Napisane przez: Macu | Kwiecień 29, 2010

FULHAM W FINALE LIGI EUROPEJSKIEJ!!! Fulham 2-1 HSV (2-1 w dwumeczu).

Z zaskakującym dla mnie samego spokojem, na wstępie chciałbym przeprosić za brak zapowiedzi meczu. Następnie pragnę także prosić o wybaczenie mi chaotycznego stylu poniższej relacji. A to dla tego, że nadal jestem w stanie pewnego umysłowego rozwarstwienia, gdzie pewna część mnie, bodaj zdecydowanie większa niż ta druga, nadal nie wierzy w to co się stało. Nadal potrzebuje przysłowiowego uszczypnięcia. Coś co mogło zostać źródłem niezłej fortuny na początku sezonu, coś co mogło wywołać ironiczny uśmiech na ustach każdego sympatyka Fulham, coś co mogło chlubnie przyozdobić internetową stronę klubu na wikipedii, stało się faktem. Zespół z Craven Cottage wyeliminował w dwumeczu HSV Hamburg i zagra na HSH Nordbank Arena w finale Ligi Europejskiej. Przeciwnikiem drużyny Roya Hogdsona będzie Atletico Madryt, które w drodze do Hamburga odprawiło z kwitkiem Liverpool, dzięki bramce wyjazdowej strzelonej na Anfield. Po iście transeuropejskiej wyprawie Fulham, na rozpisce pozostała zatem już tylko jedna, hiszpańskojęzyczna nazwa. The Whites będą bronili w finałach europejskich rozgrywek piłkarskiego honoru zawsze dumnych Synów Albionu. Czy prawdziwy kopciuszek na europejskiej scenie zostanie ukoronowany? W tej baśni wszystko jest możliwe.

Pierwsze spotkanie obu drużyn w Hamburgu nie przyniosło żadnego rozstrzygnięcia, tak więc o wszystkim miał zadecydować pojedynek na Craven Cottage, przepięknym, kameralnym stadionie położonym tuż nad Tamizą. Zarówno HSV, jak i Fulham, miały przed rewanżem swoje powody do zmartwienia, dodające smaczku całej rywalizacji. W mieście położonym nad Łabą, Hamburgu, porażka 5:1 z Hoffenheim przelała szalę goryczy, wzniecając istny wewnętrzny pożar. Dotychczasowy szkoleniowiec Bruno Labbadia stracił  resztki poparcia i autorytetu pośród swoich piłkarzy, i działacze HSV zostali zmuszeni do drastycznego ruchu w postaci dymisji  trenera. Jego miejsce na okres tymczasowy zajął Holender Ricardo Moniz, były współpracownik Martina Jola z Hamburga i Tottenhamu. Sytuacja ta należy bez wątpienia do bezprecedensowych, a wiele osób musiało zadawać sobie pytanie jak niemiecki zespół(?) będzie prezentował się w konfrontacji z Fulham. Głównym zmartwieniem które trapiło Roya Hogdsona był natomiast achilles Bobby’ego Zamory. Strzelec 19 bramek we wszelkich rozgrywkach w tym sezonie, niepokorny gigant z linii ataku, kluczowy element taktyki The Cottagers, do ostatniej chwili nie był pewny występu. Ostatecznie Hogdson zdecydował się zaryzykować i postawił na Anglika od pierwszej minuty, kompletując niemal najsilniejszy możliwy skład. Jedyną zmianą w stosunku do pierwszego meczu przeciwko hamburczykom była obecność na prawej obronie Johna Painstila, który powróciwszy po kontuzji,  zmuszony był do gry z powodu nadmiaru kartek Chrisa Bairda. Pewnym zaskoczeniem mogła być także nieobecność w wyjściowej jedenastce Clinta Dempseya.  Wszechstronny Amerykanin zasiadł w wyściółkach skórą fotelach na ławce rezerwowych, będąc jokerem w talii kart, ostatnią deską ratunku pozostawioną na czarną godzinę.

Spotkanie prowadzone przez tureckich arbitrów rozpoczęło się o zagadkowej godzinie 20:05 czasu angielskiego. Już w pierwszej swojej akcji, w 3 minucie, gospodarze zdołali zagrozić bramce Franka Rosta, wykorzystując kluczową w tym sezonie współpracę Gery z Zamorą. Węgier, będący niemal mistrzem sprytnych, krótkich piłek, wypieszczonych delikatnym dotknięciem stopy zagrań, zdołał podać do Zamory, który wypracował sobie sytuację jeden na jeden z bramkarzem HSV. Będący pod presją obrońcy napastnik Fulham zdołał oddać strzał w długi róg, ale tym razem Rost powstrzymał The Whites przed odnotowaniem kolejnego piorunującego startu. Co gorsza, kamery telewizyjne uchwyciły grymas bólu na twarzy Zamory, a obrazek utykającego zawodnika z numerem 25 towarzyszył nam już do końca jego obecności na boisku. Po znakomitej okazji dla The Cottagers, nad Tamizą zaczęło wiać nudą. Obie drużyny zdawały sobie sprawę, że mecz przypomina stąpanie po polu minowym, a każdy fałszywy ruch może skończyć się tragicznie. Nie chcąc podjąć zbędnego ryzyka, drużyny ograniczały się do stonowanych ataków. Brakowało jednak dobrych sytuacji strzeleckich, choć to goście coraz bardziej dominowali grę, utrzymując się przy futbolówce w okolicach bramki Marka Schwarzera. Szczególnie aktywny był Jonathan Pitroipa, reprezentant Burkina Faso, który swoją zwinnością i błyskotliwymi dryblingami znacznie uprzykrzał życie dopiero wracającemu do pełni formy Pantsilowi. Aktywność Hamburga przyniosła kilka groźnych rzutów rożnych, a w 22 minucie rzut wolny w odległości około 30 metrów od bramki gospodarzy. Nieporozumienie w szeregach obronnych The Whites zmusiło kapitana Murphy’ego do niepotrzebnego faulu. Do piłki podszedł Mladen Petrić i huknął prostym podbiciem w kierunku prostokątnego zarysu bramki Schwarzera. Piłka, lecąc z potężną siłą, szybko wzniosła się w powietrze, by niespodziewanie opaść w samym okienku. Australijski bramkarz Fulham nie miał nic do powiedzenia, pozostało mu tylko wyciągnąć futbolówkę z siatki. Hamburg zdobył cennego gola wyjazdowego, a przepiękny strzał Chorwata znacznie oddalił marzenia gospodarzy o finale. Piłkarze Roya Hogdsona starali zdobyć inicjatywę, jednak drużyna przyjezdnych mądrze się broniła, wyłączając  z gry  walczącego z własną niemocą Zamorę, za sprawą Boatenga i Demela. Groźna kontra i strzał Pitroipy co prawda nie pogorszyły nastrojów na trybunach, ale temperatura na nich ewidentnie spadła, a coraz bardziej słyszalni byli fani z północnych Niemiec. Fulham nie potrafiło skonstruować do przerwy żadnej składnej akcji, a mający na Cottage status Boga Roy Hogdson musiał w przerwie dokonać iście mitologicznej metamorfozy swojego zespołu.

Na drugie czterdzieści pięć minut obie jedenastki wybiegły w niezmienionych składach personalnych.  Już chwilę po wznowieniu gry było jasne, że zabiegi przeprowadzone w przerwie nie wiele dały i Zamora tego meczu do końca nie dogra. Mimo ewidentnego dyskomfortu napastnik Fulham walczył jednak jak lew, a podobna postawa cechowała cały zespół. Niestety, nie przekładała się ona na efekty bramkowe. HSV nadal grało mądrze, ustawiając szczelne zasieki obronne, próbując dłużej przytrzymywać piłkę. Wreszcie po godzinie gry, trener The Whites zdecydował się zakończyć męczarnie Zamory, wprowadzając za niego Dempseya. To jednak Hamburg był bliższy szczęścia, a groźne dośrodkowanie wzdłuż linii końcowej Petricia zostało wybite przez znakomicie ustawiającego się Hughesa. Kilka chwil później przed okazją stanął Jarolim, ale powinien był uderzyć tempo wcześniej, przez co Schwarzer dał radę wybronić jego próbę.  Wejście Dempseya wniosło jednak ożywienie w linii ataku Fulham, gdyż Amerykanin był w stanie biegać znacznie więcej aniżeli Zamora. W 63 minucie The Cottagers mieli rzut wony niemal przy narożniku boiska. Konchesky niesygnalizowanie rozegrał krótką piłkę do Duffa, a jego strzał lewą nogą minimalnie minął długi słupek bramki Rosta. Elektroniczny zegar na trybunie Putney End z każdą chwilą stawał się coraz bardziej znienawidzonym obiektem na Craven Cottage. Wreszcie nadeszła jednak 69 minuta meczu. Zaliczający dużo strat Danny Murphy, popisał się wyśmienitym zagraniem z głębi pola do wykonującego ruch bez piłki Daviesa. Walijczyk dobrze przyjął futbolówkę, a następnie prawą nogą przerzucił ją sobie nad Demelem, w sposób którego nie powstydził by się sam Ryan Giggs. Chwilę potem Davies oddał nieco nieczysty strzał lewą stopą, a piłka wtoczyła się do bramki Hamburga, powodując euforię w zachodnim Londynie. Kibice znów uwierzyli w końcowy w sukces, i dzierżąc w dłoniach specjalne kartonowe „clap-bannery”, przystąpili do żywiołowego i niezwykle głośnego dopingu. Nagle kolejny „come back” był na wyciągnięcie ręki, choć jeszcze chwilę wcześniej awans wydawał się być niezwykle daleki, niczym wiecznie nieosiągalna oaza na pozbawionej wody pustyni. Strzelając gola Davies nabawił się jeszcze jakiejś lekkiej kontuzji kolana, ale wkrótce potem był już na boisku, zupełnie zapominając o bólu. Fulham nacierało, ale to ponownie Pitroipa stanął przed szansą, oddając groźne uderzenie i ignorując obecność w polu karnym Petricia. W 76 minucie sędzia pokazał, że The Whites będą mieli rzut rożny. W narożniku do piłki podszedł Davies i dośrodkował prawą nogą w pole karne HSV. Futbolówka przefrunęła nad głowami niemałego tłumu zgromadzonego w szesnastce Rosta i znalazła się w posiadaniu Gery. Ten potrzebował dwóch dotknięć by wyprowadzić Fulham na prowadzenie. Wpierw przyjął piłkę tyłem do bramki, a chwilę potem oddał strzał, który wywołał nieopisywalną radość i rozgrzał trybuny do czerwoności. W tym momencie Fulham było w finale. Węgier strzelił swoją szóstą bramkę w tej edycji Ligi Europejskiej, zrównując się z Zamorą. Do końca meczu pozostał kwadrans, a właściciele zakładów kosmetycznych w Londynie zacierali już ręce, bo szykowała się niezwykle nerwowa, zagrażająca stanowi paznokci końcówka. Trener Moniz zdecydował się na delegowanie do gry kolejnego napastnika, Peruwiańczyka Guerrero. Hamburg niczym za dotknięciem guzika przystąpił do ataków. Swojego szczęścia próbował Aogo, ale jego strzał z dystansu zablokował Hughes. W natarciach Niemców ewidentny był jednak element prowizoryczności, a długie piłki posyłane pod bramkę Fulham okazywały się często nazbyt długie, raz po raz wychodząc poza plac gry i wzbudzając aplauz na trybunach. Bez większych kłopotów goście przetrwali do 90 minuty, a sędzia oznajmił, że zawody zostaną przedłużone o 180 sekund. W 92 minucie Hamburg był bliski kompletnego uciszenia Craven Cottage. Nieporozumienie obronne w zespole Hogdsona sprawiło, że super snajper Ruud Van Nistelrooy dostał tą jedną, jedyną okazję, na którą czekał cały mecz. Niestety dla kibiców Hamburga, Holender nie odzyskał pełni sprawności po kontuzji kolana, a jego anemiczny strzał z lewej nogi minął bramkę Fulham, nie zmuszając Schwarzera do interwencji. Ostatnie sekundy to kompletny chaos i obrazki niczym przeniesione ze średniowiecznego pola bitwy. Sylwetki piłkarzy biegały  panicznie z jednego miejsca w drugie, a w całym tym galimatiasie pierwszoplanową rolę odgrywał Frank Rost, opuszczający okolice swojej bramki.  Stracona piłka oznaczała, że zawodnika Fulham kusiła pusta bramka, ale Gera zdecydował się odegrać do lepiej ustawionego Dempseya. Ten został bezpardonowo sfaulowany przez bramkarza HSV, który za to zagranie zarobił żółty kartonik. Beznadziejnie rozegrany przez Murphy’ego wolny sprawił, że jeszcze ostatnia akcja podtrzymywała tlącą się w sercach hamburczyków nadzieję. Na ich nieszczęście ich drużynie nie udało się stworzyć żadnego zagrożenia pod przeciwną bramką, a ostatni gwizdek sędziego oznaczał, że Fulham dokonało rzeczy wręcz niewiarygodnej, niewyobrażalnej, nieprzewidywalnej. Awansowało do finału Ligi Europejskiej. Wówczas w Liverpoolu miała jeszcze miejsce dogrywka, a finałowy przeciwnik pozostawał dużym znakiem zapytania. W Londynie trwała  już natomiast  radość w najlepsze, a kolejny baśniowy rozdział został do końca zapełniony. To nic, że mecz z Hamburgerem nie należał do najatrakcyjniejszych, a obie drużyny zagrały poniżej swoich możliwości. Do zapełnienia pozostał jeszcze jeden, ostatni rozdział, a Fulham niczym pocałowana przez księcia ropucha może do końca przemienić się z nieznanego angielskiego średniaka w rozpoznawalną na świecie markę.

Bramki z meczu: tutaj.

Skrót w wysokiej jakości, angielski komentarz: tutaj. Otwierać np. VLC Playerem.

Advertisements

Responses

  1. BRAWO FULHAM!

  2. Wielkie Gratulacje !!!

    Szachtar,Juve,HSV……Jesteście Wielcy.
    Łezka się w oku kręci…jak sobie przypomnę podobne wyczyny z przeszłości innych drużyn skazywanych od początku na porażkę.

    Jesteście Wielcy, jeszcze raz Wielkie Gratki !

    Pozdro – cich cich

  3. No i Fulham musi uratować honor angielskiej piłki. Szczere gratulacje od kibica MUnited.

  4. cich cich – dzięki za wspaniałe słowa! Dzięki za wielkie wsparcie, na anglii, tutaj. Ty pierwszy wyrażałeś wiarę w ten klub i kazałeś wierzyć innym. Bez wątpienia jesteś dobrym duchem tej drużyny!

    A hiszpańska drużyna to chyba rzeczywiście ostatnia rzecz, która dopełnia fantastyczną, niezapomnianą, niewiarygodną europejską podróż. Wspaniale się to ułożyło, cieszę się z podjecia w finale Atletico. Znacznie przyjemniej zetrzeć się z nieznajomymi, niż ze starymi dobrymi wujkami z Wysp. W spotkaniu z Liverpoolem bylibyśmy w zupełnym cieniu – nie chodzi nawet o mecz, a o wszystko, co by ten finał otaczało. A tak, jak to świetnie zauważasz, dostąpiliśmy zaszczytu bronienia honoru angielskiej piłki i z Atletico zagramy na zupełnie luźnych głowach. W dodatku gramy niemalże u siebie! 🙂

    Po prostu kocham ten klub…

  5. To jest FANTASTYCZNE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! 😀 Dawno z niczego tak się nie cieszyłem! Na co dzień jestem kibicem MU, ale gorąco kibicowałem Fulham w tych rozgrywkach, no i STAŁO SIĘ!!! ;-D W meczu z Athletico nie będziecie… nie będzieMY faworytami, lecz coż – w którym z dotychczasowych spotkań byliśmy? C’MON FULHAM!!!!!

    PS.: Stronka ma niesamowity klimat. Mam nowe marzenie – odwiedzić Craven! Póki co pozdro z Warszawy! ;-D

  6. cookie –

    Dzięki….ale jestem wzruszony prawie tak samo jak Wy, niesamowita historia. Prawdziwie romantyczna…wręcz niemożliwa.

    Macu –

    Jesteś Wielki. Kiedyś postawimy Ci pomnik.

    Pozdro – cich cich

  7. Jeżeli kogoś interesują bilety na finał to podaję gg. 7351328
    No i gratuluję awansu!!!

  8. Dobra robota chłopcy. Rzadko kiedy mam przeczucia dość niewyobrażalnych niespodzianek w piłce nożnej, ale gdy już są, sprawdzają się. Na Euro 2004 liczyłem na Greków, w tym sezonie liczyłem właśnie na Fulham i żałuję tylko, że nie zagrałem na nich tej skromnej dyszki po losowaniu fazy grupowej, gdy ich ostateczny triumf u bukmacherów przedstawiał się jak 50/1. Tak czy inaczej moja radość po każdym Waszym awansie była coraz większa i wiem, że w finale też nie będzie inaczej. Debiutancki sezon w Europie, a grają jak starzy wyjadacze. Pozdrowienia z obozu Czerwonych Diabłów i powodzenia w finale. Będzie dobrze:)

  9. Witam!
    Posiadam 2 bilety na mecz finałowy!! Miejsca obok siebie!
    Zainteresowani mogą pisać pod:
    84perezio@gmail.com
    (bilety mam już w domu, odbiór osobisty mile widziany!)

  10. Stand up, if you still believe.

    Ponoć kibice zaczęli to śpiewać na chwilę przed golem Daviesa. 😉

  11. Widzialem wczoraj na stadionie polska flage z godlem FFC! Czy jacys Polacy z Londynu wybieraja sie na mecz finalowy do Hamburga?

  12. Super Fulham nareszcie sukces w finale będę kibicował FFC!

  13. Ja widziałem w materiale podcastu „Paper Talk” na http://www.football365.com flagę z Ząbkowic Śląskich. 😉

  14. Ogladalem ten mecz na jakims niemieckim kanale…
    Niesamowite uczucie jak sie ogladalo rozkrecajace sie ataki…
    No i kurcze… Ile to w tym sezonie bylo juz pieknych bramek strzelonych w waznych meczach…

  15. Macu ale mógłbyś napisać też, żę na trybunach był Hugh Grant 🙂 Może parę jego fanek z polski by zaczęło kibicować Fulham.

  16. Lugrvin —> Haha, celna uwaga. Ale był już także podczas wyjazdowego meczu z Hamburgiem. 😉

  17. Chelsea też jest z Wami !!!

  18. Tak jak Hugh Grant wydaje się przez te swoje ciągłe ekscesy być dość nieznośnym typem, tak jego przywiązanie do Fulham jest niesamowitą sprawą. Jak tu mimo wszystko gościa nie lubić.
    Można też znaleźć wiele dowodów na to, że fanem Fulham był Michael Jackson. Czy to przez dobre relacje z Al Fayedem, czy to przez to, że on również uległ urokowi tego małego klubu z wielkim sercem – nie wiem. Ale to by dopiero przysporzyło fanów!
    A nazwisk jest znacznie więcej…

  19. Arsenal jest z wami


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: