Napisane przez: cookie | Luty 22, 2011

Bo pewne rzeczy nie są pisane?

Fulham przegrało w niedzielę z Boltonem i wyleciało z rozgrywek o Puchar Anglii. Statystyka dotycząca ewentualnych trzech ćwierćfinałów Pucharu z rzędu po 90 minutach potyczki na Craven Cottage straciła na jakiejkolwiek wartości. Dziś pokazuje już tylko niezdolność przebrnięcia przez the Whites czterech rund, które co roku oddzielają ten klub – jako przedstawiciela Premier League, zaczynającego udział w Pucharze gdzieś w środku boju – od wymarzonego wyjazdu na Wembley. Porażka z Kłusakami boli również dodatkowo o tyle, że piłkarze Fulham w tym momencie odpadli z Pucharu Anglii na ostatni z możliwych dla siebie sposobów. Sposób nr 1 – zawieść na całej linii już na samym początku, dać zupełną plamę – jak w ubiegłych edycjach z Leyton Orient czy Bristol Rovers. Sposób nr 2 – zagrać „solidnie”, na miarę własnych możliwości i odpaść na pierwszym cięższym rywalu – jak w dwóch poprzednich ćwierćfinałach, z Manchesterem United oraz Tottenhamem. Sposób nr 3 – który miał miejsce w niedzielę – najpierw pokonać wysoko notowanego przeciwnika, stać się czarnym koniem rozgrywek, a potem odpaść z nich w najmniej oczekiwanym momencie.

Tak należy zaklasyfikować porażkę z Boltonem, która może i była przewidywana w duchu, ale było to przewidywanie niepoparte żadnym logicznym argumentem. Ot, kibicowska bogobojność, strach wobec tego, co przyniesie los. The Whites odpadli w niezmiernie rzadkiej dla siebie sytuacji, w której zaliczyli wielki skalp w krajowych pucharach (rozbicie Tottenhamu) i pewnie – zdawało się – kroczyli po co najmniej wyrównanie osiągnięć w Pucharze Anglii z dwóch ostatnich sezonów. Mark Hughes przekonywał, że ma szczęśliwą rękę do tych rozgrywek, popierając te słowa liczbą zdobytych przez siebie trofeów FA Cup. Jego podopieczni byli bardziej skorzy do rozmawiania o tym, co na końcu pucharowej drogi, niż o rutynowym starciu z kutym na cztery nogi ligowym średniakiem. Czy więc zawiodły głowy managera, jak i piłkarzy Fulham? O tym chyba jednak mówić nie można, bo boiskowego zaangażowania niedzielnym gospodarzom odmówić się nie da (nawet tym, od których nie wymagało się niczego – czytaj: Zamora), a mechanizm uwalniania przez ludzi skrytych marzeń ma miejsce prawdopodobnie zawsze, kiedy znajdują się w dobrej dyspozycji i są pewni siebie – nie inaczej było przecież z szumnymi zapowiedziami, które narastały wraz z każdym kolejnym krokiem stawianym przez the Whites w Lidze Europejskiej.

Porażkę z Boltonem, z zachowaniem pełnej obiektywności, nazwać można po prostu pechową, bo obie drużyny rozdzieliła bramka zdobyta przez przyjezdnych w totalnym boiskowym chaosie. Goście nie przyjechali po więcej i kto wie, czy końcowe rozstrzygnięcie nie było ponad to, co wstępnie założyli, stawiając się na murawie Craven Cottage. Fulham płaci zaś wielką cenę za pierwsze od długiego czasu potknięcie, bo tak rewelacyjnie zapowiadająca się pucharowa seria wróci zapewne nieprędko. Szansa, by to zweryfikować, zresztą dopiero za 11 miesięcy, na początku kolejnej edycji rozgrywek. Co musi się stać, aby the Whites wreszcie przestąpili przez ukryty próg i dotarli na sam koniec pucharowej wędrówki? Wyjść, mimo postawionej na początku tezy, że the Cottagers odpadali z gry już na wszystkie możliwe sposoby, jeszcze by się znalazło, jednak wymagają już one poważnej ingerencji Fortuny. Tej w postaci przyziemnej, czyli sponsora jeszcze bogatszego niż Mohameda Al Fayeda, którego pieniądze automatycznie przeniosłyby Fulham w sferę faworytów każdych rozgrywek, albo w formie mniej materialnej – nieco większej odrobiny szczęścia, które pomogłoby bezboleśnie, bez ciężkich przeszkód i bez zbędnej euforii po ich pokonywaniu, dotrzeć aż na same Wembley. Tak jak w przypadku… Boltonu, które po ograniu the Whites wylosowało Birmingham i ta para zagra teraz o prawo gry na najsłynniejszym angielskim stadionie. Para, której najpoważniejszym rywalem we wszystkich minionych rundach było… Fulham.

 

A miało być tak pięknie... Bolton jednak znów lepszy w pucharowym starciu.

Advertisements

Responses

  1. W całej tej sytuacji najbardziej szkoda zmarnowanej szansy. Szczególnie jeśli przyjmiemy, że to my zagralibyśmy z Birmingham w ćwierćfinale. To jest poniekąd efekt tego, o czym piszę pięterko wyżej. Masa okazji, masa strzałów, ale wykończenie marniutkie. Wkurzające, Fulham przegrało raptem 3 mecze z 11 w roku 2011, wszystkie po 0:1, wszystkie po wyrównanej grze, niekiedy nawet boiskowej dominacji. Plus remis w Wigan, praktycznie takie same warunki.

    PS. A najbardziej denerwuje mnie to, że wg terminarza w marcu Fulham gra tylko… 2 mecze. Z drugiej strony wkracza rodzima Ekstraklasa, przyjdą takie momenty, że The Cottagers będą musieli zejść na drugi plan, a cała moja wiedza o ich występie ograniczy się do SMSa od Maca. 😉

  2. Skoro przetestowaliśmy już wszystkie możliwe warianty, może wreszcie uda nam się wyciągnąć wnioski i dotrzeć w przyszłym roku na Wembley? Szczerze powiedziawszy, to jakoś osobiście w to nie wierze, zwłaszcza mając na uwadze nasze standardowe problemy na wyjazdach. O ile w LE wszystko dało się nadrobić na Cottage, o tyle w FA nie ma już takiej opcji. Jedyna szansa jest taka, że trafimy na tak łatwa drabinkę jak wspomniane Bolton i Birmingham.

    Fajnie zarysowałeś ten pewien element niepewności, mimo argumentów przemawiających za siłą zespołu. Myślę, że odpowiedź na źródło takich odczuć jest prosta. Zwyczajnie Fulham nie jest klasowym zespołem, który utrzymywał by wysoką formę przez długi okres czasu, a słabości kadrowe są nad wyraz widoczne. Kiedy kibice Man U i Chelsea mają prawo być pewnymi siebie, fani takich zespołów jak Bolton, nawet Tottenham muszą zdawać sobie sprawę, że choć w danym momencie pogoda jest ładna, nagle może nadejść gwałtowna burza.

    Wracając jeszcze bezpośrednio do niedzielnego meczu, prawda jest taka, że zwyczajnie byliśmy za słabi w ataku, to co napisał Krzysztofek. Moussa znakomicie spisuje się do obrębu pola karnego, ale będąc już w jego granicach nie zachowuje się jak rasowy snajper. AJ to natomiast piłkarz nie tyle nieskuteczny, a wymagający konkretnego stylu gry – z kontry. W ataku pozycyjnym, przy dokładnym kryciu, z zasady na niewiele się zdaje. To też po części jest polemika z krytyką AJ, która została zamieszczona w tekście powyżej tego. 😉

  3. Ah, jeszcze, jedno. Krzysiu, daj sobie spokój z tą polską ligą, a tym bardziej z Legią. Jestem kibicem Polonii, ale czuje coraz mniejszy związek z tym klubem. Abstrahując od komicznej postaci prezesa Wojciechowskiego i jego metod zarządzania klubem (chyba musiał kończyć Zarządzanie na SGGW), to nie mogę znieść tej całej kultury kibicowskiej w Polsce. Te wszystkie antypatie, chamstwo i buractwo. Nic mnie bardziej nie odrzuca od chodzenia na KSP, jak przeklinanie na przeciwnika. Raz czy dwa można, ale nie przez połowę meczu. Co gorsza, nie mogę pojąć po co kibice Lecha śpiewają w meczach LE: „kurwy pokonamy”? Przeciwnik tak nie rozumie o co chodzi, więc to kompletny bezsens. Zdaje mi się, że niektórzy ludzie odrywają się od rzeczywistości i postrzegają klub jako najważniejsze dobro na świecie. Czym to się różni od fanatyzmu religijnego? Niczym. Gdyby w jakimś kodeksie kibicowskim było napisane, że należy wysadzać się w dużych zgrupowaniach zwolenników przeciwnika, z pewnością znaleźli by się tacy, którzy by to robili.

    Sorry, musiałem, taka gorzka refleksja.

  4. Po tym, jak doszedłem do refleksji, że przerobiliśmy w pucharach już wszystkie możliwości, również tracę już wszelkie złudzenia. Tegoroczna, totalnie nielogiczna przygoda z FA Cup uświadczyła mnie w przekonaniu, że przewidywanie czegokolwiek w takich rozgrywkach sensu nie ma, najmniejszego. Zapewne chodzi właśnie o to, że Fulham po prostu przynależy i przynależeć będzie do grona klubów średnich, jakkolwiek byśmy sobie tej rzeczywistości nie podkoloryzowywali.

    Odciągać od ligi polskiej nie chcę, bo w sumie nie do końca rozumiem samego siebie, że spowszedniał mi klub z rodzinnego miasta, który dodatkowo ma stadion rzut beretem ode mnie, a kibicowskie serce bije do Londynu. Ale zgadzam się, że polskie realia są w tym względzie odpychające i może to po części dlatego. No ale Krzysiek – już nie opowiadaj, że wszystkie mecze będą się na siebie nakładać 😛 jestem też ciekawy, Macu, czy inaczej było z tą kultura kibicowską w Anglii? Właściwie to zakładam, że masa ludzi także tam żyje tym, co nasza stadionowa duma…

  5. Macu, nie dam się tu wciągnąć w dyskusje na temat naszej ligi. Skwituję krótko: jak się nie umie dopingować swoich, to się obraża rywali. Dobrze, że wybrałem dobrą stronę mocy. :-)))


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: