Napisane przez: Macu | Listopad 26, 2011

The Gunners wreszcie zatrzymani. Arsenal 1-1 Fulham.

Strachy…

Przed derbowym meczem Fulham na The Emirates w zasadzie nic nie przemawiało za zespołem Martina Jola. Drużyna Arsenalu znajdowała się na fali, zatopiwszy w Premier League pięciu kolejnych przeciwników. Wysoka forma the Gunners miała także potwierdzenie w Lidze Mistrzów, o czym przekonała się polska Borussia Dortmund. Prawdziwym postrachem dla linii obronnych rywala był Robin van Persie. Chociaż przyszłość chyba ostatniego z cudownych dzieci Wengera (pozostali opuścili już klub) jest mocno niepewna, a Holendrem interesuje się ponoć Manchester City, ten strzela gole jak na zawołanie. Nie było zatem wątpliwości, że jeżeli jednym z zawodników meczu miał zostać piłkarz the Whites, zachodziło duże prawdopodobieństwo, że będzie to Mark Schwarzer. Tak jak wieściliśmy w zapowiedzi, bez pierwszoplanowej roli mężnego, niezwyciężonego Schwarz(enegge)ra, perspektywa wywiezienia jakikolwiek punktów z północnego Londynu była niezwykle nikła. A jednak mając w pamięci fakt, że Fulham z zasady tanio skóry nie sprzedaje, nawet w pojedynkach z mocarzami ligi, miałem przedmeczowe przeczucie, że niespodzianka jest możliwa. Kluczowe było, by rywala się nie przestraszyć.

Deska kreślarska

Gracze ze wschodniego Londynu wyszli na murawę the Emirates w dość nietypowym ustawieniu. Jakkolwiek w defensywie niespodzianek większych nie było, w środku pola Etuhu zastępował kontuzjowanego Sidwella, w linii ofensywnej zobaczyliśmy dość ciekawe rozwiązanie. De facto mieliśmy do czynienie z formacją 4-4-1-1, gdzie na skrzydłach mieli szarżować Dempsey i Ruiz, a za Zamorą operował Dembele. Przynajmniej na papierze, bo w rzeczywistości było to o wiele bardziej płynne. Warto zauważyć, że dla Kostarykanina był to dopiero drugi mecz ligowy od pierwszy minut. Zatem niemal wszyscy kibice the Cottagers wnikliwie obserwowali  byłego piłkarza FC Twente, który na odcięcie swojej metki z ceną musi jeszcze zasłużyć. Na ławce ponownie zasiadł za to Andy Johnson, co rozpoczęło kolejną fazę spekulacji dotyczącą przyszłości piłkarza. W sieci krążą głosy, że być może już w zimie AJ odejdzie (wśród interesantów znajduje się ponoć m.in. QPR), co byłoby dużą stratą dla zespołu, zważywszy na wysoką formę Anglika w obecnym sezonie.

… na lachy (i czarne gacie)!

Zanim piłka została kopnięta po raz pierwszy, zanim popełniono pierwszy faul i pierwszy błąd, kibice przyjezdnych ze stacji metra Putney Bridge doświadczyli niezwykle miłego doznania wzrokowego. Oto bowiem ujrzeli swoich ulubieńców w białych koszulkach i czarnych spodenkach, historycznych barwach Fulham. W tym sezonie Kappa postanowiła niestety nie zważać na wieloletnią tradycję i skompletowała białą, domową koszulkę FFC z białymi spodenkami. Aż chciało się zapytać: kto to wszystko będzie prał? Jakaż była zatem radość, kiedy na mecz z Asenalem podopieczni Jola  wyszli właśnie w czarnych, przepraszam za wyrażenie, gaciach. Co tam, że były to spodenki należące do kompletu wyjazdowego, a to oznaczało zupełnie nie pasujące czerwone aplikacje. Z daleka Fulham wreszcie wyglądało jak Fulham. I grało równie dobrze.  Od pierwszego gwizdka było widać, że albo Arsenal jest zmęczony środowym spotkaniem Ligi Mistrzów, albo zwyczajnie myślał, że wygra ten mecz bez większego wysiłku. Gospodarze grali wolno, ospale i wcale nie kwapili się do testowania formy Schwarzera. Przyjezdni mieli dużo czasu na odpowiednie przesuwanie zasieków obronnych i łapali w nie kolejnych graczy Arsenalu. Już na samym początku pragnę wyróżnić cichego bohatera meczu, Dicksona Etuhu, który w środku pola rozgrywał kapitalne zawody, odbierając mnóstwo piłek i spokojnie rozgrywając futbolówkę. Dzięki dobrej formie jego, a także Danny’ego Murphy’ego, Fulham potrafiło długo pozostawać w posiadaniu piłki. Bo przecież tacy wybitni technicy jak Dempsey, Ruiz i Dembele również bez problemu potrafili się do takiej gry dostosować. Spotkanie było więc dość wyrównane, choć już w siódmej minucie Schwarzer musiał pokazać swoją klasę, znakomicie broniąc strzał Ramsey’a z bliskiej odległości. Fulham potrafiło się jednak często odgryzać i w pierwszej połowie kilka razy groźnie strzelało na bramkę Szczęsnego. Uderzenie Zamory świsnęło kilkadziesiąt centymetrów nad poprzeczką, a strzał Dembele zza pola karnego okazał się minimalnie niecelny, po tym jak obił się od nóg Vermaelna.  Tuż przed przerwą Fulham dwukrotnie było bliskie obcięcia prowadzenia. Wpierw dobrze dysponowany Dembele nienajlepiej przyjął piłkę w polu karnym, przez co mógł już tylko oddać strzał na krótki słupek, co dało szanse Szczęsnemu na interwencje. Z powstałego w rezultacie rożnego dorzucił Murphy, Hangeland wyskoczył najwyżej,  niestety Norweg, mimo błędu polskiego bramkarza, który wyszedł za daleko, przerzucił piłkę nad poprzeczką. Tuż przed gwizdkiem oznajmiającym koniec pierwszej połowy sędzia podarował jeszcze gospodarzom zupełnie bezzasadnego wolnego, a po główce Mertesackera Arsenal był bliski strzelenia gola. Piłka minęła jednak słupek. Do przerwy bramek nie ujrzeliśmy, a jednego mogliśmy być pewni: chociaż nadal groźny, Arsenal nie był taki straszny jak go malowano. Wysoki poziom koncentracji w zespole, niskie tempo gry drużyny Wengera dawało gościom do gościom jak najbardziej zasłużony remis. Dla wierzących w nadprzyrodzone właściwości przedmiotów i Fengh Shzui mam też alternatywne wytłumaczenie: czarne spodenki działały cuda.

Vermaelen dwukrotnie na liście strzelców

Po zmianie stron, zgodnie z przewidywaniami, gospodarze podkręcili nieco szybkość gry. Jednak Fulham nadal grało mądrze, spokojnie konstruowało swoje akcje i potrafiło dłużej utrzymać się w posiadaniu piłki. Mimo, że nieźle prezentujący się w pierwszej połowie Ruiz, którego mankamentem wydaje się wybitna lewonożność, w oczach tracił już siły. W 55 minucie Murphy znakomicie dorzucał z bocznego sektora boiska, a Dempsey’owi zabrakło milimetrów by dostawiając nogę wepchnąć futbolówkę do siatki. Niestety Amerykanin ostatnio zdaje się być nieco pod formą, a dodatkowo fakt, że gra szeroko, na skrzydle, również mu nie służy. Cztery minuty później szczęście uśmiechnęło się do gości, bowiem van Persie wreszcie pokazał swoje niemałe umiejętności, spokojnie wyczekał w polu karnym odpowiedniego momentu na strzał, by zobaczyć, jak Chris Baird szczęśliwie wybija jego uderzenie z linii bramkowej. Z resztą użycie słowa „wybija” będzie tutaj eufemizmem, bowiem trudno powiedzieć by Północny Irlandczyk miał jakąkolwiek kontrole nad tym co dzieje się z futbolówką. Równie dobrze mogło się to skończyć kolejnym samobójem Chrisa. Tymczasem w 65 minucie rzeczony samobój rzeczywiście padł, tyle że autorem tego trafienia był Thomas Vermaelen. Ponownie wysokie umiejętności techniczne Dembele sprawiły duże zamieszanie przed polem karnym Szczęsnego, Arsenal na chwile odzyskał posiadanie, by po chwili ponownie je stracić, futbolówka powędrowała do Murphy’ego, który dostrzegł na lewej stronie wbiegającego w pole karne Riise. Kapitan zespołu posłał idealną co do milimetra piłkę do Norwega, a ten przyjął ją sobie na klatkę. Piłka mocno odskoczyła byłemu graczowi Liverpoolu, ale to okazało się w tej akcji kluczowe. Podejmujący próbę interwencji Vermaelen, naciskany przez Zamorę, tak niefortunnie kopnął piłkę, że ta wylądowała w bramce strzeżonej przez polskiego goalkeepera. Fulham prowadziło na stadionie Arsenalu 0-1 i było o 25 minut od historycznego triumfu na terenie kanonierów. Trzy minuty później euforia w sektorze the Whites była nie do opisania, ponieważ do siatki trafił Zamora. Niestety radość została szybko ostudzona przez chorągiewkę arbitra, który dopatrzył się, z resztą słusznie, pozycji spalonej. W 74 minucie wydawało się, że to będzie jeden z tych dni, kiedy Arsenalowi nic nie idzie, a zawodnicy przeciwnika jawią się jako herosi z greckiej mitologii. Van Persie wrzucił z rożnego, Djourou wyskoczył w polu karnym najwyżej, i kiedy już nic nie mogło powstrzymać piłki przed wpadnięciem do siatki, Mark Schwarzer wygiął się jakby tkanki w jego ciele były z gumy i cudem uchronił gości przed stratą prowadzenia. Wtedy Martin Jol dokonał podwójnej zmiany, kto wie czy nie kluczowej, bowiem zdjął Ruiza i Zamorę i w ich miejsce wprowadził Johnsona i Kasamiego. Od tego momentu Fulham zaczęło mieć problemy z oddaleniem gry od własnej bramki, a Johnson, zamiast próbować szukać prostopadłych podań, ciągle zbiegał w kierunku środka boiska by dostać podanie do nogi, co najczęściej skutkowało stratą. W 81 minucie z najbliższej odległości holenderski kapitan the Gunners jeszcze się pomylił, ale minutę później Walcott wrzucił z prawej strony boiska, a wbiegający w pole karne, nieupilnowany Vermaelen zrehabilitował się za wcześniejszy błąd, pokonując wybitnie dysponowanego Schwarzera. Arsenal kontynuował swój napór do ostatnich sekund, motorem napędowym tych akcji był wprowadzony w międzyczasie Gervinho, jednak Fulham udało się przetrwać. W ostatniej akcji meczu Clint Dempsey szarżował indywidualnie, ale było by już za pięknie, gdyby udało mu się strzeić gola. W ostatniej chwili interweniował jeden ze stoperów Arsenalu. Chwilę potem zabrzmiał ostatni gwizdek, a Fulham zdobyło cenny punkcik na the Emirates.

Są powody do dumy

Takiego Fulham chcemy oglądać. Kapitalny występ w defensywie, w połączeniu z rozsądną grą w ofensywie, dały jak najbardziej zasłużony remis na jednym z najtrudniejszych terenów na świecie. Warto zaznaczyć, że po raz kolejny Fulham nie przegrywa wyjazdowego meczu! Wenger może narzekać, że jego gracze byli zmęczeni po Lidze Mistrzów, jednak fakt jest taki, że to przede wszystkim świetna gra Fulham stworzyła wiele problemów kanonierom. Teraz przed piłkarzami Jola część dalsza tego niezwykle trudnego tryptyku, bowiem już w czwartek powalczą oni o pierwsze miejsce w grupie Ligi Europy z FC Twente, a w poniedziałek na Cottage podejmą Liverpool. Choć za oknami zima coraz bliżej, czy w Fulham są wreszcie pierwsze oznaki wiosny?

Takich widoków chcemy. Fulham cieszy się z gola w czarnych spodenkach.

Reklamy

Responses

  1. Też czuje niedosyt byliśmy blisko zwycięstwa, ale remis nie jest zły, zwłaszcza, że dobrze graliśmy, bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Etuhu.

  2. No muszę przyznać, że wynik to lekkie zaskoczenie i zostaje spory niedosyt, bo do zwycięstwa zabrakło wam na prawdę nie dużo. Gratuluję, bo Arsenal z każdym tygodniem wydaje mi się być lepszym zespołem.

  3. Piter —> Dokładnie. Już w poprzednim meczu świetnie grał, a był krytykowany – dla zasady.

    Swanssinio –> Akurat w tym meczu Arsenal miał trochę czkawki, nie mniej, Fulham musiało i tak wznieść się na wyżyny by ich powstrzymać. No i jak Marcin (Cookie) dobrze przewidział, wymagało to niemałego wkładu Marka. 😉

  4. Wspaniały rezultat, zadziwili mnie. Oglądając skróty II połowy myślę, że obie drużyny mogą mówić o niedosycie – a to sprawia, że remis jest sprawiedliwym wynikiem. Nawet w obliczu tak nierównych statystyk – było wiadomo, że do osiągnięcia korzystnego wyniku na Emirates będziemy musieli skupić się mocno na obronie. Po takim wyniku są jak najbardziej powody do dumy, ale zaraz za nimi pojawia się pytanie, naturalne w przypadku tego klubu – czy było to znów jedynie spięcie się na giganta, czy wreszcie będziemy regularnie punktować, także ze słabszymi. Choć tutaj każdy scenariusz gwarantuje do końca roku jakieś emocje – do końca roku sześć spotkań w lidze, z czego trzy z Live, Chelsea i MU.

    Dzięki za kolejną świetną relację, Macu, nie unikniesz mojego pytania, którego się zapewne spodziewasz: cóż to za okienko z formacją? 🙂 rozgrywałeś jakieś spotkanie w którąś z pilkarskich gier? 🙂

  5. Warto zauważyć, że jak na razie pojedynki z potęgami idą nam świetnie. Do dzisiaj byliśmy jedyną drużyną, która odebrała punkty City, wydarliśmy oczko Arsenalowi, tylko z powodu braku szczęścia nie zrobiliśmy tego z Tottenhamem, w pucharze jak równy z równym walczyliśmy z Chelsea. To na pewno pozytywny prognostyk. Mam wrażenie, że wszystko idzie teraz w lepszym kierunku, obym się nie mylił. Przed spotkaniem z Arsenalem miałem dobre przeczucie, podobne wrażenie mam przed Liverpoolem. Jeżeli tylko poprawimy skuteczność, powinniśmy powoli oddalać się od spodu…

    W obronie rzeczywiście całkiem dobrze to wyglądało. Brede zagrał na swoim wysokim poziomie, Senderos nie popełniał błędów, pobobnie jak Baird. Znów najsłabszym ogniwem był Riise, który przegrywał pojedynki z Walcottem. Dobrze, że zawsze ktoś go asekurował. Miałem nieco pretensje do Norwega przy bramce, bo mało agresywnie zaatakował Walcotta, stanął kilka metrów od niego. No ale być może obawiał się, że Anglik wówczas przedryluje go. Jedyne co mnie martwiło w naszej grze obronnej to Ruiz. Niejednokrotnie sprawiał wrażenie jakby już nie miał siły bronić, zostawiał Bairda samego na pastwę losu, raz karygodnie odpuścił krycie.

    Co do okienka, to pochodzi ono z transfermaktu, chociaż równie dobrze rzeczywiście mogłoby być ono z jakiejś gry. 🙂 http://www.transfermarkt.de/en/fc-arsenal-fc-fulham/index/spielbericht_1131466.html – to chyba jakaś nowość na transfermakt’cie, bo wcześniej tego nie widziałem. Może będę częściej korzystał z tych grafik, statystyki też są fajnie podane. Tylko te 70 procent posiadania piłki dla Arsenalu to niezła przesada, w pierwszej części na pewno nie było takiej różnicy. Chociaż w Guardianie z zasady przeginają w drugą stronę. 😀

    http://www.goalsarena.org/video/turkey-turkcell-super-lig/27-11-2011-eskisehirspor-ankaragucu_en.html – a tutaj jeszcze odnośnie naszej pogawędki o Kamarze. 🙂 Czułem, że jak zacznę narzekać, że leni się w Turcji, to zaraz strzeli bramkę. Nawet w tym skrócie widać, że nadal to klasowy piłkarz. Brameczka niczego sobie, w zasadzie można mu zapisać nawet dwie. Inna sprawa, że momentami trochę podwórkowy poziom w tej lidze tureckiej. 😀

  6. Piszę z opóźnieniem przez drobne problemy techniczne. Oglądając wideo z tej ligi tureckiej rzeczywiście nieco zmieniłem o niej zdanie, 3 bramki Kamary to jednak skromny dorobek 🙂 no i ogólnie mógł sobie chyba znaleźć jakiś bardziej urokliwy klub – nawet tutaj w Szczecinie mamy ładniejsze trybuny niż w tym Eskicośtam 🙂

    Zaskoczyło mnie to, że okienko pochodzi z transfermarktu, w ogóle sam fakt, że tak reportują tam spotkania. Tak, jak wcześniej nie wiedziałem, że podają superaktualne statystyki dotyczące czyichś występów. Zupełnie nic o tej stronie nie wiem, myślałem, że tam po prostu zestawiają, kto ile warty… 🙂
    Swoją drogą, te posiadanie to zawsze jest dla mnie jakieś pokręcone, po kiego każdy stosuje jakiś swój licznik i potem wychodzą takie cudawianki jak 56% dla Arsenalu wg Guardiana i 70% wg transfermarkt. Przecież są te oficjalne statystyki Premier League, pokazujące się po spotkaniu, wystarczyłoby je skopiować.

    A odnośnie współpracy naszych skrzydeł, to ogólnie wygląda to mizernie. Ruiz ma jeszcze faktycznie wielkie braki w kwestii powrotu do obrony, za to taki Clint lubi zawsze zejść do środka, niech na skrzydło ruszy wówczas Riise i lewa flanka także goła… Współpraca Koncha i Duffa (albo mi pamięć szwankuje i to nie był Duff, bo przecież Roy wystawiał Duffa na prawej?) w tej materii niby wyglądała tak prosto, ale teraz widać, że była niedoceniona.

  7. Dla mnie Transfermakt to zawsze pierwsze źródło informacji o piłce. A po ostatnich modyfikacjach i ulepszeniach w ogóle jestem w siódmym niebie. 😉

    Hehe, rozśmieszyłeś mnie z tym Ekicośtam… 😀 W Turcji to chyba niestety większość stadionów tak wygląda. Przynajmniej takie miałem wrażenie kiedy oglądałem bramki naszych rodaków strzelone nad Bosforem. Ostatnio coś nie strzelają, więc też i okazji było mniej. 🙂

    Tak, zdecydowanie nasze skrzydła to coś co nawet trudno nazwać tym mianem. Ogólnie teraz gramy jakby taktyka była gdzieś na boku, przynajmniej takie odnoszę wrażenie po porównaniu tego z czasami Hogdsona. A z Konchem bodajże współpracował Davies, wedle pomysłu Roy’a by skrzydłowym zamienić miejscami, by mogli schodzić do środka. Zresztą pomysł był kapitalny!

  8. Racja, to był pewnie Simon. I wtedy wyglądało to faktycznie kapitalnie, bo i Davies i Duff byli niesamowitymi mrówkami na boisku, pracującymi do przodu i do tyłu. A sam pomysł Roy’a rzeczywiście wizjonerski, przestawienie typowo lewonożnego Duffa na prawą stroną było pierwszą rzeczą tego typu, jaką widziałem w piłce, a dziś gra tak coraz więcej drużyn. Pewnie Hodgson nie wyskoczył z tym pierwszy, ale jak na warunki angielskie to była innowacja, Duff co mecz zaskakiwał rywali tą grą na prawej i co mecz mógł sobie kilka razy zejść do środka i wypróbować swoje kopyto 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: