Napisane przez: Macu | Styczeń 5, 2010

Forma wyjazdowa nadal do odśnieżenia. Stoke 3-2 Fulham.

W niezwykle zimowej jak na Anglię scenerii, kibice zgromadzeni na Britannia Stadium obejrzeli mecz dwóch zupełnie różnych połów. Pierwsze czterdzieści pięć minut to koncertowa gra piłkarzy ze Stoke i niezwykłe ciepłe, wręcz letnie nastroje wśród ich fanów. Podopieczni Pulisa aż trzykrotnie trafili do siatki Marka Schwarzera i swoją niezwykle ambitną i agresywną grą  nastrajali fanów do bardzo żywiołowego dopingu. Jednak druga część gry przyniosła nam gwałtowne zmiany klimatyczne nad rzeką Trent. Wpierw atmosferę schłodziło nieco trafienie Duffa, a po kontaktowej bramce w 85 minucie w wykonaniu Dempseya zrobiło się na prawdę zimowo. Niestety, na więcej Fulham nie było już stać i ostatecznie piłkarze Stoke nie zostali do końca wybudzeni ze swojego zimowego snu w który zapadli w drugiej połowie.

Będące w ostatnim czasie w kryzysie Stoke City miałoby być stosunkowo łatwym noworocznym łupem dla Fulham. Tym cenniejszym, że dotychczas zespól odniósł tylko jedne wyjazdowe zwycięstwo. Powodów do optymizmu było sporo, ponieważ ekipa Roya Hodgsona w okresie świątecznym prezentowała się nad wyraz dobrze. Natomiast Stoke nie wygrało w lidze sześciu kolejnych meczów i miało wielkie kłopoty ze strzelaniem bramek.  We wtorkowy wieczór piłkarze z Londynu wybiegli na murawę niemal w najsilniejszym składzie. Do zdrowia wrócił Hangeland, który dołączył do swojego partnera ze środka obrony Aarona Hughesa. Jedynym nieobecnym był zmagający się z kontuzją kolana John Panstil, ale nawet gdyby był zdrowy, w tym meczu udziału by nie wziął, ponieważ w tym czasie przygotowywałby się do Pucharu Narodów Afryki. Zestawiając linię pomocy Hodgson postanowił oddelegować na ławkę Dempseya, tym samym zagrali w niej: Gera, Murphy, Baird oraz Duff. W linii ataku wybiegli Zamora i Johnson, podstawowa para napastników w poprzednim sezonie. Walijski trener Stoke City wystawił niemal dokładnie taki sam skład, jaki kolejkę wcześniej jednobramkowo przegrał z rewelacją rozgrywek Birmingham City.  Jedyną zmianą był brak kontuzjowanego bramkarza Sorensena (złamany palec), którego zastąpił Simonsen. Jak się miało później okazać, kluczowy był dobór pary napastników, którą stworzyli Sidibe i Tuncay Sanli. Obie jedenastki ustawione były w typowym systemie 4-2-2,  z dwoma defensywnymi pomocnikami.

Pojedynek Fulham i Stoke rozpoczął się przy dość znacznych opadach śniegu. Wiele wtorkowych meczów w Anglii zostało odwołanych z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych. Na Britannia Stadium widoczne były wokół boiska dość znaczne zwały białego puchu, jednakże stan samej murawy nie budził zastrzeżeń i sędzia Mark Clattenburg zezwolił na przeprowadzenie zawodów. Lepiej rozpoczęli je gospodarze, którzy już w 3 minucie trafili do siatki Fulham. Na szczęście Etherington był na pozycji spalonej i  jego bramka została anulowana. Goście potrafili jednak odpowiedzieć konstruując kilka groźnych akcji i przejmując inicjatywę. W 9 minucie na około 25 metrze od bramki Simonsena sfaulowany został Zamora. Do piłki podszedł Danny Murphy i strzałem po ziemi na krótki róg kompletnie zmylił bramkarza gospodarzy, który wykonał ruch w zupełnie drugą stronę. Niestety piłka kopnięta przez kapitana Fulham przeturlała się w niewielkiej odległości od lewego słupka. Od pierwszego gwizdka arbitra rzucała się w oczy niezwykła ambicja piłkarzy Stoke, a także zupełnie inny styl gry jaki prezentują w porównaniu do The Cottagers. Mając świadomość, że nie mogą pozwolić Fulham na spokojne rozgrywanie piłki, atakowali piłkarzy Hodgsona niezwykle wysoko i agresywnie, dużo przy tym biegając. Niejednokrotnie udawało im się wyłuskać piłkę, lub zmusić graczy w niebieskich strojach (The Whites grali dzisiaj w trzecim komplecie) do straty. Otuchy dodawała im niezwykle żywiołowo reagująca publiczność, jedna z najlepszych jakie słyszałem podczas meczów Premiership. Jednocześnie trenowani przez Pulisa zawodnicy swoje akcje konstruowali w dość prosty sposób, często posługując się długą piłką i opierając grę na stałych fragmentach. Taka taktyka przyniosła rezultat już w 13 minucie. Danny Muprhy stracił piłkę na rzecz Tuncaya, po którego akcji Hangeland wybił piłkę na rzut rożny. Do futbolówki poszedł Etherington, wrzucił piłkę na głowę wielkiego Niemca Hutha, który zgrał ją w na długi słupek do Tuncaya Sanli. Ten bez większych kłopotów pokonał Schwarzera, strzelając swoją drugą bramkę dla The Potters. Chwilę potem okazję na podwyższenie miał Sidibe, ale strzelił on wprost w bramkarza Fulham. Goście próbowali się odgryźć, czego rezultatem była sekwencja stałych fragmentów gry. Groźnie było w 22 minucie: po kornerze piłka spadła pod nogi Johnsona po lewej stronie pola karnego, ten zagrał płasko wzdłuż bramki, ale w ostatnim momencie kapitan Diagne-Faye odciął Zamorę od podania. Przez dłuższy czas utrzymywała się przewaga Stoke, które kontynuowało wysoki pressing i ewidentnie wybijało z gry zespół z Craven Cottage. Na następną bramkę trzeba było czekać aż na zegarze pojawiła się cyferka 34. Wówczas w zupełnie bezpodstawnej sytuacji Konchesky powalił na ziemię Lawrence’a i pan Clattenburg odgwizdał faul. Sytuacja ta miała miejsce przy linii bocznej, blisko końca boiska i chorągiewki w narożniku. Raz jeszcze do futbolówki podszedł były piłkarz West Hamu Matthew Etherington i wrzucił wyśmienitą piłkę wprost na nogę zamykającego akcję na długim słupku Diagne-Faye, który tym samym podwyższył na 2-0. Gdzie była obrona, to pytanie zapewne nurtowało kibiców przyjezdnych. Błąd popełnił bodajże Cris Baird, który odpowiadał za krycie czarnoskórego Senegalczyka. Była to kolejna bramka stracona przez The Whites po stałym fragmencie gry. Co gorsza, mam na myśli nie tylko tą konkretną sytuację, ale i cały sezon. Słynący z dobrej gry w powietrzu gospodarze, raz jeszcze uwydatnili ten niezwykle czuły punkt w grze defensywnej Fulham.  Jednak katastrofa miała dopiero nadejść. Nie wiem co wpływało tak źle na piłkarzy z Londynu, ale przypominali oni jakiegoś zagubionego w lesie króliczka, nękanego przez stado wilków. Szybkość z jaką tracili piłki była zatrważająca, a przodował w tym ex-piłkarz Stoke Stephen Kelly. Po 37 minutach gry było już w zasadzie po meczu. Nie kto inny jak Etherington zagrał miękką piłkę za linię obrony Fulham, ta została zgrana głową przez Higgibothama i trafiła do Sidibe, który z półwoleja podwyższył na 3-0. Był to 150 występ Malijczyka w barwach The Potters, uświetniony 23 bramką. W tym momencie goście byli kompletnie rozbici. W 42 minucie boisko musiał opuścić jeden z bohaterów meczu, Turek Tuncay Sanli, który nadciągnął mięsień dwugłowy. Po letnim transferze z Middlesbrough Pulis niechętnie stawiał na tego zawodnika i ten ewidentnie chciał mu pokazać, że mylił się co do jego osoby. Oprócz bramki Tuncay zaliczył parę świetnych odbiorów, a jego ambicja i wola walki inspirowała cały zespół. Brakowało mu tylko farby pod oczami, którą niegdyś używał turecki bramkarz Rustu Recber. W doliczanym do pierwszej połowy czasie gry Stoke mogło dokonać kompletnej demolki zespołu Fulham, ale strzał Fullera (zmienił Sanliego) został wybity z linii przez Duffa, a dobitkę cudownie obrobił Schwarzer. Tak zatem nie kompletnie zdemolowani, ale na pewno mocno naruszeni schodzili do szatni goście i mało kto spodziewał się, że w drugiej połowie coś się może jeszcze zmienić…

Przeżyliśmy już wiele wyjazdowych wpadek, kompletnie bezpłciowych występów, więc pozostałe 45 minut wydawały się być walką o honor i przeciętny kibic Fulham akceptował to. Druga część gry rozpoczęła się od zmiany: Hangeland został zastąpiony przez Smallinga. Norwegowi znowu zaczęło dokuczać kolano, co z resztą nie najlepiej świadczy o decyzji sztabu medycznego o dopuszczeniu tego zawodnika do gry. Podopieczni Hodgsona po wznowieniu prezentowali się dość żwawo i sprawiali wrażenie skorych do gry o coś więcej niż sam honor. Jednak zadanie było trudne. W 52 minucie Zamora wyszedł do prostopadłej piłki i na obrzeżu pola karnego został bezpardonowo wycięty przez Abdulaye Diagne-Faye. Strzelec drugiej bramki zobaczył żółty kartonik, ale gorszą wiadomością był fakt, że nasz najlepszy strzelec upadając na ziemię uszkodził sobie bark. Zamora pojechał do szpitala, a w jego miejsce zobaczyliśmy Dempseya. Zmiana ta okazała się szczęśliwa, kiedy to po godzinie gry podanie Dempseya trafiło do Duffa. Irlandczyk w charakterystyczny dla siebie sposób poprowadził piłkę, oddał strzał, który odbił się od Shawcrossa i kompletnie zmylił Simonsena, wpadając w krótki róg. Nagle zrobiło się 3-1 i piłkarze Fulham zaczęli wierzyć w zdobycie choć jednego punktu. Jednak nie udało im się pójść za ciosem i przez długie minuty kibice na Britannia Stadium oglądali mecz walki. Goście próbowali na różne sposoby przenosić piłkę pod pole karne Stoke, ale gospodarze uważnie się bronili i nadal dominowali w grze pod względem fizycznym, choć posiadanie piłki przemawiało za Fulham. W 70 minucie po kontrataku wynikłym w efekcie rzutu rożnego do długiego podania od Konchesky’iego doszedł Dempsey. Pięknie skleił piłkę, ale przy strzale nazbyt się odchylił i piłka przefrunęła nad poprzeczką. Upływ kolejnych minut nie znamionował zmiany obrazu gry. Z każdą chwilą zaostrzała się boiskowa walka, panował chaos i pośpiesznie  konstruowane ataki podopiecznych Hodgsona, oparte głównie o długie piłki. Jednak nawet z beznadziejnego walenia w mur czasem może być pożytek. Jedyne co jest potrzebne, to trochę magii. W 85 minucie futbolówka pofrunęła w kierunku Nevlanda (w międzyczasie zmienił A. Johnsona), który mimo swojego niskiego wzrostu i filigranowej postury zdołał zgrać ją do tyłu do nadbiegającego Dempseya. Może i Amerykanin jest zawodnikiem, który oddał najwięcej niecelnych strzałów w całej lidze. To nie miało jednak znaczenia, bo jego półwolej był uderzony idealnie i lobującą parabolą zaskoczył zupełnie bezradnego Simonsena. Z niczego zrobiło się 3-2 i dotychczas pewni siebie fani Stoke przecierali oczy ze zdumienia. Goście rzucili się do ataku. Znaczne grupy piłkarzy w niebieskich koszulkach wędrowały pod pole karne The Potters. Piłka raz po raz wędrowała w okolice 11 metra i zaraz opuszczała je w przeciwną stronę. Obrona Stoke wyglądała na coraz bardziej paniczną, a pole karne było bardziej zatłoczone niż Warszawskie Metro w godzinach szczytu. Walka na łokcie była wcale nie mniejsza. Sędzia doliczył  5 minut i całe Britannia Stadium nerwowo obgryzała paznokcie, kompletnie nie zważając już na wieczorny mróz. Jeszcze jedno zamieszanie, chyba piłkarz Stoke dotknął piłkę ręką w polu karnym. Nic z tego. Gol jednak nie padł, nie byliśmy świadkami wydarzeń równie niesamowitych co podczas finału Ligi Mistrzów pomiędzy AC Milanem i Liverpoolem. Piłkarze Fulham będą wracać do Londynu patrząc na zaśnieżone pola i zapewne zastanawiać się jak puścić w niepamięć tą fatalną pierwszą połowę. Ja bym proponował zasypać ją śniegiem… W przeciwieństwie do formy wyjazdowej, która nadal czeka na gruntowne odśnieżenie. Byle przed wiosną…

Skrót meczu: tutaj.

Reklamy

Responses

  1. No , wielka szkoda. Myślałem że przynajmniej remis był zapewniony a tu proszę…
    Ale nie można się poddać! Roy Hodgson musi znależć rozwiązanie problemów kadrowych i pokazać że ekipa Fulham jest godnym przeciwnikiem dla każdego!

  2. nie widziałem spotkania, ciężko mi się wypowiedzieć. Nie zdążyłem pod przedmeczową zapowiedzią przestrzec przed nadmiernym optymizmem, bo takie to już te Fulham, że jak mecz wygląda wyśmienicie na papierze, to po spotkaniu należy Bogu dziękować, jeśli wywalczyło się remis. Taka to już specyfika meczów z toporniakami pokroju Birmingham czy Stoke. Te gładkie 3-0 to jednak coś szokującego. Gdy dopisać do tego trend ostatnio nieco spadkowy i poważne nazwiska na liście kontuzjowanych, to wszystko daje wrażenie, że nasz dwuletni miesiąc miodowy dobiega powoli końca. Mecz z Pompey będzie niezwykle kluczowym spotkaniem.

  3. Na wczorajszą dyspozycję nałożyły się moim zdaniem trzy rzeczy. Pierwsza, to fakt, że mecz rozgrywany był w niekorzystnych warunkach atmosferycznych. Przed meczem Hodgson narzekał na aurę i wypowiadał się już na temat trudów powrotu to Londynu. Myślę, że najlepiej nie wpłynęło to na motywację zawodników. Ale na pewno to nie była sprawa najważniejsza. Druga przyczyna, to nasza wyjazdowa forma. Co by to dużo nie mówić, problem nie tyczy się tylko obecnego sezonu, ale też poprzedniego. Niby Fulham nie gra źle, ale brakuje jakiejś jakości, płynności akcji i pewności siebie. Rzadko starcza wigoru, aby rzucić się i odrabiać straty (choć udało się to w z Man City) Z zasady jest to pogodzenie się z losem i chęć spokojnego dogrania do końca. A najgorsza jest akceptacja remisu, która w meczach wyjazdowych jest również bardzo częsta. Ale trzecia rzecz, to jest to, co poruszył Cookie. Fulham nie umie grać przeciwko zespołom silnym fizycznie, biegającym i walczącym. Próbowałem to podkreślić w artykule. My żyjemy ze spokojnego rozgrywania piłki, najlepiej przez Murphiego, bądź skrzydłami. Wczoraj piłkarze odpowiedzialni za to byli bardzo szybko atakowani i gubili się. No i po prawej stronie grał Kelly, który nawet ofensywnie odstaje od Pantsa. Nie wspomnę już o tych feralnych rożnych, które przecież też świadczą po części o fizycznej dominacji przeciwnika. Fulham ma niski zespół. Co nie usprawiedliwia fatalnego krycia…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: