Napisane przez: Macu | Kwiecień 27, 2011

Lepiej niż w El Classico. Fulham 3-0 Bolton.

Kiedy oczy całego świata były zwrócone w stronę Estadio Santiago Bernabeu, gdzie w półfinale Ligi Mistrzów Real mierzył się z Barceloną, na Craven Cottage rozegrano mecz, który śmiało można nazwać najciekawszym pojedynkiem środowego wieczoru. Po niezwykle atrakcyjnym i interesującym spotkaniu gospodarze z Londynu pokonali przyjezdnych z Boltonu 3-0. Dwa gole po rzutach rożnych zaliczył Clint Dempsey, który tym samym stał się najlepszym strzelcem The Whites w historii występów w Premier League. Jego strzelecki licznik dobił do 33 trafień. Tymczasem wynik spotkania ustalił Brede Hangeland, wykorzystując precyzyjne dośrodkowanie Murphy’ego. Jeżeli ktoś się zastanawiał kto grał dzisiaj najlepszy futbol na świecie, odpowiedź jest banalnie prosta: Fulham.

Postanowiony przed trudnym dylematem: Fulham czy Gran Derby, jako kibic Realu długo rozważałem plusy i minusy poszczególnych opcji, by w końcu dojść do wniosku, że najlepiej będzie złapać dwie sroki z ogon i oglądać oba mecze jednocześnie. Z pozoru wydawało się, że jest to wybór irracjonalny. Bo jak to, kiedy w Madrycie mierzą się dwie piłkarskie potęgi, w powietrzu unosi się atmosfera świętej wojny, w mediach analizuje się każde słowo trenerów, a  na stole leżą ogromne pieniądze do zgarnięcia, ktoś zezwala uciec swojemu oku do nędznego meczu Premier League, gdzie na szali są marne trzy punkty? Przecież ja już dawno powinienem zamknąć się w pokoju, uprzednio zaopatrzywszy się w zgrzewkę piwa i w zniecierpliwieniu czekać na transmisje z Champions League, konsumując po kolei wszystkie reklamy wyświetlone w prime-time’owym czasie antenowym. Powinienem także wysyłać kondolencje do komentatorów sportowych, którzy niczym skazani za zbrodnie której nie popełnili, musieli odsiadywać wyrok komentując zmagania Fulham z Boltonem. Wielce wyczekiwane El Classico z wielką pompą rozpoczęło się 15 minut wcześniej aniżeli mecz na Craven Cottage.  I w zasadzie tyle ciekawego można powiedzieć o tym spotkaniu, bo przez pierwszy kwadrans na boisku nie działo się absolutnie nic. Real ustawiony defensywnie, wyczekujący na Barcelonę, której ataki klinowały się gdzieś między liniami królewskich z Madrytu. Tymczasem w Londynie, nad Tamizą, obie jedenastki wybiegły już na murawę i przystąpiły do zmagania. Ah, cóż to była za walka. Wystarczyło mi 10 minut spotkania na Craven Cotage by porzucić ten wielkostadionowy blichtr i w nonkonformistyczny sposób przenieść swoją uwagę tam, gdzie toczył się mecz będącym prawdziwą ucztą dla oka – na stadion Fulham.

Tutaj prawdziwych emocji piłkarskich doświadczyliśmy już od samego początku, kiedy już w pierwszych minutach dogodne okazje stworzyły sobie obie jedenastki. Wpierw Muamba otrzymał piłkę piętą od Elmandera, ale strzelił zbyt lekko i w środek bramki, co zezwoliło Schwarzerowi na spokojną interwencje. W odpowiedzi krytykowany ostatnio Clint Dempsey, otrzymawszy potwornie dużo czasu od defensywy Boltonu, uderzył w kierunku krótkiego słupka zza pola karnego rywala, jednak doświadczony Jaaskelainen również poradził sobie z tą próbą. W 4 minucie mieliśmy dalsze emocje, bo Dempsey znakomicie dograł do ustawionego na 5 metrze Gudjohnsena, ale pożyczony ze Stoke zawodnik fatalnie w tej sytuacji się pomylił, i źle ułożywszy stopę  posłał futbolówkę w kierunku przestrzeni kosmicznych. Ale właśnie takiego startu potrzebowali kibice w ten środowy wieczór. Kiedy na Estadio Santiago Bernabeu trwała wojna podjazdowa, na Cottage mieliśmy prawdziwą wymianę ciosów, z akcjami przenoszącymi się spod jednej bramki pod drugą, aż ciężko było oderwać wzrok od ekranu monitora. Jednym z jej głównych aktorów był były gracz Barcelony Eidur Gudjohnsen. Islandczyk, który dość niespodziewanie utrzymał miejsce w wyjściowej jedenastce (co związane prawdopodobnie było z lekką niedyspozycją Zamory), pokazywał futbol, którego wszyscy wyczekiwali w Madrycie. Nienaganna technika, zmysł do gry kombinacyjnej i duże doświadczenie powodowały, że z wielką przyjemnością można było obserwować grę tego piłkarza. W 13 minucie Islandczyk mógłby udokumentować swój znakomity start bramką, bo po kapitalnym dośrodkowaniu Bairda nie pozostałoby mu nic innego jak dołożyć stopę do piłki, ale w ostatniej mikrosekundzie jego rodak Gretar Steinsson zdołał wybić piłkę na korner. Futbolówkę w lewym narożniku ustawił Murphy, piłka przeleciała całe pole karne, a następnie została ponownie potężnie wstrzelona w tą niebezpieczną strefę przez Bairda. Futbolówka odbiła się jeszcze od jednego z graczy Kłusaków i pomknęła w kierunku Dempsey’a, który w ekwilibrystyczny sposób złożył się do uderzenia mocno przy tym improwizując, nakrył odpowiednio piłkę i posłał strzał nie do zatrzymania w kierunku bramki Boltonu. Fulham wyszło na prowadzenie, a Clint Dempsey, będący ostatnio nieco pod formą, trafił do siatki rywali w Premier League po raz 32, tym samym wyrównał osiągnięcie najlepszych w barwach Fulham Briana McBride’a i Steeda Malbranque’a. Tego wieczora źródła emocji zdawały się być niewyczerpywalne, bo piłkarze raz po raz raczyli nas fantastycznymi akcjami i kolejnymi podbramkowymi okazjami. Tak jak już do tego przywykliśmy, jednym z głównych dostarczycieli ciekawych sytuacji był Moussa Dembele, który z wielką łatwością galopował między piłkarzami Kłusaków, nieustannie wprowadzając duże zamieszanie w ich szeregach. Niestety Moussa ponownie był nieco jak jeździec bez głowy, gdyż jego akcje były fenomenalne, do momentu kiedy trzeba było wykonać decydujące zagranie. W 24 minucie ponownie błysnął Eidur, idealnie obsłużony długą piłką od Baird’a wyszedł sam na sam z Jaaskelainenem, spróbował podciąć futbolówkę nad Finem, ale ta uderzyła w podstawę prawego słupka i wróciła na plac gry. Rzucając okiem od czasu do czasu na telewizor wyświetlający obraz na Polsacie, przecierałem oczy ze zdumienia widząc kontrast miedzy oboma meczami. Kiedy w Londynie Davies i Gudjohnsen wymieniali w bajeczny sposób podania na jeden kontakt, w Madrycie nadal nie działo się kompletnie nic. To właśnie wtedy postanowiłem definitywnie skupić swoją uwagę na Fulham. Tutaj im bliżej było końca pierwszej połowy, tym nieco lepiej zaczynali gracz podopieczni Coyle’a. Stworzyli oni 2-3 dobre okazje, w których kreacji duży udział miał Koreańczyk Lee. Jednak nawet te mini momenty słabości w wykonaniu graczy Hughesa nie odwiodły mnie od myśli, która uformowała się w mojej głowie: z taką grą Fulham tego meczu przegrać nie może. Choć do przerwy piłkarze The Cottagers schodzili zaledwie z jednobramkową zaliczką, to zdawało się, że w każdej chwili będą w stanie odpowiedzieć golem na ewentualne trafienie Boltonu.

Panie Coyle'a, czyżby Pan też miał problemy z meczami wyjazdowymi?

Druga część gry, podobnie jak pierwsza, od pierwszych sekund ruszyła z przysłowiowego kopyta. Fulham ponownie wykorzystało całą szerokość boiska by składnymi podaniami rozszczelnić obronę Boltonu. Dobrze dysponowany Davies dograł wreszcie do Dembele, ten znalazł trochę miejsca i z 18 metra huknął ile sił w nodze. Piłka odbiła się od jednego z obrońców i z głośnym brzdękiem trafiła w poprzeczkę. Wyśmienity tego wieczora Belg mógł mówić o dużym pechu, a jego dorobek bramkowy nadal ograniczał się do dwóch bramek strzelonych w czwartej kolejce z Wolverhampton. Tyle że akcja ta trwała dalej, bo piłka nie opuściła placu gry. Fulham dalej utrzymywało się przy niej i wywierało presję na przeciwnika, spychając graczy z Reebok Stadium do głębokiej defensywy. Ostatecznie po interwencji ex-fulhamisty Zata Knighta gospodarze wywalczyli kolejny korner. Co ciekawe, o ile słynni z dobrej gry w powietrzu piłkarze gości seryjnie partaczyli stałe fragmenty gry, mimo że kilka dni wcześniej to właśnie one pozwoliły im wygrać z Arsenalem, o tyle Fulham biło je zaskakująco dobrze, za co duże pochwały należą się Murphy’emu i Daviesowi. Tym razem ten drugi krótko rozegrał korner z Bairdem, otrzymał podanie zwrotne i posłał płaskie dośrodkowanie w strefę przed bramką Boltonu. Podanie to zostało jeszcze muśnięte przez Gudjohnsena, a lis pola karnego Dempsey znalazł się tam gdzie być powinien i trafił do siatki po raz drugi w tym meczu, a 33 na angielskich boiskach, stając się tym samym najlepszym strzelcem w historii klubu. Była 48 minuta meczu.  Mniej więcej w tym samym momencie na Bernabeu ważyły się losy innego spotkania, kiedy sędzia Wolfgang Stark dość pochopnie wyrzucał z boiska Pepe. Tam miało minąć jeszcze nieco czasu zanim pozagalaktyczny gwiazdor Messi trafił dwukrotnie by niemal na 100 procent zabukować miejsca dla Barcelony w wielkim finale Ligi Mistrzów na … londyńskim Wembley. Jednak kibice na Cottage także mają swojego Messiego w postaci nieprzewidywalnego Clinta Dempsey’a, który dwukrotnie trafiając niemal zapewnił pewne trzy punkty piłkarzom Hughesa. Ale do końca spotkania pozostawało jeszcze dużo czasu. Goście z Boltonu, widząc klasę i formę z zespołu Fulham nie rzucili się heroicznie do boju o chociaż jeden punkcik, a grali z wywieszoną białą flagą. Kolejne bramkowe szanse stwarzali The Whites, swoich sił ponownie próbował Dembele, ale zabrakło mu nieco celności. Niezły strzał oddał także Davies, ale w tym wypadku Jaaskelainena wspomógł obrońca, który zablokował próbę Walijczyka z jego gorszej lewej nogi. Wreszcie w 65 minucie wszystko stało się jasne. Z rzutu wolnego wrzucił Murphy, znakomicie wymierzona futobolówka spadła wprost na głowę wielkiego Hangelanda, który tym razem się nie pomylił i zdobył trzecią bramkę dla gospodarzy. Po tym wydarzeniu obaj trenerzy zdecydowali się na zmiany i w porządku chronologicznym na boisku pojawiali się kolejno Zamora, Etuhu i Johnson. Mimo że spotkanie było de facto rozstrzygnięte, wcale nie oznaczało to, że piłkarze obu drużyn spoczną na laurach. Do końca meczu oglądaliśmy niezwykle wciągające, cieszące oko widowisko. Wreszcie gracze The Trotters znaleźli swoją formę przy stałych fragmentach i po książkowych dośrodkowaniach zrobiło się groźnie po próbach Elmandera i Cahilla. W 77 minucie mieliśmy akcję, która na długa mogła zapaść w pamięć kibiców Fulham. Na prawej flance Davies fantastycznie przyjął ze zwodem piłkę i minął Zata Knighta, a następnie podciągnął w okolice linii końcowej i posłał bajeczne dośrodkowanie na długi słupek do Zamory. Ulubieniec Cottage przyjął futbolówkę na klatkę piersiową, tym samym zgubił Wheatera i prawą nogą strzelił pod poprzeczkę, nie do obrony. Prawdopodobnie byłaby to jedna najpiękniejszych bramek tego sezonu, gdyby nie to, że sędzia Anthony Taylor dopatrzył się, chyba niesłusznie, zagrania ręką, nie uznał bramki i ukarał Bobby’ego żółtą kartką. W ostatnich minutach spotkania aktywny był Johnson, ale dostał on nieco za mało czasu by móc jeszcze wpłynąć na losy meczu. Po niezwykle emocjonującym, dającemu także neutralnymi widzowi wiele uciechy spotkaniu Fulham pokonało Bolton 3-0. Piłkarze Hughesa pokazali fantastyczny futbol, okraszony trzema bramkami i niezliczoną ilością kombinacyjnych akcji. Był to bez wątpienia jeden z najlepszych meczów The Whites w tym sezonie, a tego wieczora to Fulham było drużyną dostarczającą największą dawkę pozytywnych doznań wzrokowych na świecie. Bez wyolbrzymiania.

Bramki z meczu do obejrzenia tutaj, a skrót na oficjalnej stronie Fulham.

Fulham też ma swojego Lionela Messiego. Clint Dempsey, równie genialny co nieobliczalny.

Advertisements

Responses

  1. Ach, „flow” Maca już na samym wstępie bije po oczach 😉 czekamy na relację 🙂

  2. Nie no genialnie 🙂 jak ja mogłem przegapić ten mecz :/ Dempsey klasa sama w sobie 😉

  3. Wyszło mega długie, ale było co opisywać. Nie żałuje nawet sekundy na napisanie tego tekstu, mimo że zajął mi on dużo czasu. Takiego Fulham chcemy oglądać! 🙂

  4. Wyszło rewelacyjnie, Macu, z ręką na sercu. Świetny koncept z tym El Classico, znakomity pomysł, no i nikt nie opisałby tego lepiej od Ciebie, nie tylko z powodu sympatyzowania z Realem 🙂 wcale nie czuć że długi tekst, czyta się z przyjemnością, a generalnie wątpię, że objętościowo zajęłoby naprawdę dużo miejsca, gdyby dało się jakoś rozszerzyć te kolumny 🙂

    Pod koniec sezonu gra wygląda naprawdę rewelacyjnie, wyłączając spodziewane porażki na Goodison i OT nie umiem sobie przypomnieć słabszego meczu od długiego czasu. Zapewne niespecjalna motywacja Boltonu miała tu coś do powiedzenia, jednak nie chodzi tu nawet o rozmiar zwycięstwa, o to, lecz o styl, który nie ma nic wspólnego z tym, czy przeciwnikowi chce się grać. Można tylko żałować, że dziś to nie był ten mecz pucharowy sprzed dwóch miesięcy. Ale też wtedy drużyna nie była chyba tak rozkręcona, jak teraz. Zaryzykowałbym myśl, że obecnie oglądamy najlepszy zespół Fulham, jaki grał w Premier League. Hughes dysponuje wieloma różnymi wariantami taktycznymi, a pomimo niewielkich funduszy pogłębił też skład i dziś konkurencja w zespole stoi na poziomie idealnym. To, co powiedział komentator w 70. minucie – „kiedy Bolton myśli, że najgorsze już za nimi, na boisko wchodzi Bobby Zamora”. Za Roya, kontuzje Duffa i Zamory oznaczały klęskę. Tutaj, wchodzą za nich Gudjohnsen (czy ktoś w ogóle spodziewał sie, że zagra choć raz w wyjściowym składzie? tymczasem gra i to jak) i Davies i różnicy nie ma żadnej. Simon wreszcie zagrał tak, jak tego od niego oczekiwałem, jak za czasów gdy liderował zespołem za smutnej kadencji Sancheza – agresywnie, do przodu, nie bał się dryblować i strzelać. Jakości jednak jeszcze ma wiele, po prostu brakuje mu czasem pewności siebie. W każdym razie gra Eidur i Simon i nie widać żadnych braków. Do tego widać, że pod wariant z EG Hughes wybiera inną taktykę, w której Eidur jest wycofanym napastnikiem, kreującym sytuacje dla Clinta i Moussy. Dalej. Z ławki wchodzi AJ, Sidwella zmienia Etuhu. Każdy dokłada swoją cegiełkę. Andrzej w beznadziejnej sytuacji wywalcza rożny, obrońca Boltonu zrozpaczony a Łysy, maltretując gumę, pewnie maszeruje w pole karne – KLASA. Etuhu z miejsca staje się koszmarem Klasnicia. A do tego na ławce zostaje ktoś taki jak Gael Kakuta. Z wąskiego składu błyskawicznie zrobił nam się nadmiar jakości. Hughes w ciągu sezonu dał szansę niemal dosłownie każdemu (żal zostanie tylko z powodu Gery, ale czy pamiętacie mecze, gdzie w pierwszym składzie wybiegał Kelly bądź Eddie?), po pół roku odsunął ludzi na wylot, a dołożył do zespołu piłkarzy znacznie lepszych i dziś utworzył team niemal naprawdę idealny, gdzie każdy (poza Zoltanem) wygląda także na zadowolonego. Czapki z głów, Panie Sparky. Wyczekuję nowego sezonu ligowego chyba jeszcze bardziej, niż po 7. miejscu za Roya (wyłączając oczywiście mecze w LE, ale może i teraz się uda). Wtedy, mimo cudownej przygody w pucharach, chyba trochę obawialiśmy się na starcie sezonu, co też on przyniesie. Mówił o tym sam Hodgson. Dziś możemy spokojnie ukończyć rozgrywki w pierwszej 10-tce i da się wyczuć, że za rok idziemy po co najmniej to samo.

    No a Clint – w jakimś sensie to jest rzeczywiście nasz Messi. Jest w nim to, o czym piszesz – element nieobliczalności, tego, że w jednym momencie zrobi coś, czego na stadionie nie spodziewa się nikt. Dodatkowo, robi to w chwili, gdy irytuje przejściem obok meczu z Wolves, po którym widzieliśmy go na ławce. Tutaj może to niezbyt Messiowe, bo ten gra na niebywale równym poziomie, jednak można to wybaczyć Dempseyowi i założyć, że kiedy gra słabiej, to najprawdopodobniej jest skupiony na wymyślaniu nowych cieszynek. Zasłużony nowy rekordzista.

    PS. Bilans ze statuetką Jacksona na stadionie – 2 mecze, 6 punktów, bramki 6-0 – a krzyżowaliście mnie, gdy wieszczyłem, że może być naszym talizmanem 😛

  5. Świetny mecz, cały świat patrzył na n-te Gran Derbi, tymczasem w Londynie obejrzeliśmy spotkania, bijące na głowę dotychczasowe 3 pojedynki między Barcą a Realem. Nikomu sędzia nie musiał pomagać, nikt nie musiał być wyrzucony z boiska. Gra Fulham? Poezja. Rok temu emocjonowaliśmy się półfinałem Ligi Europejskiej. Fulham grało zadziornie, z zębem, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie powiedziałby, że prezentowali ładny, ofensywny futbol. Tymczasem 12 miesięcy później FFC gra jak z bajki. Do przodu, z polotem, kombinacyjnie. Mogą rozgrywać krótkimi podaniami przez środek, mogą rozciągnąć na skrzydło i stworzyć zagrożenie po centrze, mogą uruchomić szybkiego AJ’a/Clinta/Eidura długim podaniem. Atakuje praktycznie 9 ludzi, tylko stoperzy trzymają się własnej połowy. Wielką rolę odgrywa Moussa Dembele, bez niego nie byłoby tego pięknego Fulham. Tym samym znika dla mnie problem następcy Danny’ego. Dembele skutecznością nie razi, można go trochę cofnąć, niech rozgrywa piłki, środek pola będą ogarniać Dicksy i Sidwell, ten drugi nie będzie miał problemów z przytrzymaniem piłki.
    Może to niedobrze, ale robię sobie coraz większe nadzieje przed przyszłym sezonem. Możemy powiedzieć, że Sparky po trudnych kilku miesiącach zaaklimatyzował się. Jeśli uda się utrzymać w klubie Dembele oraz Dempseya, to powinniśmy znowu z pozycji czarnego konia zaatakować puchary! 🙂

  6. Jest tylko jeden problem z Moussą jako następcą Danny’ego, Krzysiu – Dembele dłużej niż przez jeszcze jeden sezon tu pewnie nie pobędzie 😦

  7. A no właśnie, zamierzałem o tym napisać, ale w końcu wypadło mi to z głowy. Sparky wreszcie ma do dyspozycji chyba najbardziej wyrównaną w niedawnej historii kadrę. Z ręką na sercu możemy powiedzieć, że niemal na każdą pozycję jest jakiś pełnowartościowy zmiennik, no może boki obrony byłyby tu lekkim problemem (zwłaszcza lewa flanka). A co najważniejsze, np. w linii ataku mamy zawodników zdolnych wykonywać zgoła odmienne zadania taktyczne, piłkarzy o odmiennych charakterystykach. Stąd każdy kaprys strategiczny Hughesa może zostać spełniony. Jeżeli tylko uda nam się utrzymać tych zawodników, w przyszły sezon trzeba będzie patrzeć z wielkim i uzasadnionym optymizmem. By jeszcze tak jak w środę umieli grać na wyjazdach… 😀 Rozmarzyłem się. 🙂

    Natomiast co do Dembele w środku pola, z całym szacunkiem, ale to już jest utopia. 😉 Abstrahując od tego czy nadal będzie grał w Fulham, Moussa nie nadaje się do środka pola z wielu powodów: nie umie podawać jak przystało na rozgrywającego (zagrał może jedną dobrą prostopadłą piłkę), jego przeżuty zapewne daleko odbiegają od tych Danny’ego , a ponadto uważam, że w środku pola nie ma nic gorszego niż zawodnik długo holujący piłkę. Niech nadal gra tam gdzie idzie mu świetnie, jako łącznik między pomocą i atakiem, ale niech popracuje nad decydującymi zagraniami.

    Dzięki za pochwały 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: