Napisane przez: Macu | Grudzień 26, 2009

Nie było prezentów od bramkarzy. Fulham 0-0 Tottenham.

Fulham 0-0 Tottenham

Przed meczem podopieczni Harry’ego Redknappa zdawali sobie sprawę, że zespół Fulham jest niezwykle trudnym przeciwnikiem na Craven Cottage. Wiedzieli jednak także, że zespół aspirujący do czwartego miejsca w lidze, dającego eliminacje Ligi Mistrzów, nie może pozwolić sobie na tracenie punktów z zespołami niżej notowanymi. Do rywala zza miedzy udali się zatem z nadzieją na zgarnięcie pełnej puli. Jednakże piłkarze Fulham nie zawiedli swoich kibiców i obronili swoją fortecę nad Tamizą. Po zaciętym meczu z lekką przewagą gospodarzy, padł bezbramkowy remis.  Tym razem w Boxing Day prezentów nie było, a bohaterami swoich drużyn byli bramkarze. Heurelho Gomes w cudowny sposób dwukrotnie powstrzymał Zamorę i raz Clinta Dempseya. Mark Schwarzer nie pozostał mu dłużny i popisał się wspaniałą, podwójną obroną po uderzeniu Croucha i dobitce Defoe.

Podczas gdy w Polsce piłkarskie życie pogrążone jest w zimowym śnie i jedynie leśne dziadki pohukują niczym sowa w lesie, w Anglii rozgrywki trwają w najlepsze. Po istnej demolce czerwonych diabłów, na Craven Cottage przyjechał kolejny zespół z czołówki tabeli. Tym razem był to Tottenham Hotspur, prowadzony przez rówieśnika Roya Hodgsona – Harry’ego Redknappa. Koguty grają w tym sezonie dość nierówno, przeplatając fantastyczne mecze (9:1 z Wigan, 3:0 z Manchesterem City), z meczami bardzo słabymi (0:1 na White Hart Line z Wolves). Głównymi atutami zespołu z Londynu są skuteczni napastnicy (Defoe i Crouch), a także kreatywni i przebojowi skrzydłowi (Lennon, Kranjcar, Modrić). W dzisiejszym meczu trener Redknapp zaskoczył obserwatorów, ponieważ zamiast czarnoskórego reprezentanta Anglii, do gry delegował kapitana zespołu Robbiego Keane’a. Tym samym ukazał on poparcie dla Irlandczyka, który pod pretekstem gry w golfa zorganizował swoim kolegom z zespołu suto zakrapianą imprezę przedświąteczną, z czego trener kogutów nazbyt zadowolony nie był.  Dziennikarze widzieli już Keane’a nawet w Celticu Glasgow. Jednakże poza tą zmianą goście przyjechali nad Tamizę w swoim sprawdzonym ustawieniu, z Dawsonem i Bassongiem w sercu defensywy, Lennonem i Krancjarem na skrzydłach. Fulham wybiegło na murawę dokładnie w takim samym składzie jaki zwyciężył Manchester, z Gerą operującym za Zamorą w linii ataku.

Pierwsze dziesięć minut konfrontacji to przewaga przeciwnika. Środkowi pomocnicy Totenhamu, Palacios i Jenas, rozpoczęli bardzo dobrze i goście długo utrzymywali się przy piłce na połowie Fulham. Chociaż pierwszy groźny strzał oddali gracze Hodgsona. Już w drugiej minucie mogło być 1:0, kiedy długa piłka w kierunku linii ataku została zgrana oczywiście nie przez kogo innego, jak przez Bobbiego Zamorę do Damiana Duffa. Irlandczyk huknął z półwoleja sprzed pola karnego z lewej nogi (nieco podobnie jak w meczu Man U), ale strzał poleciał nieco nazbyt w środek bramki i Brazylijczyk Heurelho Gomes pewnie schwytał piłkę. Mimo że Tottenham miał wyraźną przewagę, to z ich ataków nic groźnego nie wynikało, a w szóstej minucie gospodarze ponownie mieli okazję na objęcie prowadzenia. Z prawej strony, będący ostatnio w wybornej formie Duff, popędził w okolice pola karnego, jego wrzutka została zablokowana, ale piłka wpadła wprost pod nogi Panstila. Ghanijczyk posłał w pole karne bardzo mocne dośrodkowanie po ziemi, do którego doszedł Gera i piętą spróbował pokonać Gomesa. Raz jeszcze goalkeeper Tottenhamu pewnie obronił, ponieważ strzał leciał w środek bramki. Wraz z upływem czasu Fulham zaczęło przejmować kontrolę nad grą i zdobywać wyraźną przewagę, która utrzymywała się do końca pierwszej połowy. W 12 minucie przed szansą na gola stanął Danny Murphy. Po zamieszaniu związanym z rzutem rożnym Murphy zebrał bezpańską piłkę przed polem karnym, podprowadził ją w okolicę 16 metra, znakomicie ją przy tym zastawiając i oddał precyzyjny strzał lewą nogą, odkręcający się w lewe okienko bramki Tottenhamu. Niestety dla około 25 tysięcy fanów zgromadzonych na Craven Cottage, to był dzień Gomesa, który popisał się świetną interwencją i obronił strzał naszego kapitana. Najgroźniejsza akcja w pierwszej części ze strony Spurs miała miejsce w 19 minucie. Kranjcar wbiegł z futbolówką w strefę przed polem karnym Schwarzera. Choć został powstrzymany faulem przez Bairda, piłka potoczyła się pod nogi Croucha, który przepięknie ją sobie podbił, ułożył do strzału i trafił do siatki Fulham. Na szczęście Steve Bennett chwilę wcześniej gwizdnął i nie dał kogutom kontynuować akcji. Kibice odetchnęli, ponieważ Schwarzer, który nie interweniował, miałby małe szanse na obronę tego precyzyjnego strzału. Następujący w rezultacie tej akcji rzut wolny został wykonany przez Kranjcara, jednakże syn byłego trenera kadry Chorwackiej trafił jedynie w słupek podtrzymujący siatkę. W 34 minucie Fulham było najbliżej strzelenia gola w to popołudnie. Mający dużo problemów z Zamorą Bassong, sfaulował go w okolicach 30 metra, na wprost bramki. Do piłki ustawili się Duff i Dempsey. Ostatecznie to Amerykanin uderzył zewnętrzną częścią prostego podbicia. Fenomenalnie uderzona futbolówka rotowała w powietrzu, mknąć na bramkę z dużą prędkością. Niestety, ostatecznie zatrzymała się na poprzeczce bramki przeciwnika i wyleciała na aut bramkowy. Nie jeden Clint Dempsey złapał się za głowę. To byłaby piękna bramka. Na tej akcji dobre sytuacje w pierwszej połowie skończyły się. Przed szansą stanął jeszcze Zamora, który pokazał, że jest obecnie niezwykle pewny siebie. Jednakże jego wolej z bardzo trudnej sytuacji poszybował wysoko nad bramką i chyba sam Zlatan Ibrahimović, słynny ze swoich ekwilibrystycznych goli, nie mógłby nic w tej sytuacji zrobić. Groźną szansę miał jeszcze Keane’a, jednakże reprezentant Irlandii długo zwlekał z jakąkolwiek decyzją i dał czas Hughesowi na interwencję. Niebawem zabrzmiał gwizdek Bennetta i piłkarze schodzili do szatni.

Druga część meczu zaczęła od straszliwie szarpanej gry. Na boisku panował chaos, a żadna stron nie umiała wymienić kilku cennych podań. John Panstil uderzony w twarz podczas pojedynku główkowego z Crouchem, szybko mu się z rewanżował, wycinając patykowatego Anglika równo z trawą. Za swój wyczyn prawy obrońca Fulham otrzymał żółty kartonik. W 53 minucie Koguty oddały drugi groźny strzał na bramkę: Jenas znalazł trochę miejsca na 16 metrze i lewą nogą spróbował zakręcił piłkę w lewe okienko bramki Schwarzera. Na szczęście futbolówka nieznacznie minęła słupek. Na odpowiedź gospodarzy trzeba było czekać 10 minut. Współpraca Duffa z Pantsilem z prawej strony raz jeszcze przyniosła efekt w postaci dośrodkowania Irlandczyka. Do centry doszedł Zamora i z główki skontrował piłkę w prawą stronę bramki Gomesa. Choć piłka prawdopodobnie szła w słupek, Brazylijczyk raz jeszcze pokazał, że na linii jest bramkarzem świetnym i wyciągnąwszy się jak długi obronił strzał (na przedpolu popełnił kilka znacznych błędów). Jednakże swój pełen kunszt pokazał kiedy na zegarze wigniała 70 minuta. Jeszcze jedna centra Duffa (tym razem lewą nogą) dotarła na głowę Zamory, a ten ponownie skontrował piłkę w prawy róg (tym razem nieco wyżej). Niestety biała rękawica Gomesa raz jeszcze okazała się lepsza, a goalkeeper Tottenhamu obronił ten strzał jedną ręką. Zamora zrobił wszystko co do niego należało, wywalczył sobie miejsce w polu karnym, oddał groźne uderzenie, jednakże piłka do bramki wpaść nie chciała. W 72 minucie na murawie pojawił się Jarmain Defoe. Druga połowa upływała pod znakiem twardej i wyrównanej gry, i taki też był jej obraz aż do końca spotkania. Cały czas dało się wyczuć, że jedna jedyna bramka przesądzi o  jego wyniku. Ktokolwiek by ją strzelił, prawdopodobnie zgarnął by trzy punkty. W 82 drugiej minucie okazję do pokazania swojej również niemałej klasy miał Mark Schwarzer. Błąd popełniła defensywa Fulham. Crouch dostał odbijającą się piłkę na 22 metrze od bramki gospodarzy i ponieważ żaden z piłkarzy w białych strojach do niego nie wybiegł, Anglik oddał soczysty strzał w lewy róg bramki. Piłka nieprzyjemnie spadała w okolicach linii, tuż przy słupku, jednakże australijski bramkarz The Whites wybornie obronił to uderzenie. Do dobitki doszedł jeszcze Defoe, jednakże z dość dużego konta nie był on wstanie pokonać Schwarzera, który zatrzymał strzał nogą. To była zdecydowanie najlepsza okazja dla kogutów w drugiej połowie. Ostatnia szansa na rozstrzygnięcie meczu przypadła jednak udziałem Fulham. Zamora odegrał futbolówkę do Duffa, który będąc w polu karnym pod dość znacznym kątem próbował poszukać długiego rogu bramki Tottehamu. Sytuacja była do tego dobra, jednak Irlandczyk uderzył dość słabo i piłka minęły zarówno długi słupek, jak i próbującego wepchnąć ją do siatki Dempseya. W doliczonym czasie gry Gera chciał strzelić decydującego gola przewrotką, ale jedyne co trafił to głowa Bassonga. Chwilę później Bennet zakończył mecz.

Niedosyt. Tego słowa na pewno nie można uniknąć po takim spotkaniu. Zapewne takie same zdanie mają kibice Spurs. Oba zespoły miały w spotkaniu swoje bramkowe szanse, ale żadna ze stron nie zadała decydującego ciosu. Heurelhio Gomes, który przeżywał w poprzednim sezonie bardzo ciężkie chwile i popełniał błąd za błędem (także przy golu Daviesa w konfrontacji z Fulham), tym razem spisywał się bez zarzutu, by nie powiedzieć wybitnie. Gdyby nie jego kapitalne parady, Fulham prawdopodobnie sprawiło by bardzo ładny prezent swoim kibicom. The Cottagers mieli w przeciągu całego spotkania nieznaczną przewagę i wygrana 1:0 byłaby wynikiem sprawiedliwym. Jednak warto spojrzeć na dzisiejszy mecz pod kątem rzeczy pozytywnych, a tych można znaleźć conajmniej kilka. Fulham w trzecim ligowym meczu z rzędu na własnym stadionie nie straciło bramki, a Craven Cottage można po woli określać mianem prawdziwej fortecy. Ponadto Tottenham to bez wątpienia klasowy zespół, a jednak gros jego atutów zostało dzisiaj zneutralizowanych. Dobrze grała defensywa, która nie dopuściła gości do nazbyt wielu klarownych sytuacji. Koncentrację cały czas zachowywał Mark Schwarzer, który w kluczowym momencie obronił zespół. Taka dyspozycja obrońców i bramkarza jest dobrą oznaką przed meczem na Stamford Bridge, gdzie przeciwko Fulham wybiegnie prawdopodobnie atak złożony z młokosów: Sturridge’a i Boriniego. Jeżeli tylko uda się strzelić bramkę, to któż wie… Ale o tym przekonamy się w poniedziałek, a na razie należy się cieszyć z jednego punktu i kolejnego solidnego w wykonaniu The Whites spotkania.

Mini skrót meczu: tutaj.

Reklamy

Responses

  1. Genialny blog. Bardzo proszę o kontakt, bo mam sprawę naprawdę niecierpiącą zwłoki. mmozdz@gmail.com – proszę napisac!

  2. Bylem na tym meczu. Zabraklo nam szczescia… COYW!

  3. […] Opis jesiennego meczu: tutaj. […]


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: