Napisane przez: Macu | Marzec 19, 2011

Jednak o utrzymanie. Everton 2-1 Fulham.

To był mecz dwóch połów. Pierwsza część gry przebiegała pod dyktando gospodarzy, którzy swoją olbrzymią przewagę udokumentowali w 36 minucie golem Seamusa Colemana (zbieżność nazwisk z byłym trenerem the Cottagers przypadkowa). Choć drugie 45 minut rozpoczęły się dla The Whites równie tragicznie, a po golu byłego piłkarza Fulham Louisa Sahy gospodarze prowadzili już 2:0, wprowadzenie na plac gry Zamory zupełnie odmieniło obraz meczu. Nagle to goście stali się stroną dominującą i szybko strzelili kontaktowego gola. Uczynił to Clint Dempsey w 62 minucie. Przez następne pół godziny gracze Hughesa spychali rywala do głębokiej defensywy. Niestety wyniku zmienić się już nie udało i Fulham po raz 18 z rzędu uległo na Goodison Park…

To miało być spotkanie, które ostatecznie miało wyznaczyć kierunek w którym w obecnym sezonie zmierza Fulham. Choć teoria ta była mocno dziennikarska, pozwalająca nieco dorobić ideologię tam, gdzie tak  na prawdę jej nie ma, to jednak zawierała pewną cząstkę prawdy i trzeźwej obserwacji rzeczywistości. Po zakończeniu się wszystkich wcześniej rozegranych sobotnich meczów nabierała ona jeszcze więcej sensu, gdyż Fulham raz jeszcze niebezpiecznie blisko zbliżyło się dołu tabeli, a ewentualna przegrana wciągałaby the Whites w wir drużyn walczących o utrzymanie. Tymczasem drugie ekstremum – wygrana, pozwalałaby pomarzyć jeszcze o Europie , a już na pewno o finiszu w górnej części Premier League.

Przed meczem: minuta ciszy poświecona ofiarom kataklizmu w Japonii.

Spotkanie w sferze mentalnej i gazetowej rozpoczęło się już przed pierwszym gwizdkiem sędziego w związku z kilkoma smaczkami o których pisaliśmy w zapowiedzi:  zarówno pod postacią graczy mierzących się ze swoimi byłymi drużynami, jak również w formie niezbyt imponujących wyjazdowych statystyk Fulham i wręcz niebywale fatalnej passy zespołu na Goodison Park. Jednak kiedy najmłodszy sędzia w Premier League Michael Oliver wreszcie dmuchnął w swój gwizdek, a pani Sian Massey ustawiła się przy jednej z linii bocznych, Everton niemal natychmiast rzucił się na gości i przycisnął do ich własnej bramki. Pierwsza połowa, na dobrą sprawę, to produkt nudny, jednokolorowy, homogeniczny. Gracze Moyesa kompletnie dominowali, a Fulham ograniczało się wyłącznie do bronienia. Przynajmniej to im względnie dobrze wychodziło, bo The Toffies nie dochodzili do nazbyt dużej ilości strzałów pod bramką Schwarzera. Tymczasem rozegranie w środku pola kompletnie kulało, Etuhu raz po raz dogrywał idealnie do przeciwnika, a Murphy nie był wcale lepszy. Przeżywający entą młodość Duff tym razem również miotał się po boisku, a piłka nie chciała słuchać jego wysłużonych, ale nadal wprawnych nóg. Oczywiście ten katastrofalny obraz należy nieco rozjaśnić kilkoma stałymi fragmentami gry, które mieli goście, jednak efektu końcowego w postaci zagrożenia dla Howarda się nie doczekaliśmy. W 15 minucie Murphy ładnie wrzucił ze stojącej piłki, ale w dobrej okazji Dempsey główkował wzdłuż bramki, zamiast skierować futbolówkę w jej światło. W 28 minucie mieliśmy pierwsze prawdziwe emocje, gdy wielokolorowa głowa Louisa Sahy styknęła się z futbolówką, ta szybowała do bramki Fulham, ale stojący na słupku Salcido wybił ja przy pomocy swojej nieco mniej ekscentrycznej fryzury. Ale jak mawia przysłowie, co się odwlecze, to nie uciecze. Dominacja gospodarzy w końcu przyniosła im długo wyczekiwany owoc. W 8 minut po poprzednim zagrożeniu, Leon Osman, który stracił dużą część sezonu ze względu na kontuzję, zakręcił graczami Fulham na lewej stronie boiska, a następnie dośrodkował idealnie na głowę Seamusa Colemana. Ten nie pomylił się i z około 10 metrów nie dał Schwarzerowi szans na reakcję. Ewidentny błąd w kryciu popełniła w tym wypadku wcześniej skuteczna obrona The Cottagers. Czy Fulham rzuciło się na przeciwnika jak wściekły zwierz? Nie – co najwyżej jak tygrys po spożyciu sfermentowanego owocu. Chwilę po golu The Tofees mieli kolejną świetną okazję, a posiadający znakomicie ułożoną lewą nogę Baines z bliskiej odległości trafił w mur z rzutu wolnego. Gracze Hughesa złapali oddech dopiero w momencie kiedy Clint Dempsey zamienił sięz bezproduktywnym Dembele i przeszedł z pomocy do ataku. Skutkowało to jedną dobrą okazją tuż przed przerwą, kiedy Johnson wymienił futbolówkę z Etuhu, ten tak fatalnie ją przyjął (a w zasadzie nie przyjął w ogóle), że potoczyła się ona do Dempseya, który oddał mocny, aczkolwiek nieco niecelny strzał, który świsnął koło lewego słupka bramki Howarda. Tak zakończyła się pierwsza połowa, po której Mark Hughes miał o czym rozmawiać ze swoimi podopiecznymi w szatni, jak również miał przyczyny by rozważać roszady taktyczne.

Louis Saha: pomysłów na fryzurę nadal tysiąc. Kontuzji równie wiele. Ale i bramek nie brakuje.

Po przerwie nie miały miejsce żadne zmiany personalne. Co więcej, można było odnieść wrażenie, że albo Mark Hughes jest fatalnym mówcą, albo jego piłkarze zupełnie go nie słuchają. W tym sezonie już niejednokrotnie The Whites przeobrażali się na drugie 45 minut w zupełnie inny, lepszy zespół, ale tym razem to nie miało miejsca. Everton kontynuował swoją dominację, a w 49 minucie doprowadził do tego, co bez wątpienia miało być najgorszym scenariuszem jaki omawiali w przerwie gracze Hughesa. Etuhu sfaulował Rodwella na około 25 metrze od bramki, dość znacząco po lewej stronie. Do piłki ustawili się Baines i Saha, choć bardziej prawdopodobnym wykonawcą, ze względu na pozycję piłki, wydawał się Francuz.  Filigranowy Anglik lekko dotknął futbolówki, a były gracz Fulham odpalił rakietę, która przełamała mur złożony z piłkarzy gości. Mur, który okazał się wyjątkowo nieszczelny, a tą luźną cegiełką był Danny Murphy, który przepuścił piłkę między nogami. Schwarzer ponownie nie miał najmniejszych szans na reakcję i gospodarze prowadzili już 2-0, w pełni kontrolując przebieg wydarzeń na Goodison Park. Po godzinie gry nastąpiła wreszcie zmiana. Słabo spisujący się Etuhu został zastąpiony przez Bobby’ego Zamorę, a dość głośna tego wieczoru grupka kibiców z Londynu szybko zaintonowała piosenkę poświęconą na część napastnika, zagrzewając go do walki. Wejście ulubieńca kibiców oznaczało, że Moussa Dembele przeniósł się na skrzydło, a Clint Dempsey wylądował w środku pola. Nie minęło 120 sekund, a Fulham strzeliło bramkę kontaktową, natomiast Bobby pierwszym kontaktem z piłką zaliczył asystę. Po ładnej wymianie piłki Duff wrzucił w pole karne do Zamory, ten przepięknie wystawił futbolówkę na 16 metr do Dempseya, który lewą nogą nie dał szans swojemu rodakowi broniącemu bramki Evertonu, trafiając idealnie przy lewym słupku bramki. To był 11 gol Amerykanina w tym sezonie, ale co ważniejsze, pozwolił on wrócić londyńczykom do gry. Nagle wszystko się odwróciło, tak jakby piłkarze obu drużyn zamienili się koszulkami. Gospodarze zaczęli się bardzo głęboko bronić i mieli problemy by wyjść z piłką z własnej połówki. Goście atakowali, wreszcie prawdziwy wpływ na grę zaczął mieć Murphy, który profesorsko rozrzucał piłki, jednak zawsze brakowało tego ostatniego zagrania. Tak więc liczba poważnych sytuacji bramkowych wcale się nie zwiększała. W tym momencie jestem zmuszony zganić słabego tego wieczora Moussa Dembele, który zagrał zdecydowanie poniżej swoich możliwości. Tracący mnóstwo piłek Belg kilkukrotnie miał okazję do posłania prostopadłego podania, ale zawsze wybierał wariant bezpieczny i zagrywał do najbliższego partnera, tudziż zwyczajnie za długo woził piłkę i ją tracił. Zamora, choć z efektem natychmiastowym zmienił scenariusz tego meczu, nie był w stanie nazbyt często dokonywać kontaktów z futbolówką. Mark Hughes postanowił jeszcze coś zmienić i na około 15 minut przed końcem zdjął Duffa i wprowadził Kakutę. O ile pomysł z wstawieniem na murawę energetycznego Francuza był jak najbardziej trafny, to zdjęcie Duffa chyba jednak było błędem Walijczyka. Po tym wydarzeniu napór Fulham zelżał, a akcje skrzydłami stały się o wiele mniej składne. Lepszą opcją było zdjęcie Dembele, który w 77 minucie potwierdził moją opinię i w stosunkowo niezłej okazji zza pola karnego huknął prawą nogą zupełnie nieczysto i równie niecelnie. The Tofees mogli przypieczętować zwycięstwo chwilę później, kiedy Jagielka wygrał główkę po rzucie rożnym i strzelił w róg bramki, by zobaczyć, że futbolówkę z linii wybił nie kto inny jak Salcido. To jeszcze dało nadzieję przyjezdnym, którzy najlepszą okazję na wyrównanie zmarnowali w 85 minucie. Znakomita wrzutka Kakuty w pole karne (z lewej strony) dotarła do nacierającego Zamory, ale Bobby chyba nie spodziewał się, że piłka w ogóle do niego trafi i źle złożył się do główki, psując ten strzał. Chwilę potem na murawie miała miejsce sytuacja, która mogła wywołać ambiwalentne odczucia u kibiców The Cottagers. Louis Saha padł na trawę po powietrznym starciu z Hangelandem, a następnie zwijając się z bólu trzymał się za piszczel aż do momentu kiedy służby medyczne wyniosły go na noszach. W wyniku tego ekscesu arbiter zdecydował się doliczyć aż 5 minut, podczas których Fulham starało się długimi piłkami zaskoczyć gospodarzy. Jednak ani wprowadzony w międzyczasie Gudjohnsen, ani żaden inny piłkarz nie dał rady zmienić już losów meczu i tym samym The Whites po raz 18 z rzędu musieli na Goodison Park oddać wyższość gospodarzom. Co gorsza, tym razem piłkarze Hughesa zawiedli na całej linii i ci którzy chcą znaleźć pozytywy w grze Fulham powinni obowiązkowo przewinąć kasety z meczem do 60 minuty. Wcześniej gracze z Craven Cottage prezentowali się jak wzorcowy kandydat do spadku.

Bramki z meczu można zobaczyć tutaj.

 

Niezawodny Dempsey strzeli zaraz 11 gola w tym sezonie. Niestety tylko honorowego. Tylko czemu tak rzadko to robi, kiedy gra na boku pomocy?

 

Reklamy

Responses

  1. Niestety, fatum to fatum. Everton tyle się prosił, żeby zabrać im punkty, nic z tego. Frustrujący mecz, jeśli chodzi o poczynania ofensywne do momentu wejścia Bobby’ego, chociaż setek w ostatnich 30 minutach też za dużo nie mieliśmy. Zamora zdecydowanie zrobił najwięcej pod bramką Evertonu, reszta przedostawała się pod pole karne i zagrożenie się kończyło. Cóż, faktycznie trzeba znów spojrzeć w dół tabeli, dziś bardzo nieporadna, niepokojąca gra i na domiar złego nienajlepsze wyniki na pozostałych stadionach. Pozostałe spotkania to:

    Fulham v Blackpool
    Man Utd v Fulham
    Fulham v Bolton
    Wolves v Fulham
    Sunderland v Fulham
    Fulham v Liverpool
    Birmingham v Fulham
    Fulham v Arsenal

    Mimo trochę ruchomego gruntu pod nogami nadal powinniśmy bez nerwów i na spokojnie podchodzić do następnych spotkań. Wygrane u siebie z Blackpool i Boltonem i jakiś remisik, dwa w pozostałych meczach dają 42-43 punkty i na pewno spokojne utrzymanie. Tylko że trzeba zagrać naprawdę koncertowo następne spotkanie. Znów po długiej przerwie, która bardziej odbije się na nas niż na Blackpool bez chyba żadnych reprezentantów. Zobaczymy.

  2. Długie wyszło jak zwykle, ale dzisiaj miałem przynajmniej „flow” i ochotę do pisania. 😛

    No ja się trochę martwię tym terminarzem, który oglądałem tuż po meczu. Choć nadal mamy sytuację w miarę bezpieczną, bo jednak dużo drużyn jest pod nami. Bardzo ważne są domowe mecze z Blackpool i Boltonem. Sześć punktów obowiązkowe, minimum cztery. No i kluczowe wyjazdy w Birmingham i Wolves. Skoro nie możemy wygrać, to przynajmniej nie przegrajmy – nie oddajmy rywalom punktów. Ale mimo wszystko wierze w zespół, choć dzisiejszy mecz nie napawa jakimś hura optymizmem. 😉

  3. Mecz oglądałem jednym okiem, bo drugie patrzyło na transmisję Auxerre (2:0 z Sochaux, bardzo cenne 3 punkty wobec remisów Nicei i Valenciennes, a także faktu, że Monaco gra z Nancy i ktoś, oby Nancy, straci punkty!). Mecz „oglądał” ze mną fan Evertonu (niejaki Szu) i nawet on dostrzegał po prostu beznadziejną grę Murphy’ego. O ile Etuhu w jakiś sposób można tłumaczyć urazem i tym, że do końca jego występ nie był pewien, o tyle Skip był chyba najgorszym graczem Fulham obok (jak zwykle) bezproduktywnego AJ’a i (o dziwo) Moussy.
    Już dawno temu pisałem, że nie ma sensu trzymać Clinta na skrzydle, bo to w tym momencie jedyny gracz Fulham z instynktem snajperskim. O ile w obronie pierwszego składu dla Andy’ego mogą stanąć tylko fani Michaela Jacksona i drewnianych napastników Brescii, o tyle Moussy nie można skreślać po jednym słabym meczu, bo to wciąż nietuzinkowy gracz, który może jednym zagraniem stworzyć okazję bramkową. Problem pojawia się w momencie, gdy do pełni sił wróci Zamora. Wtedy nawet dla mocnej trójki Clint, Moussa, Bobby zabraknie razem miejsca na boisku, chyba, że reprezentant USA powędruje jednak na lewą stronę. Niby mógłby tam grać Dembele, ale dla mnie to trochę marnowanie jego potencjału. Może i na siłę dałoby się z niego zrobić kreatywnego pomocnika, ’10’ ustawioną za napastnikami, ale jednak w drugiej linii, jednak w obecnej taktyce, zakładającej ofensywnych bocznych pomocników, obaj środkowi pomocnicy muszą uczestniczyć w destrukcji.
    A czemu Dempsey nie pasuje na lewe skrzydło? To pokazał pierwszy gol dla Evertonu. Pytałem Szu w trakcie spotkania o prawą stronę The Toffees, bo duet Dempsey – Salcido wydawał mi się tykająca bombą. Jeden nie wraca do defensywy, drugi nawet jak wraca, to często nie przynosi to żadnych rezultatów. Macu słusznie podkreślił w przerwie, że choć optycznie mogło się wydawać, iż bramkę zawalił Carlos, to jednak przy przejmowaniu zawodnika w obronie po prostu zabrakło Dempseya w polu karnym. Gdzie był – nie wiem. Po pucharowym spotkaniu z Boltonem miałem podobny zarzut pod kątem AJ’a, który z konieczności grał na prawej stronie pomocy. Poszła akcja Boltonu, piłka powędrowała na lewe skrzydło do Petrova, Baird musiał zejść do zawodnika w środku pola i stworzyła się mega luka. Wówczas Schwarzer z najwyższym trudem obronił, jednak na powtórkach było widać, że Johnson stoi na 30. metrze i się przygląda, jak Petrov niemal zdobywa gola. A wracając do Salcido, to nawet jeśli ktoś uzna, że zawinił przy golu, to powinien pamiętać, że dwóm innym zapobiegł wybijając po rożnym piłkę z linii bramkowej. 🙂

    Największym pozytywem dla mnie jest to, że jeśli ktoś nas pogrążył, to był to Saha. 🙂

  4. Oho, ja nie znam fanów Jacksona i Caracciolo, którzy są za AJ-em w pierwszym składzie – musisz mnie zapoznać 😉 ale tak, osobiście jestem za jego wystawianiem, JEŚLI gramy normalną, kombinacyjną piłkę. Wczoraj wyglądało to dramatycznie w przypadku Andrzeja, ale balansujmy sytuację i zauważmy, jak beznadziejnie w ofensywie Fulham wczoraj grało. Słabo dysponowany duet w środku i będące tego konsekwencją długie piłki z obrony na Łysego, który pod opieką Distę mógł sobie co najwyżej spróbować złapać je ręką. Danny zresztą też ma zawsze piekielnie ciężką rolę- udanych zagrań niemal nikt mu nie wspomni – z racji bycia playmakerem, toż to naturalne, itp. – za to jedno, dwa słabsze podania to już ogólnie fatalny występ i zaproszenie do uśpienia, nie zgadzam się z tą opinią. W Evertonie też nikt ze środkowych nie błyszczał. Ale koniec końców faktycznie były lepsze mecze z udziałem Danny’ego i Andy’ego. Jak i każdego z wczorajszej podstawowej formacji ofensywnej – Dempsey strzelił, ale i też zirytował dziesięcioma innymi próbami, które poleciały chyba na Anfield. Moussa był nie do poznania, absolutnie nie jest to dla mnie gracz na zmianę, ale kto wie, czy ławka na jedno spotkanie i wprowadzenie Kakuty, który podeptałby go trochę po piętach dobrym meczem, nie wprowadzi w niego trochę świeżości i motywacji.

    Salcido jest dla mnie trochę jak Pantsil. Powoli się do niego przyzwyczajam, całkiem nabieram sympatii (naprawdę się stara- brawurowe interwencje przy słupku, kiedyś by się bał tę głowę tak odważnie do przodu wychylić przy zbliżających się nogach przeciwnika) i robię się obojętny na jego wpadki, a to chyba źle. W duecie z Dempsey’em jest rzeczywiście wielkim zagrożeniem w defensywie dla własnego zespołu. Sort it out, Mr Hughes. Tylko co można zrobić – konkurencji dla Carlosa nie ma, możemy Bairda przesunąć ale wtedy na prawą wchodzi ghański odpowiednik Salcido i wychodzimy na zero.

    Macu – świetna relacja, wyraźnie wyczuwalny „flow”.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: