoich piłkarskich slalomów, a zawodnicy Jola byli na tyle przezorni, że nie faulowali rywali w gartethowej strefie rażenia. Jeżeli popatrzeć na grę gości, ci nastawiali się głównie na kontry, choć chwilami udawało się dużej pokopać futbolówkę od nogi do nogi. Faktem natomiast jest, że o ile w defensywie Fulham mogło się podobać, o tyle w grze ofensywnej było już trochę anemii, a niezawodny z zasady Berbatov kilkukrotnie w prostej sytuacji źle podawał do swoich partnerów. Dwie dobre akcje skrzydłami i próby dogrania w wykonaniu Riise i Berby to było nieco za mało, by pokonać Llorisa. Inna sprawa, że Tottenham był równie nieudolny, stąd nie dziwota, że do szatni obie ekipy wędrowały przy rezultacie bezbramkowym, a kibicom można było zalecić silne środki pobudzające, by przypadkiem nie pousypiali na krzesełkach. Tak na prawdę, najważniejszym momentem pierwszej części był poślizg Bale’a, którego noga ujechała na zmoczonej murawie, w rezultacie czego gwiazdor kogutów prawdopodobnie nadwerężył sobie ścięgno achillesa, co z kolei rzutowało na jego dalszą postawę w tej rywalizacji.

Po zmianie stron obraz gry wiele się nie zmienił, zmienił się natomiast wynik. Była 52 minuta, Dejagah zaszarżował na prawej flance, ładnym zwodem oszukał jednego z defensorów rywala, a następnie podał w tempo do obiegającego go Riethera. Sascha podniósł głowę, popatrzył w pole karne i zobaczył biegnącego na pełnej szybkości, będącego o krok przed obroncą Berbatova. Niemiec posłał do Bułgara idealną piłkę, a byłemu piłkarzowi Spurs nie pozostało nic innego jak z kilku metrów pokonać Llorisa. Popularny Berba strzelił tym samym swoją drugą bramkę w konfrontacjach ze swoim byłym pracodawcą (wcześniej raz trafił dla Manchesteru United) i przez szacunek dla chwil sprzędzonych na White Hart Lane nie okazał nazbyt wielkiej radości. Co ciekawe, był to pierwszy gol na White Hart Lane strzelony piłkarza z zachodniego Londynu od grudnia 2007 roku! Trzeba było jednak przyznać, że kontra w wykonaniu Fulham była podręcznikowa a jeden z największych wygranych ostatnich tygodni, Dejagah, raz jeszcze swoją nieszablonowością wywiódł rywali w pole i pozwolił nieocenionemu Rietherowi zaliczyć kolejną asystę. Problem polegał na tym, że do końca spotkania pozostawało jeszcze mnóstwo czasu. Tutaj pomocna okazała się znakomita dyspozycja pary stoperów Hangeland – Senderos, jak również dobrze funkcjonującej całej linii defensywy. Trzeba przyznać, że o ile Norweg był prawdziwym przywódcą, dowodzącym obroną świątyni Schwarzera, szwajcarski piłkarz, by nie napisać łysogłów, raz jeszcze pokazał, że w piłkę to jednak czasem grać potrafi, zwłaszcza jak przeciwnik próbuje zaskoczyć go w dość toporny sposób. Bo tak właśnie koguty grały, najczęściej piłka szła do boku, a kolejne wrzutki w pole karne w treningowy sposób czyścili wyżej wspomnieni jegomoście. W sześć minut po wyjściu na prowadzenie Fulham mogło, a nawet powinno podwyższyć. Kolejny z tych niezawodnych, Karagounis, wrzucał z kornera, Ruiz przedłużył do Hangelanda, a kapitan the Whites w stosunkowo prostej sytuacji, bez odpowiedniego krycia, posłał futbolówkę parędziesiąt centymetrów koło słupka i niemal natychmiast nie mógł odżałować tej okazji. W tym okresie spotkania to Fulham było bliższe podwyższenia prowadzenia, głównie poprzez wyprowadzanie groźnych kontrataków. Dopiero ostatnie 20 minut to prawdziwa dominacja gospodarzy. Andre Villas-Boas, do wprowadzanego już w przerwie Dempsey’a, postanowił dodać swoje główne działo w postaci Jermaina Defoe, który walnie przyczynił się do kompromitacji Fulham w jesiennym meczu obu zespołów. Wkrótce potem murawę opuścił dość niewidoczny Dembele, a w jego miejsce wszedł młody Carroll. Jak już wspomniałem, koguty nieco przycisnęły, a pierwszym tego rezultatem była sytuacja Defoe, który po dograniu Caulkera strzelił w dogodnej okazji wprost w Marka Schwarzera. Następnie znowu mieliśmy okres bezproduktywnej przewagi gospodarzy, a z wydarzeń warto odnotować kartkę dla niewidocznego ogółem Dempsey’a, który przypadkowo przykopał Karagounisowi korkami w brzuch. W międzyczasie mieliśmy debiut w drużynie gości, bowiem na boisku pojawił się pożyczony z Ajaksu Eyong Enoh, zmieniając Karagounisa. Szczerze powiedziawszy, nie pamiętam ani jednego kontaktu Kameruńczyka z piłką, więc oceny jego gry się nie podejmuję. W 85 minucie Fulham wyprowadziło kontrę, Ruiz, który już wcześniej popisał się kilkoma ładnymi zagraniami,  wrzucił na długi słupek do Dejagah, ale ten zgrywał do nikogo, zamiast próbować uderzać i szansa na spokojną końcówkę prysła. Niemal to samo nie stało się z dwoma punktami dla Fulham, gdzie słowo niemal zawdzięczamy Markowi Schwarzerowi. Już prawie w doliczonym czasie gry koguty wreszcie przeprowadziły akcję w swoim stylu, Bale dograł w pole karne do Defoe, który standardowo idealnie odnalazł się w obrębie szesnastki, i dosłownie z 5 metrów oddał strzał na bramkę Australijczyka. Anglik musiał być już pewny wyrównania, a jednak Schwarzer rzucił się ze sprawnością godną podziwu u 40-latka i instynktownie, w kapitalny sposób wybronił to uderzenie. Na White Hart Lane mieliśmy jeszcze cztery doliczone minuty, ale perfekcyjne w obronie Fulham nie dało się zaskoczyć i odniosło niezwykle prestiżowe, wyjazdowe zwycięstwo. Martin Jol mógł wreszcie podnieść ręce w geście triumfu na stadionie na którym niegdyś przyszło mu pracować, a na jego twarzy pojawił się szeroki, pełen satysfakcji uśmiech. Zapewne nie mniej szczęśliwi byli fani ze Stevenage Road, którzy w dużej wierze przybyli na stadion Spurs. Uczucia płynące z “I love you Fulham”, które zaintonowali na chwilę przed zakończeniem spotkania, tym razem okazały się w pełni odwzajemnione.

tottenham-away-2013

Dzisiaj to ex-spursi mogli cieszyć się, choć w odmienny sposób, z wygranej.

Napisane przez: cookie | Marzec 16, 2013

Z wizytą u DEMonów. Tottenham – Fulham

Po przymusowym, dwutygodniowym urlopie (spowodowanym przełożeniem meczu z Chelsea ze względu na uczestnictwo The Blues w Pucharze Anglii), piłkarze Fulham powracają na boiska Premier League, by rozegrać ostatnich dziesięć kolejek sezonu. Jutro, na White Hart Lane, podejmą w stołecznych derbach “Koguty”z Tottenhamu, choć po nowym klubie Moussy Dembélé i Clinta Dempsey’a, który znakomicie radzi sobie zarówno w lidze, jak i rozgrywkach Ligi Europy, z pewnością nie należy oczekiwać rywala wagi koguciej.

Zupełnie inaczej wygląda marzec dla bohaterów jutrzejszego spektaklu w północnym Londynie. Po serii ciężkich i kluczowych w kontekście całego sezonu spotkań, po których The Cottagers zapracowali sobie na bezpieczną pozycję w tabeli, każdy biało-czarny fan chciał zapewne odrobiny oddechu – ale nie do tego stopnia. Z powodu wspomnianej zmiany terminu meczu z odwiecznym rywalem ze Stamford Bridge, będące w dobrym rytmie Fulham musiało czekać na kolejny pojedynek całe dwa tygodnie, a do tego jutrzejszy pojedynek ze Spurs będzie… ostatnim dla The Whites w tym miesiącu – kolejną potyczką będzie primaaprilisowe starcie z QPR. W obozie “Kogutów”, wyrabiane są radykalne odmienne normy – podczas samej dwutygodniowej pauzy w wykonaniu The Cottagers, piłkarze André Villasa-Boasa rozegrali… aż trzy pojedynki. Oprócz rozgrywek Premier League, w których Spurs plasują się na świetnej, trzeciej pozycji, przedstawiciele północnej części stolicy zaangażowani są bowiem wciąż w Ligę Europy, w której kilka dni temu wywalczyli awans do ćwierćfinału, eliminując mediolański Inter (choć dopiero po dogrywce). Znakomita dyspozycja na obu frontach powoduje, że o jutrzejszym przeciwniku Fulham nie bez kozery mówi się jako o będącym w aktualnie najlepszej – może z wyłączeniem kroczącego po tytuł Manchesteru United – formie angielskim zespole, zaś rozgrywającego częstokroć fenomenalne zawody Garetha Bale’a nazywa się najlepszym piłkarzem Premier League. Jadąc na White Hart Lane, The Whites będą musieli zmierzyć się nie tylko z takimi, a nie innymi realiami, ale także z własnymi demonami, czy może raczej DEMonami przeszłości, czyli rzecz jasna dwójką występujących w “kogucich” barwach byłych ulubieńców Craven Cottage. Moussa Dembélé i Clint Dempsey – spodziewanie – w nowych barwach nie zawodzą i walnie przyczyniają się do bardzo udanego, jak na razie, sezonu dla Tottenhamu. Belg jest królem środka pola w północnolondyńskiej ekipie, będąc zdecydowanie najważniejszym – obok Bale’a – ogniwem drużyny, zaś Amerykanin, jak to Amerykanin – mniej zauważalny, rzadziej w blasku fleszy, ale swoje bramki dla Spurs dokłada. Przypominająca sielankę atmosfera na White Hart Lane – nawet przy również dobrych nastrojach na the Cottage – nie pozwala mieć złudzeń, kto jest faworytem derbowego pojedynku. Pomocy nie należy także szukać w statystykach – Martin Jol w roli managera Fulham przegrał jak na razie wszystkie pojedynki przeciwko swojemu pierwszemu angielskiemu pracodawcy, a The Cottagers, w erze Premier League, wygrali na boisku Tottenhamu tylko jedną z jedenastu potyczek (bilans 1-3-7), od której w sierpniu minie… 10 lat.

Sensacyjne, wysokie zwycięstwo Fulham na White Hart Lane w sezonie 2003/2004.

Sytuacja kadrowa Fulham nie uległa przez ostatnie dwa tygodnie najmniejszej zmianie – holenderski manager The Whites może zabrać do stołecznej dzielnicy Haringey wszystkich podopiecznych oprócz kontuzjowanego Mahamadou Diarry. W składzie, znajdzie się więc na pewno Dimitar Berbatow, pierwszoplanowa postać “Kogutów” w latach 2006-2008, która jednak, z uwagi na podobny do casusu Dempsey’a bunt i żądanie odejścia z White Hart Lane nie może jutro liczyć na ciepłe przyjęcie kibiców. Notujący świetny okres (3 bramki w ostatnich 4 meczach) Bułgar nie zachwycił na razie w pojedynkach ze swoimi poprzednimi wyspiarskimi ekipami, statystując w bolesnej porażce w pierwszym meczu z “Kogutami” oraz pucharowym laniu od Manchesteru United – czy wykorzysta do poprawy w tej materii ostatnią okazję w tym sezonie?

Przewidywane składy:
Tottenham (4-2-3-1): Lloris – Walker, Dawson, Vertonghen, Assou-Ekotto – Parker, Dembélé – Lennon, Bale, Sigurðsson – Defoe
Niepewny: Dempsey
Kontuzje: Kaboul, Sandro
Fulham (4-4-1-1): Schwarzer – Riether, Hangeland, Senderos, Riise – Dejagah, Sidwell, Karagounis, Duff – Ruiz – Berbatow
Kontuzje: Diarra

Moussa Dembélé i Clint Dempsey boleśnie potraktowali Fulham w pierwszym meczu ze Spurs. Co przyniesie kolejne spotkanie z DEMonami przeszłości?

Napisane przez: Macu | Marzec 2, 2013

Decydująca minuta. Sunderland 2-2 Fulham.

Mniej niż 60 sekund zadecydowało na Stadium of Light o tym, że Fulham wyjechało z obiektu Sunderlandu zaledwie z jednym punktem. Mając okazję do podwyższenia prowadzenia na 3-1, Dimitar Berbatov okazał się w sytuacji sam na sam gorszy od Mignoleta, a chwilę potem, wyprowadzona przez gospodarzy kontra skończyła się tym, że Sessegnon wpakował piłkę do siatki the Whites i ustalił wynik meczu na 2-2. Wcześniej goście prowadzili już nawet 2-0 po profesorskim karnym Berbatova i inauguracyjnym trafieniu Riethera, jednak nieco kontrowersyjna jedenastka dla Sunderlandu pozwoliła Gardnerowi zmniejszyć straty i uczyniła drugą połowę dość ciekawym, a przede wszystkim otwartym widowiskiem.

stats-sunderland-away

Szczerze powiedziawszy, to nie mogę się powstrzymać od tego, by relację tę zacząć od potwornego, wręcz skandalicznego banału. A mianowicie, pragnę podzielić się refleksją, iż naszymi życiami nad wyraz często rządzi kompletny przypadek, poszczególne chwile, pojedyncze decyzje, które niosą za sobą konsekwencje nieporównywalnie wielkie do długości momentów w jakich zostały podjęte. Tej niesamowitej przewrotność ludzkiego życia, choć w nieco mniejszym i mniej poważnym wymiarze, doświadczyli w sobotę gracze Fulham, którzy w przeciągu 60 sekund zeszli z przysłowiowego nieba do piekła. Kiedy zdawało się, że mimo przeciwności losu i nieprzewidywalnego gwizdka Mark Halsey’a the Whites są na najlepszej i najprostszej drodze po trzy punkty na Stadionie Światła, pomyłka niemal robotycznie perfekcyjnego Berbatova i kontra Sunderlandu o mały włos nie doprowadziły graczy Jola do piekielnych czeluści. Marne 60 sekund, mniej niż jeden procent piłkarskiego meczu, kompletnie odmieniło przebieg wydarzeń i być może znacząco wpłynęło na gron0 straconych i ocalałych w boju o pierwszoligowy byt. Kolejna mała chwila, która znaczyła wiele.

Po tym nieco swobodnym wstępie, czas spojrzeć na szczegóły. Tutaj czeka nas wiekopomna chwila, bowiem zmuszony jestem napisać, iż w porównaniu z poprzednim spotkaniem, Martin Jol wystawił dokładnie taką samą jedenastkę na mecz z Sunderlandem! Szukając dziury w całym, można by zastanawiać się, czy Damien Duff grał na tym samym skrzydle co w rywalizacji ze Stoke, czy  też przypadkiem nie zamienił się stronami z Ashakem Dejagah. Ale zasłaniając się specyfiką nowoczesnej futbolowej taktyki, pięknie brzmiącym pojęciem “wymienność pozycji”,  pozwolę sobie nie rozwiewać tych wątpliwości. Przejdę natomiast do opisu boiskowych wydarzeń. Na murawie Stadium of Light, jakiegoś piłkarskiego oświecenia nie było.  Spotkanie zaczęło się w wolnym tempie, z lekko zarysowaną przewagą gospodarzy. Jednak w 15 minucie to Fulham wywalczyło rzut karny, zapewniający niemal idealny początek wyjazdowej potyczki. Rozgrywający ponownie dobre zawody Dejagah mocno pokręcił w polu karnym, i choć przez chwile chyba sam stracił kontrolę nad własnym dryblingiem, pogubił się również Craig Gardner, który przykopał Irańczykowi po ochraniaczach. W pierwszym momencie arbiter spotkania zdawał się interpretować to zdarzenie jako symulację byłego gracza Wolfsburga, ale po chwili zmienił zdanie i wskazał na wapno, powodując duże poruszenie i uczucie niesprawiedliwości wśród trybun.  Do jedenastki podszedł Dimitar Berbatov i z absolutnym spokojem, z standardową dla niego dozą arogancji, posłał piłkę do siatki Mignoleta, który nawet nie drgnął, przyrośnięty do gruntu. Zwłaszcza w pierwszej części, spotkanie ani przez chwile nie było niczym dobrze napisany kryminał – emocji było niewiele, a wydarzenia dość przewidywalne. Fulham pewnie się broniło, a Sunderland raził nieporadnością w ataku i nieumiejętnością wrzucenia piłki z rzutu wolnego, która przekroczyła by pierwszego obrońce. Jeden z takich kornerów przyniósł Fulham podwyższenie prowadzenia. W 35 minucie the Cottagers wyprowadzili kontrę, Ruiz dograł do Dejagah, a ten z ostrego konta sprawił Mignoletowi wiele problemów. Belg zdołał jedynie odbić futbolówkę przed siebie. Na taki przebieg wydarzeń czekał tylko Riether, który wbił ją do pustej siatki, strzelając pierwszego swojego gola w barwach Fulham. Dwubramkowe prowadzenia na wyjeździe mogło wskazywać na możliwość odniesienia trzeciego wyjazdowego triumfu w tym sezonie, ale los miał tego dnia inne plany. Dosłownie kilkadziesiąt sekund po trafieniu Niemca, Graham był rzekomo faulowany przez Senderosa i arbiter tego spotkania ponownie wskazał na jedenasty metr. Szwajcar faktycznie lekko pociągał byłego piłkarza Swansea, ale kontakt był dość minimalny, co pozwala wysnuć teorię, że sędzia Halsey chciał rozwiać swoje wątpliwości dotyczące podyktowania pierwszego rzutu karnego. Wszelkie dywagacje nie miały jednak znaczenia, Gardner, winowajca przy pierwszym golu w tym spotkaniu, tym razem znakomicie wywiązał się ze swoim obowiązków i bezproblemowo pokonał Schwarzera. Bezpieczne, dwubramkowe prowadzenie zostało roztrwonione, a w szatni obu drużyn bez wątpienia mówiło się o tym, że wynik pozostaje nadal otwarty, a do rozegrania nadal zostaje drugie 45 minut. Ten fakt mocno do serca wzięli sobie gospodarze, którzy niekoniecznie lepsi w pierwszej połowie, w drugiej zdecydowanie górowali nad przyjezdnymi. Podobać się mogli Sessegnon i Johnson, którzy swoimi przebojowymi i dynamicznymi akcjami siali dużo popłochu w szeregach Fulham. W drużynie Martina Jola panował natomiast ogólny marazm, żaden z graczy odzianych w czarne, wyjazdowe trykoty nazbyt się nie wyróżniał, a przyjezdni z Londynu jeszcze raz wystawili na scenie, tym razem Stadionu Światła, przedstawienie pełne wyjazdowej nudy i przeciętności. Najbardziej boli to, że ten na którego wszyscy liczą najbardziej, Berbarbatov, tym razem nie podołał swojemu własnemu statusowi absolutnej gwiazdy i ikony. W 69 minucie przegrał pojedynek oko w oku z Mignoletem, kiedy po wirtuozyjnym, górnym podaniu Ruiza (przeciętnego dzisiaj, strzelił płasko, wprost w nogi Belga. W rezultacie tego gospodarze wyprowadzili kontrę, a najlepszy w drużnie O’Neila Sessegnon pokonał Schwarzera płaskim strzałem. Sunderlandowi znowu dopisało szczęście, bowiem Benińczyk dość fortunnie znalazł się w pozycji strzeleckiej, nie mniej, potrafił zachować więcej zimniej krwi niż popularny Berba parę chwil wcześniej. Zresztą Bułgar, już przy stanie remisowym, miał kolejną okazję na trzecie trafienie dla the Cottagers, ale ponownie potwornie spartaczył, strzelając wprost w Mignoleta, choć mógł jeszcze odgrywać do Dejagah. Ostatnie minuty spotkania zdecydowanie należały do the Black Cats, którzy parokrotnie stworzyli dosyć groźne sytuacje, choć nie zagrażające bezpośrednio świątyni Schwarzera. W międzyczasie, Fulham wprowadziło na plac gry Frimponga (65 minuta), jak również Emanuelsona  i Rodallegę (te dwie zmiany chyba jednak nieco za późno). Zresztą można mieć wątpliwości czy pierwszy z tej listy miał bardziej pozytywny wpływ na grę gości niż zmęczony Karagounis. Ghańczyk kilkukrotnie głupio tracił piłkę, wcale nie wprowadzając spokoju w coraz bardziej ogarniętą chaosem linię defensywną Fulham.  W końcówce przewaga gospodarzy była ewidentna, ale remis, wynik zresztą sprawiedliwy, utrzymał się już do końca. Fulham doczekało się kolejnych punktów na wyjeździe, ale mimo że jest to zjawisko niezwykle rzadkie, był to kolejny mecz z tych, po których pozostaje spory niedosyt. Sunderland przerwał swoją passę trzech kolejnych porażek w lidze, choć w dużej mierze zawdzięczają to faktowi, że kluczowe chwile w spotkaniu ułożyły się po jego myśli.

Riether strzela na 2-0, nic nie zapowiada przebiegu wydarzeń, który miał nastąpić.

Riether strzela na 2-0, nic nie zapowiada przebiegu wydarzeń, który miał nastąpić.

« Nowsze Posty - Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.