Napisane przez: Macu | Marzec 7, 2010

Ćwierćfinał FA Cup: Nadal o krok od Wembley. Fulham 0-0 Tottenham.

Właśnie godzinę temu wysiadłem z samolotu z Londynu,więc proszę wybaczyć nieco opóźnioną relację z  derbowego spotkania z Tottenhamem. Z resztą relacja ta będzie miała charakter wyjątkowy, jako że miałem niebywałą przyjemność oglądać na żywo to spotkanie, postaram się zrelacjonować je z punktu widzenia kibica zasiadającego na Craven Cottage. Muszę przyznać, ze mam pewien niedosyt związany z brakiem bramek i wynikiem, który powoduje, że do wyłonienia zwycięzcy będzie potrzebne kolejne spotkanie. Nie mniej, emocji i tak było co nie miara, tak więc zachęcam zajrzeć na stronkę w poniedziałek wieczorem. 🙂

***

Mając rzadką okazję spędzenia weekendu w Londynie, pierwsza rzecz o której pomyślałem to zobaczyć na żywo Fulham. W przeciwieństwie to rzeszy turystów odwiedzających stolicę Anglii każdego dnia, nie zacząłem planowania swojego wyjazdu od lokalizowania Madame Tessauds,  Tower Bridge, Harrodsa, czy też najmodniejszych w mieście klubów. Udałem się za to na stronę internatową Fulham i sprawdziłem, czy The Whites nie grają przypadkiem w dniach w których będą stąpał po brytyjskiej ziemi. Jakaż była moja radość, kiedy okazało się, że 6 marca na Craven Cottage londyńczycy zmierzą się w meczu ligowym ze Stoke City. Po przeanalizowaniu oferty miejscowej na kameralnym stadionie, zdecydowałem się wykupić bilet na najstarszej na świecie  nadal czynnej trybunie – Johnny Haynes stand (niegdyś Stevenage Road Stand). Kilka dni później mój bilet został dostarczy do Polski za pomocą poczty lotniczej i spokojnie czekał na użycie na moim biurku. Był początek lutego, za oknem w Warszawie kupa śniegu i duże mrozy. Niecierpliwie wyczekiwałem na marzec, oglądając kolejne sukcesy Fulham: świetną ligową passę, wyeliminowanie Szachtara Donieck w Lidze Europejskiej. Jednak na około tydzień przed moim odlotem pojawił się olbrzymi problem. W związku z awansem zespołu do kolejnej fazy FA Cup, spotkanie ze Stoke zostało przełożone i 5 marca Fulham miało się mierzyć z Tottenhamem w ramach Pucharu Anglii. Początkowo zachowywałem spokój. Zwrócę bilet na  Stoke, a w zamian wykupię wejściówkę na Tottenham, myślałem. Nic z tych rzeczy: okazało się, że derby Londynu to spotkanie podwyższonego ryzyka i bilety są wycofane z ogólnej sprzedaży. Do meczu było coraz bliżej, a ja nadal nie miałem świstka papieru uprawniającego mnie do obejrzenia go. Postanowiłem napisać na oficjalnym forum Fulham, jak również zatelefonować do Ticket Office. Przez telefon dowiedziałem się, że niestety nie ma mowy o wymianie biletu, jedyne co mogłem zrobić to odzyskać pieniądze za poprzedni bilet. Przykro nam, względy bezpieczeństwa, wyjaśniał mężczyzna z którym rozmawiałem. Sytuacja robiła się coraz mniej ciekawa. Co prawda na forum otrzymałem duże wsparcie innych kibiców, wśród których znaleźli się tacy, którzy oferowali mi odkupienie ich własnych wejściówek (nie mogli iść na spotkanie), to jednak taka transakcja była trudna do wykonania z logistycznego punktu widzenia i powodowała by, że do ostatniej chwili nie miał bym biletu. Wreszcie, w poniedziałek 1 marca, opatrzność zlitowała się na de mną, bo otrzymałem maila od pracownicy klubu zajmującej się kontaktem z kibicami, że mój bilet zostanie jednak wymieniony. Doprawdy wielki ciężar spadł mi z serca, bo chwilami zaczynałem już wątpić czy w ogóle  uda mi się zobaczyć Fulham. Co prawda upragnioną wejściówkę miałem odebrać dopiero na kilka godzin przed meczem, to jednak wszelka niepewność opuściła mnie i w piątek rano wylatywałem w optymistycznym nastroju.

***

Wreszcie nadeszła sobota. Pogoda była słoneczna, aczkolwiek doskwierał lekki mrozik. Korzystając z usług londyńskiego metra pojechałem do zachodniej części miasta, w której położony jest stadion Craven Cottage. Do meczu były nadal ponad trzy godziny, ale wolałem mieć duży zapas czasu. Pod stacją Putney Bridge na której wysiadłem, ujrzałem grupkę ludzi sprzedających klubowe szale, jak również koników oferujących wejściówki. Minąłem ich i udałem się na zachód, wzdłuż Tamizy i pobliskiego parku. Po niespełna pięciominutowej wędrówce ujrzałem wreszcie jupitery i główny cel mojej wyprawy do Londynu. Wpierw załatwiłem formalności, udając się do kasy biletowej i odbierając mój bilet. Na całe szczęście nie było żadnych problemów i po chwili trzymałem w ręku wejściówkę na pojedynek z Tottenhamem. Mając w zapasie dużo czasu udałem się do klubowego sklepiku i kupiłem kilka pamiątek. To prawdziwy raj dla fana Fulham, gdzie można dostać niemal wszystko to, czego dusza zapragnie. Kubek z logo klubu, kurtka, ołówek? Nie ma problemu. Do nabycia jest nawet fulhamowa wersja Monopolu. Tylko te ceny… Opuściwszy sklep i zapakowawszy do plecaka zakupy, pochwyciłem mój aparat i zacząłem pstrykać fotki. Trzeba przyznać, że stadion ma niebywały urok. Od strony drogi znajdują się wszystkie najciekawsze architektonicznie obiekty, historyczne wejścia na stadion, pomnik Johnny’ego Haynesa, czy też niezwykle rozpoznawalny  Cottage Pavilion, na którym białą farbą namalowany jest słynny napis:  The Fulham Football Club. Z resztą z tym ostatnim związana jest ciekawa historia. Obiekt ten powstał, ponieważ architekt Archibald Leitch zapomniał umieścić szatni dla zawodników w sąsiadującej z Cottage Pavilion trybunie. Z biegiem czasu to niedopatrzenie wyszło na dobre i stadion Fulham jest jednym z najbardziej niepowtarzalnych na świecie. Warto też wspomnieć 0 okolicy otaczającej Craven Cottage, bo ta również przypadła mi bardzo do gustu. Wzdłuż Tamizy ciągnie się deptak, oblegany przez spacerowiczów i biegaczy. Z nad samej rzeki płyną pokrzykiwania trenerów, którzy dyktują tempo ćwiczącym na niej wioślarzom. Oddalając się od rzeki można podziwiać jednolitą zabudowę, składającą się z ładnych i schludnych białych domków, ustawionych rzędowo. Cała okolica wygląda na niezwykle uporządkowaną i przyjazną mieszkańcom. Ja jednak musiałem wracać w okolicę stadionu, bo pragnąłem poznać go także od jego środka. Przeszedłem zatem przez wejście, umieszczając mój bilet w elektronicznym czytniku i znalazłem się we wnętrzu Johnny Haynes Stand, de facto pod trybuną. Także i tutaj ma ona swój niebywały urok, a pomalowane na biało cegły świetnie współgrają z metalowym poddaszem i filarami. W korytarzach można znaleźć toalety, a także nabyć pożywienie. Będąc głodny jak lew skusiłem się na małego hot-doga i choć zapomniałem poprosić o ketchup,  smakował on wybornie. A to dla tego, że po schodach udałem się do góry i zasiadłem na trybunie, tam właśnie spożywając swój posiłek. Rozglądając się wokół nie dostrzegłem nazbyt wielu ludzi, bo do meczu była nadal ponad godzina. Zrobiłem parę zdjęć, siląc się nawet na nieco artystyczną fotografię z krzesełkami, i czekałem… Craven Cottage stopniowo ożywało, wypełniając się coraz bardziej. Wreszcie do moich uszu dobiegł wielki aplauz, a do rozgrzewki przystąpili piłkarze obu drużyn. Dwadzieścia pięć tysięcy ludzi miało lada chwilę podziwiać i dopingować dwudziestu dwóch facetów (i ich zmieników), uganiających się za szmacianką. Na rozruchu dojrzałem nawet Pascal Zuberbuhlera, tak więc mogę osobiście poświadczyć, że Szwajcar na prawdę istnieje. No i wreszcie zaczęło się! Sędzia Clattenburg zagwizdał po raz pierwszy, a ja obserwowałem wszelkie wydarzenia z czwartego rzędu najstarszej na świecie trybuny, siedząc niemal po środku boiska i czując zapach trawy. Początkowo to Tottenham sprawiał lepsze wrażenie, dłużej utrzymując w swoim posiadaniu futbolówkę. Kibice kogutów, którzy zajmowali całą Putney End, non stop rywalizowali wokalnie z fanami The Cottagers, wprawiając w drżenie całe Craven Cottage. Być może w Polsce śpiewa się nieco głośniej i z większą częstotliwością, ale na próżno szukać w Polsce obiektu, na którym panuje tak wspaniała atmosfera, jak na wyspiarskim meczu. Co najwyżej leichici mieli by jakąś szansę w takiej rywalizacji. Jedyne co mnie nieco irytowało, to fakt, że zmagania boiskowe ogląda się z perspektywy siedzącej. Abstrahując już od małej ilości miejsca i wygody krzesełek, czułem się zwyczajnie głupio dopingując w tej pozycji. Kiedy natomiast pod bramką przeciwnika miała miejsce jakaś groźna akcja, siedzący przede mną ludzie podnosili się, zasłaniając widok i zmuszając mnie  do powstania także i mnie. Nie łatwiej byłoby stać przez cały mecz? Spotkanie toczyło się w dość leniwym tempie i pierwsza połowa nie należała do nazbyt ekscytujących. Swoją klasę pokazywał jednak Zamora. Na żywo anglik prezentuje się jeszcze lepiej: wygląda na silniejszego, szybszego, sprytniejszego i lepiej wyszkolonego technicznie. Jednak do przerwy żadne bramki nie padły, choć Schwarzer musiał obronić jedno groźne uderzenie wyśmiewanego przez publikę Croucha. Ilekroć patykowaty reprezentant Anglii dochodził do piłki, kibice wykrzykiwali ‚freak’. Słońce nad Craven Cottage zdążyło już zajść i temperatura spadła niemal do zera, co sprawiło, że całe piętnaście minut przestępowałem energicznie z nogi na nogę. Naszła mnie także refleksja, że chyba jednak lepiej byłoby zakupić bilet na Hammersmith End, na której to trybunie zasiadają najzagorzalsi fani zespołu. Nie miałem nic przeciwko Johnny Haynes Stand, ale jednak trafia na nią dość duża liczba przypadkowych turystów, którzy nieco psują atmosferę. Co nie oznacza, że nie usłyszymy tu śpiewów, oklasków i wymówionych z angielskim akcentem okrzyków: ‚C’mon Damien’ tudzież ‚What the f*** is he doin’?’. Druga część spotkania była zdecydowanie lepsza dla Fulham i ciekawsza dla kibiców. Świetną główkę Gery wybronił bohater meczu Heurelho Gomes, a sam Bobby Zamora miał też kilka niezłych okazji. Pod koniec gospodarze mocno przycisnęli, ale ostatecznie nie zdołali nic zmienić i nie padły żadne bramki. Podwójna szkoda. Raz, że Fulham będzie musiało powtórzyć ten meczu, dwa, że chciałem doświadczyć wybuchu ekstazy na Craven Cottage. Być może następnym razem… Opuszczałem zatem Craven Cottage z pewnym niedosytem, bo nie ma co ukrywać, nie trafiłem na najbardziej emocjonujący mecz na świecie. Z drugiej jednak strony, spotkanie to i tak dostarczyło mi wielu wrażeń i wspomnień, do których będę wracał w przyszłości. Zanurzywszy się w strumień kibiców zmierzających po ciemku w kierunku metra, myślałem, że fajnie by było tam jeszcze wrócić. Najlepiej w większej grupce.

Mała galeria (kliknij aby powiększyć):

Reklamy

Responses

  1. Z przyjemnością przeczytałem relację, jakże odmienną i atrakcyjniejszą od i tak znakomitych dotychczasowych. Nie pozostaje nic innego, jak zostać wysłannikiem Fulham 🙂

  2. Macu! Witaj z powrotem w Polsce 😉
    Bardzo spóźnione, bo ten tydzień to było urwanie głowy bez znieczulenia (wchodziłem jeszcze w poniedziałek wieczorem! paru minut musiało mi zabraknąć…), ale nie można nie skomentować Twojej wyprawy 🙂
    Poza wszelką naturalną zazdrością, jestem pod wrażeniem Twojej organizacji, bo cała ta relacja wygląda tak, że nie miałeś najmniejszych problemów z docieraniem z punktu A do punktu B i do kolejnych, o samym radzeniu sobie z życiem (krótkim bo krótkim, ale) w Londynie nie wspominając. Sklepik klubowy, stadion długo przed czasem… Na pewno nie miałeś żadnego przewodnika? 🙂
    Rozumiem też, że Twoja wizyta w Londynie nie była głównie spowodowana tym spotkaniem? Światowy chłopak 🙂
    Naprawdę, podziw za to co zrobiłeś i wielkie dzięki za zdjęcia oraz świetną relację – doskonale oddałeś atmosferę tego wspaniałego klubu 🙂
    A szatnie to rzeczywiście fenomen!
    P.S.Jest też inny klub w Polsce, za który osobiście ręczę, że umie wywołać na trybunach fantastyczne rzeczy, bo jest on z mojego miasta, na razie siedzi jednak w I lidze i do wszystkiego powoli dochodzi z powrotem.
    P.S 2 – wrócić… Nie wyobrażam sobie, żebym w swoim życiu miał tam się nie pojawić. Kwestia, kiedy…

    Pozdrowienia 🙂 🙂

  3. Ee tam, bez przesady. W monecie kiedy posiądzie się magiczną umiejętność poruszana się przy pomocy Londyńskiego metra, to wszystko jest proste. 🙂 A że od przyszłego roku zamierzam studiować Nauczanie Języka Angielskiego na UW (taki „long shot” trochę), to coś tam po tym angielsku umiem. 🙂

    Moja wizyta była głównie spowodowana tym, że mój ojciec miał coś do załatwienia w Londynie, a że pracuje w Eurolocie, to ma tanie bilety lotnicze. 😛 Kiedy dowiedziałem się, że jedzie do Londynu, nie mogłem przepuścić takiej okazji. 🙂 Ale generalnie bilety lotnicze, zwłaszcza tanie linie, są obecnie w na tyle opłacalnych cenach, że taką wyprawę można zorganizować za w miarę rozsądną kwotę. Gorzej jest z cenami w samym mieście, bo niemal dwa funty za sok 0,5 l to lekka przesada :D. Natomiast hotel można opłacić z góry, za 200 zł za noc, co nie jest jeszcze jakąś tragedią, jeżeli będzie się nocowało w nim tylko dwie noce. 🙂

    O ile fundusze pozwolą, to na pewno kiedyś wrócę. Bo jednak trochę żałuje, że nie mogłem cieszyć się z bramki. 🙂

    Ps. Do głowy przychodzą mi Szczecin (na pierwszym miejscu) i Katowice? 🙂

  4. Oj nie wątpię w to, że po angielsku się dogadujesz niezwykle komfortowo, bo swego czasu prowadziłeś tu dyskusję z chłopakiem z Londynu 🙂 poruszać się za pomocą metra to jedno, wiedzieć gdzie wysiadać, to drugie 🙂 ciekawy kierunek obierasz, choć nie wiem, czy nie będziesz miał większych możliwości po najzwyklejszej filologii? Decyzja należy do Ciebie 🙂

    No jasne, zapewne złotówki trzeba przeliczać na funty jeśli chodzi o życie w Londynie. Tym bardziej zaskoczyłeś mnie relacją z klubowego sklepiku, brzmiało to tak jakbyś napchał plecak do pełna… do momentu dopóki nie pojawił się komentarz o cenach 🙂

    Rzeczywiście wielka szkodą z tym brakiem bramek. Mimo wszystko takie spotkania trafiają się najrzadziej.
    P.S. pierwsza myśl najlepsza 😉 z tym że żeby od razu uprzedzić Twoją ewentualną wrogość- nigdy nie podchodziłem na zasadzie kibic Pogoni=kibic Legii, to nie ja, a jest ze mną wręcz przeciwnie (pamiętam, że kibicujesz też Polonii 🙂 ).

  5. Ja też nigdy nie lubiłem tzw. zgód. Na zachodzie chyba tego nie ma, co najwyżej antypatie. Niby Polonia lubi się (a przynajmniej jeszcze niedawno lubiła) z Koroną, Cracowią i Arką, ale tak na prawdę, to lubię tylko Koronę.

    Co do filologii, to niestety wymagają matury z dwóch języków, więc odpada na starcie. 🙂

    W sklepiku kupiłem koszulę meczową (droga jak skurczybyk, ale musiałem) i jakieś pierdołki za 3 funty (dwa breloczki). 🙂

  6. Pamiętam, że miałeś wypisanych wiele klubów jako tych, którym kibicujesz, ale widząc jakie nakładasz na siebie zobowiązania przez kibicowanie Fulham, to ten klub chyba wskoczył u Ciebie na pierwsze miejsce 🙂

    Matury z dwóch języków? Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żebyś nie zdawał angielskiego! 🙂 bo przecież nie chodzi o dwa języki obce? Nie słyszałem, by ktokolwiek taki wariant wybrał.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: