Napisane przez: cookie | Marzec 6, 2011

Wielkie emocje i wielki krok ku utrzymaniu. Fulham – Blackburn 3:2!

Piłkarze the Whites wyszli zwycięsko z pasjonującej batalii, jaka stoczyła się sobotniego popołudnia na Craven Cottage. Gdy dwukrotnie Fulham wyprowadzał na prowadzenie bezlitosny dla byłego klubu Damien Duff, wydawało się, że więcej na gości z Blackburn nie będzie trzeba, jednak przyjezdni za każdym razem wyszarpywali bramki wyrównujące. Scenarzysta dzisiejszego starcia przewidział na szczęście wielki happy end dla zgromadzonych nad Tamizą – w samej końcówce szalę zwycięstwa na korzyść Fulham przechylił wracający po długiej przerwie Bobby Zamora, dając the Cottagers niemal pewne utrzymanie w Premier League!

Szacunek wobec siebie, brak litości dla rywala - terminatorzy z SW6 znów w komplecie!

To teoretycznie miał być znacznie łatwiejszy mecz niż ten, jaki ostatecznie zobaczyliśmy – Fulham w zeszłym tygodniu pokazało się imponująco na City of Manchester Stadium, goście zaś od jakiegoś czasu pikują w dół tabeli niczym zestrzelona kaczka i na spotkanie w zachodnim Londynie przyjechali z bagażem czterech porażek w czterech ostatnich wyjazdowych spotkaniach. Pilny obserwator poczynań the Whites doskonale jednak wiedział, że bez względu na wszystkie okoliczności, Fulham z drużyną pokroju Blackburn problemy mieć będzie. Waga spotkania była wbrew pozorom spora – 13. i 14. drużyna grały o to, kto zapewni sobie bezpieczeństwo i spokój na długie kolejki, a kto wpadnie w groźny wir walki o utrzymanie – taka stawka na pewno wyzwalała w obu obozach nowe pokłady sił. A przede wszystkim atletyczny, fizyczny futbol, charakterystyczny m.in. właśnie Rovers to nie to, co tygryski w białych koszulkach lubią najbardziej, co udowodniło choćby pierwsze w tym sezonie spotkanie między ekipami, gdzie nieustanne górne piłki posyłane w terytorium Marka Schwarzera wystarczyły Blackburn, by zabrać punkt próbującym ambitnej gry the Cottagers. Od tamtego czasu co prawda wiele zmieniło się w drużynie mistrza Anglii sprzed 15 lat – drużynę objął wieloletni drugi trener Fulham – Steve Kean, który skreślił kilku reprezentantów starej gwardii, stawiając na młodzież, jednak przedmeczowe przewidywania się sprawdziły – był to ciężki test.

Na ławkach trenerskich specyficzna sytuacja – w strefie dla gości rzeczony Kean, asystent Colemana podczas jego pracy w Fulham, zaś w boksie dla gospodarzy Mark Hughes, który parę lat wcześniej przywrócił trochę starego blasku drużynie Rovers – to i na boisku było nieco przewrotnie, bowiem to goście mieli przez początkowy okres pierwszej połowy nieco więcej z gry. The Whites co prawda atakować próbowali, jednak dwie okazje Andy’ego Johnsona po crossach Duffa (po których jedynym powodem do radości był widok pewnego siebie, niezbyt przejętego niewykorzystanymi sytuacjami snajpera Fulham, żującego gumę z manierą godną ulicznego zabijaki) były jak nieśmiałe próby drużyny ze szkółki niedzielnej wobec pierwszego ostrzeżenia ze strony gości, kiedy to przed szansą sam na sam stanął Mame Biram Diouf („tego” Dioufa na szczęście na Ewood się pozbyto). Schwarzer wyszedł z tego pojedynku zwycięsko, ale Rovers na jakiś czas na boisku zapanowali. Role zamieniły się dopiero, gdy zegar odmierzył upłynięcie 30 minut. Gospodarze po ładnej wymianie podań wpadli w pole karne Blackburn, gdzie piłkę przejął Dickson Etuhu. Nigeryjczyk zwiódł towarzyszącego mu obrońcę przyjezdnych, obrócił się i błyskawicznie oddał strzał na bramkę Paula Robinsona. Anglik został złapany przez Etuhu na wykroku, bowiem piłka przelatywała kilkadziesiąt centymetrów obok jego lewego boku, a on planował rzucać już się w drugą stronę, jednak z refleksem i gibkością godnymi wieloletniego reprezentanta Albionu ostatecznie strzał wybronił. Na nic to się jednak zdało parę minut później, bo the Cottagers krótki okres dobrej dyspozycji szybko przypieczętowali bramką. W 37. minucie, kolejne dziesiątki składnie wymienionych przez the Whites podań otworzyły lukę na lewej stronie defensywy Blackburn i Duff czekał już tylko na dobre podanie od kolegów. Otrzymał je od Etuhu, wbiegł w pole karne gości, przełożył piłkę na lewą nogę i w swoim stylu kropnął nie do obrony. Piłka co prawda wleciała do siatki gdzieś tuż obok Robinsona, ale tym razem nie miał on fizycznej możliwości jakkolwiek zareagować. Bezlitosny Irlandczyk strzelił tym samym po raz drugi przeciwko swojemu byłemu klubowi, bowiem wcześniej zdobył jedyną bramkę w pojedynku w Newcastle. Tamten wynik mógł sprawić, że i te 1-0 dla wielu oznaczało już bezpieczne dowiezienie prowadzenia przynajmniej do końca pierwszej połowy. Niestety, uspokojonych bramką i objęciem kontroli przez the Whites kibiców gospodarzy czekał szok. Koło 45 minuty, Rovers posłali w pole karne Fulham tradycyjną piłkę „na aferę” i chyba sami nie spodziewali się, że wprowadzą w takie zakłopotanie defensywę the Whites. Piłka miotała się kilkanaście sekund między zawodnikami obecnymi w „szesnastce”, trafiła następnie pod nogi Etuhu, który za chwilę w prosty sposób ją stracił i ostatecznie padła łupem młodego Hanley’a, który uderzył technicznie na długi słupek bramki Schwarzera. Australijczyk wyczuł zamiary młodziana z Blackburn i ruszył w odpowiednim kierunku, jednak nie mógł przewidzieć tego, że strzał odbije się od głowy Hangelanda i wyląduje w siatce w dokładnie przeciwnym miejscu. Dość przypadkowe wyrównanie i do szatni gospodarze zeszli przybici, raz że minutą, w jakim bramka dla Rovers padła, dwa, że to Fulham znacznie mniej urządzał remis i do walki trzeba było ruszyć od nowa.

Początek drugiej połowy spotkania pokazał, że sił w piłkarzach the Cottagers było jeszcze wiele – trybuny Hammersmith End od pierwszej chwili były świadkami zamieszania pod bramką Blackburn. Niewiele brakowało, a los w idealny sposób oddałby Fulham to, co pechowo zabrał tuż przed ostatnim gwizdkiem Clattenburga w pierwszej połowie – defensor gości Samba, desperackim wśzligiem po wrzutce Duffa, skierował bowiem piłkę w kierunku swojej bramki, obok interweniującego Robinsona. Piłka otarła się jednak jedynie o poprzeczkę. Moment później Craven Cottage eksplodowało już jednak z radości. Szybka wymiana podań tradycyjnie doprowadziła the Whites pod pole karne przeciwnika, gdzie Dembele sprytnie odciągnął rywali i błyskawicznie oddał piłkę wbiegającemu Duffowi, który dzieki Belgowi otrzymał też odrobinę wolnej przestrzeni. Nie trzeba być kibicem Fulham, by domyślać się, jak się to wszystko zakończyło – Irlandczyk wziął zamach, uderzył, ile sił w nogach (a tych jest jeszcze wiele) i Robinson mógł tylko drugi raz wyciągać piłkę z siatki!

Jest Duffers, jest impreza!

Tym razem było już niemal pewne, że trzy punkty zostaną na the Cottage – Duff rzadko kiedy, jeśli kiedykolwiek, musi dwukrotnie wyręczyć napastników, poza tym drugiej takiej bramki jak w 45 minucie defensywa Fulham wpuścić po prostu nie mogła. Pewność zgromadzonych nad Tamizą zwiększyły kolejne minuty, podczas których rozklekotana drużyna Rovers pozwoliła gospodarzom na kolejne akcje i – wydawało się – przypieczętowanie zwycięstwa. Długa piłka posłana z połowy the Whites przeleciała nad głowami gości i uruchomiła Duffa, który popędził na bramkę Robinsona. Szansę na unikalnego hattricka Irlandczyka ułamki sekund później zniweczył jednak będący za jego plecami Nzonzi, który w kontrowersyjnych okolicznościach położył Duffa na ziemi i rozpoczął akcję gości. Gwizdek Clattenburga milczał, co spowodowało furię w obozie Fulham. Niestety, po chwili cios bolał podwójnie, bo Rovers sensacyjnie znów doprowadzili do wyrównania. Znów przy udziale nieporadnej gry the Whites w defensywie. Piłka ponownie zaczęłą krążyć bez ładu po polu karnym Schwarzera, ostatecznie trafiając pod nogi Robertsa, który przeholował ją do linii końcowej i odegrał w głąb „szesnastki”. Górne podanie przejął kolejny junior w zespole gości – i to dosłownie – Junior Hoilett, uderzając z woleja nie do obrony. Po raz kolejny the Cottagers stracili bramkę na własne życzenie, towarzyszyło też przeczucie, że tak właśnie marnuje się idealną i łatwą okazję na trzy punkty. Drugi nieoczekiwany cios ze strony gości z pewnością mocno podciął skrzydła piłkarzom Fulham, zbliżała się też końcówka meczu, która zawsze i wszędzie obfituje już w więcej przypadkowości, niż składnej gry.

Mark Hughes takiego obrotu spraw z pewnoscią się nie spodziewał, dowodząc tego dwoma zaskakującymi zmianami, jakie niebawem przeprowadził. Za Murphy’ego wszedł Bobby Zamora, powracający do Premier League (wcześniej, Bobby pokazał się w Pucharze Anglii z Boltonem) pierwszy raz od feralnego pojedynku z Wolves. Zmiana ta oznaczała też, że na rozegranie do środka pomocy przeszedł Dempsey, który w Anglii niemal nigdy tak nie grał. Drugą roszadą było zdjęcie ofensywnego asa – Dembele i postawienie na równie utalentowanego Kakutę, od którego jednak wymagać można było znacznie mniej. Tymczasem, Zamora już swoim pierwszym uderzeniem – rzutem wolnym – niemal strzelił bramkę, natomiast Francuz znakomicie wkomponował się w drużynę, inspirując Fulham do ataków do końca. Goście także raz po raz kontrowali, uświadamiając, że ciężko będzie im wyrwać trzy punkty, kiedy są tak blisko zaplanowanego rezultatu i sami wyczuli szansę na komplet oczek. Nie przewidzieli tylko jednego – że sędzia Mark Clattenburg, który wcinać się w boiskowe zmagania co prawda nie lubi (to on nie zauważył łokcia Rooney’a w ubiegłej kolejce), skwapliwie wyliczał sytuacje, w których mógł zagwizdać na korzyść Fulham, jednak tego nie robił. Wcześniej Nzonzi kontra Duff i czerwona kartka wisząca w powietrzu, a w ostatnich kilku minutach podtykani w polu karnym byli Zamora i Johnson. Nie kwalifikowało się to może na wskazanie na wapno, jednak zmusiło Clattenburga do refleksji. Podczas rożnego dla Fulham w 89 minucie przypatrzył się więc podbramkowym parom i po chwili pewnym gestem odgwizdał rzut karny dla gospodarzy. Rovers przekroczyli granicę bezwględności. Powtórka pokazała jasno – notujący bardzo udany występ Hanley ściągał za koszulkę Hughes’a. W obozie gości zapanowała wściekłość, z której nic nie robił sobie jednak arbiter. Problemów w Fulham za to nie było – do strzelania od razu ustawił się jeden chętny, który momentalnie wzbudził pewność co do tego, że the Whites drugi raz karnego w 90 minucie nie zmarnują. Był to nikt inny, tylko Bobby Zamora. Wyczekał, aż Robinson zrobi ruch w jakimś kierunku i pewnie umieścił piłkę w siatce strzałem w środek bramki. A potem była już tylko wielka radość. Zamora wrócił nad Tamizę, by strzec bezpieczeństwa Fulham i niczym ojciec gromady dawał sobie wchodzić na plecy kolejnym uradowanym zawodnikom. Goście niezmiennie wściekali się na sędziego i na nic było im kilka minut, które zostały do końca meczu. Na składną akcję trzeba było spokoju, a ten udzielał się już tylko the Whites, którzy spokojnie dowieźli trzy punkty do końca. Upragnione, niezwykle cenne zwycięstwo stało się faktem. Zgodnie ze stawką spotkania – Fulham poszybowało w gorę tabeli, już niemal bezpieczne o swoje losy. Całośc powstała w wielkich bólach, ale takie wygrane ponoć smakują najlepiej. I tak też chyba jest.

Bobby & the Kids (zagadka: gdzie jest Andrzejek?) - familia znowu razem!

 

Reklamy

Responses

  1. Z planowanego krótkiego artykułu wyszło mi najdłuższe coś, jakie kiedykolwiek zrobiłem 😛 Wybaczcie, ale przy takim meczu jednak nie dało się inaczej, a wejście na galerię zdjęć już kompletnie odwróciło moje zamiary – no bo jak nie kochać takich fotek? 😛

  2. http://www.livefootballtvs.com/england/fulham-blackburn-highlights-epl-05032011.html – pokaźny skrót z analizą spornych sytuacji.

    Nie no, artykuł długi, ale oczywiście musiał taki być, jeżeli chciało się opisać wszelkie istotne w tym meczu wydarzenia. Czytało się go na prawdę z wielką przyjemnością, bardzo podobało mi się spostrzeżenie dotyczące Andrzeja i jego nieodłącznej gumy, jak również opis Bobby’ego jako ojca rodziny. Z resztą znakomicie jest to udokumentowane zdjęciem, w którym z trudem udało mi się odszukać jakąś część ciała należącą do Johnsona, głownie dzięki drugiemu z jego nieodłącznych elementów – opasce na ręce. 🙂

    Co do meczu: pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to fakt, że Blackburn znowu powróciły do gry z czasów Allardyce’a – długie piłki w pole karne, wykorzystywanie do perfekcji stałych fragmentów, zawodnik na bramkarzu. Po zwolneniu Big Sama Rovers mieli się zmienić, ale niemal brak jakichkolwiek transferów spowodował, że Blackburn musiało wrócić do tego co najlepiej im wychodziło – gry na pograniczu faulu. W samym wczorajszym meczu kilkukrotnie zauważyłem chamskie wejścia w Schwarzera, czy też w jednej sytuacji w Bairda (kiedy wybijał głową strzał Dioufa). Piłkarsko na pewno byliśmy zdecydowanie lepsi, ale gra obronna tym razem nie była naszym atutem. W pierwszej sytuacji nie popisał się Etuhu, mógł szybciej wybić piłkę. Brede miał pecha, bo choć próbował się schylić, nie zdążył. Generalnie dość szczęśliwa bramka, ale jednak spowodowana przez nieumiejętność wyjaśnienia sytuacji. Druga, niestety, podobnie. Tym razem są pewnie kontrowersje, bo mam wrażenie, że de facto zarówno Roberts, jak i Hoilett dotknęli piłkę ręką. Całe szczęście, że Duff w ostatnich tygodniach w znakomitej formie – do aktywnej i dobrej gry w roli skrzydłowego dorzucił jeszcze umiejętności snajperskie. Co prawda nie rozumiem gry bocznych obrońców Rovers, którzy kilkukrotnie dali zejść Dufferowi na lewą nogę, ale to już nie nasz problem. 🙂 Na forach Fulham wszyscy chwalą zdjęcie Murphy’ego i wprowadzenie Zamory. Choć na pewno Bobby był potrzebny, chociażby z psychicznego i motywacyjnego względu, to jednak uważam, że po zejściu Danny’ego (który faktycznie grał dość przeciętnie) siadła nam gra w środku pola. Dla mnie lepszym kandydatem do zmiany był Dempsey, strasznie niemrawy w ostatnich tygodniach. Wprowadzenie Kakuty natomiast znakomicie nam wyszło, bo rozruszał lewą stronę, wcześniej w zasadzie nie istniejącą z Dempsey’em jako fałszywym skrzydłowym. W ostatnich minutach to na pewno Fulham wyglądało na lepszą drużynę. Co do karnego, to zdaje mi się, że Clattenburg zrozumiał swój błąd i oddał nam poprzednią sytuację, kiedy Hanley wyciął Johnsona. Wystarczyło, że zobaczył coś nieprzepisowego i nie zawahał się gwizdnąć. Na powtórce widać, że sędzia ewidentnie patrzy na parę Hughes-Hanley. Nie ma wątpliwości, że obrońca Blackburn faulował w świetle przepisów. Z drugiej strony, takie zachowania to normalka w polu karnym przy stałych fragmentach i tylko wobec wcześniejszych okoliczności jestem w stanie uznać ten karny za zasadny. Później już tylko teoretyczna formalność. Bobby nie zawiódł, choć ja osobiście nieco się bałem. Bardzo ważne punkty, choć powiedziałbym, że stwierdzenie w nagłówku nieco nazbyt optymistyczne. Mamy 4 punkty przewagi nad strefą spadkową, niby dużo, zważywszy na ilość drużyn „po drodze”, ale jeszcze na 100 procent nie jesteśmy pewni utrzymania. Z kolei 5 oczek dzieli nas od Boltonu, który jest na szóstym miejscu. Będzie ciekawa końcówka sezonu, ale wieże w finisz w top 10. 🙂

  3. Dwie wieże. :>

    Mecz nie oglądałem, ale miałem na bieżąco relację od Maca, za co jeszcze raz dziękuję. Dobrze, że wygrali, takie wymęczone 3 punkty też są ważne, pokazują, że chociaż za Hughesa Fulham gra bardziej elegancką i techniczną piłkę, to jednak walczy do ostatniej minuty.

    Widzę, że na temat pracy sędziego mamy z Macem podobne przemyślenia. Ja wprawdzie widziałem jedynie skrót meczu, ale w sytuacjach, gdy Baird wybijał piłkę z linii bramkowej czy gdy Schwarzer musiał się wspiąć na rywala, by odbić lecące w bramkę uderzenie, sędzia powinien był odgwizdać przewinienia gości.
    Przy karnym chyba arbiter zorientował się, że powinien być karny sytuację wcześniej i „oddał” sprawiedliwość drużynie Fulham. Faul mocno kontrowersyjny, przypomniał mi karnego z meczu Austria – Polska. Z jednej strony trzymanie było, ale z drugiej czy na faul? Po co go Lewandowski łapał za koszulkę? A przecież piłka ich zdecydowanie minęła, nie leciała w ich kierunku. Cóż, nie powinno się błędami błędów naprawiać, ale potraktujmy to jako odszkodowanie za niewychwycony faul „tego” Dioufa na Schwarzerze jesienią na Ewood. 😉

    Do 6. miejsca niby tylko 5 oczek, ale za to kilka drużyn do pozostawienia za plecami. Terminarz jest naprawdę korzystny, poza wyjazdem na OT w zasadzie nie ma ciężkich spotkań. Pozostałe wyjazdy gramy z drużynami ze środka albo dołu tabeli, u siebie dopiero dwa ostatnie mecze są trudniejsze, bo przyjeżdżają Liverpool i Arsenal, ale z Kanonierami gramy w ostatniej kolejce i przy odrobinie szczęścia może się tak ułożyć, że dla rywala będzie to już mecz o pietruszkę.

  4. Zapomniałem napomknąć o ostatnim starciu Dioufa z Neillem Lennonem. Widać, już mniej niż kilka miesięcy wystarczyło mu, by „zaistnieć” w Szkocji. 😉

  5. Brawo Macu! Ja Andrzeja poznałem tylko dzięki jego obecności wśród Bobby’ego na pozostałych fotkach z trzeciej bramki 😛

    Po obejrzeniu pokaźniejszych skrótów niż replay każdej bramki również się z Wami zgodzę, że faul Hanleya na Johnsonie to był ewidentny karny i Clattenburg machając wtedy głową na nie wewnętrznie wiedział że zrobił błąd i wziął sobie Hanleya na celownik, bardziej to prawdopodobne niż moja teza o zsumowaniu w głowie przez arbitra grzechów Blackburn. Jednak należy też podkreślić, że karny z kapelusza się nie wziął, Hanley powinien był zdać sobie sprawę że jest pod uwagą a tymczasem bez krępacji próbował zdjąć koszulkę Aaronowi. Gdybym był w tym meczu gośćmi, powiedziałbym to co Kean (swoją drogą, Wielka Brytania to jest kraj narodów, Kean ze swoim szkockim akcentem bardziej się kwalifikuje na Polaka niż Brytyjczyka, jego „referi” brzmi prześmiesznie :P) : „no cóż, technicznie to był faul” i zwiesiłbym głowę, że tym razem akurat go nam wytknięto. Piłka, nawet w Anglii, nie polega na tym, że zasadą jest nieodgwizdywanie przewinień. Krzysiek, ooo nie, ale z Lewandowskim tego nie porównuj, bo naczelnym prowodyrem w doliczonym czasie tamtego meczu był gnojek Proedl, który akcję wcześniej złokciował Bąka i uszło mu to płazem – nie wiem jak, powinien być wolny, bomba na połowę Austriaków i koniec meczu, a potem tyle tam było faulu Lewego, co teatru Proedla.

    Kakuta kilkoma akcjami pokazał się rewelacyjnie, to jest to idealne coś, czego się wymaga od zawodnika z tzw. świeżymi nogami. Tylko ten rzut wolny pokpił, ale u nas i tak nie ma dobrych wykonawców. Generalnie po tak dobrym nawet i kwadransie zasługuje na większą szansę w kolejnych meczach, nie tylko na to, co teraz, bardzo jestem zdziwiony że pojawił się na razie ledwie 2 razy. Wielki potencjał, zamarzyło mi się, żeby przedłużyć jego wypożyczenie z Chelsea, ew. oddać za niego w pakiecie Daviesa, Kelly’ego, Zuberbuhlera, Eddie’ego, Riise i kogo tam jeszcze 😛

    Celnie zauważył Krzysiek, że za Hughesa gramy do końca, i to nie pierwszy, nie drugi i nawet nie dziesiąty raz. To cechuje każde nasze spotkanie, za Roy’a tych bramek w końcówce wpadło co kot napłakał, za Sparky’ego strzeliliśmy ich masę i generalnie nie widziałem spotkania, żebyśmy w końcówce opadli z sił, oddali pole przeciwnikowi i wiedzieli, że jest po meczu. W znakomitej większości spotkań w pełni kontrolujemy sytuację na boisku i mamy – tak to odczuwam – przewagę w posiadaniu. Tak też było teraz (nie wkleiłem statystyk , wtedy byłoby dopiero za długie :P), trzecia bramka mimo odważnych kontr Blackburn wisiała w powietrzu. Należy się Hughesowi za te pechowo potracone punkty, facet osiwiał do reszty, teraz niech odzyskuje pewność, szczęście, ochotę i trzyma się z nami jak najdłużej. Polubiłem człowieka niesamowicie, inna para kaloszy niż Roy, ale Roy pokazał epizodem na Anfield, że był nieco sztuczny na CC. Hughes nie jest w ani jednym calu.

    Co do prognoz, jak to będzie w tabeli – masz rację Macu, że 35 pkt to nie żadne spokojne utrzymanie, ale jednak wielki krok ku niemu. Mamy matematycznie 4 punkty nad spadkowiczami, ale gdyby bliżej spojrzeć, znacznie większą przewagę nad dwoma ostatnimi zespołami (bodaj Wolves i Wigan), a ten trzeci – WHU – powoli się wygrzebywuje. Ale równolegle – mamy drużyny lecące w przeciwnym kierunku, Blackpool, Blackburn, WBA (mimo wygranej teraz) notują słabiutki okres od bardzo długiego czasu i za dużo punktów już nie zbiorą. Na tym opieram swoją pewność, trzeci zespół który nie pozbiera się już do końca znajdzie się na pewno i wyląduje obok Wolves i Wigan. West Ham ma zresztą do tego skopany terminarz, ktoś dziś wklejał na jakimś forum. Naszego terminarza wykutego na blachę nie mam, ale wychodzi że zagramy u siebie z Blackpool, Boltonem (uda się :-)), na wyjeździe chyba z Wolves jeszcze nie graliśmy – no punkty uzbierać musimy spokojnie.

    Niczego innego się po Dioufie nie spodziewałem 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: