Napisane przez: Macu | Grudzień 6, 2011

Grzesznik rozgrzeszony. Fulham 1-0 Liverpool.

Trylogia – częśc trzecia

Ostatnie dni w obozie Fulham są niczym wyjęte ze średniowiecznego moralitetu. The Whites uraczyli nas iście chrześcijańska opowieścią, w której główny bohater wpierw popełnia straszliwe piłkarskie grzechy, by potem uzmysłowić sobie ich haniebność i podjąć próbę odkupienia swoich win. W poniedziałkowy wieczór gracze Martina Jola stawili się przed sędzią najwyższym w postaci kibiców zgromadzonych na Craven Cottage i swoją postawą wybłagali odpuszczenie grzechów. By utrzymać w odpowiednim tonie ostatni tekst z naszej malej trylogii, mogę nawet nieco przejaskrawić obraz wydarzeń pisząc, że anielsko biali piłkarze Fulham wznieśli się na skrzydłach na szczyty swoich możliwości by pokonać diabelsko czerwony zespół Liverpoolu. Morał z tej historii wydaje się być oczywisty, ale czy też we splocie szczęśliwych okoliczności, które spotkały wczoraj the Cottagers, nie kryje się mistyczna lekcja dla nas wszystkich?

Masowa amnezja

Ale wracajmy na ziemię. Po upokarzająco słabym występie w Enschede, kibice w rzeczy samej oczekiwali wynagrodzenia za 90-minutową katorgę, której przyszło im doświadczyć w miniony czwartek. Lista z zastrzeżeniami wiła się niczym starożytny pergamin, brutalnie trąc o posadzkę. Oczywiście, choć jako kibice Fulham pragnęliśmy rekompensaty, nikt pozostający przy zdrowych zmysłach nie oczekiwał, że the Whites załadują do autobusu liverpoolczyków bagaż kilku bramek. Przede wszystkim, to czego wyczekiwano na Cottage, to zaangażowanie, wola walki, koncentracja i determinacja, których tak bardzo brakowało w Holandii. Nawet słynna hiszpańska piękna przegrana dawała szanse na kibicowskie rozgrzeszenie, a remis uznawano już za wynik jak najbardziej zadawalający. A wygrana? Ona miała być źródłem zjawiska wręcz niespotykanego: masowej amnezji. W 85 minucie Clint Dempsey wprowadził publikę w ten paranormalny stan. Pytanie, czy niepamięć ta będzie miała charakter długotrwały? Znów wszystko pozostaje w nogach piłkarzy.

Droga do odkupienia

Kto zasiadł w deszczowy i ponury poniedziałkowy wieczór przed ekranem swojego telewizora, ani przez chwilę żałować swojej decyzji nie mógł. Już od pierwszych sekund gracze Fulham i Liverpoolu rozkręcili szaleńcze tempo, które utrzymało się aż do końcowego gwizdka sędziego Frienda. To była prawdziwa uczta dla oka i wspaniała reklama angielskiej Premier League. Zawodnicy walczyli na całego, akcje przenosiły się spod jednej bramki pod drugą, nie brakowało fenomenalnych popisów bramkarskich i wymuskanych co do centymetra podań. Nie mniej, co najważniejsze dla czytelników tej strony, tym razem podopieczni Martina Jola nie byli biernym pasażerem wziętym na niechcianą przejażdżkę, a sami współnadawali to szaleńcze tempo boiskowych wydarzeń. Niepokonana od ośmiu spotkań czerwona armia Kenny’ego Daglisha co prawda na początku narzuciła swój styl gry przeciwnikowi, a indywidualne umiejętności Suareza, Enrique, Bellamy’ego i Adama zmusiły białą armię Jola do odwrotu, to szczęśliwie Fuhlam szybko przystąpiło do kontrataku.  Sygnał do kontrnatarcia wydał Moussa Dembele, który wziął ciężar gry na swoje barki i indywidualnymi szarżami zmusił Liverpool to wytężonej uwagi w linii defensywnej. Były piłkarz AZ Alkmaar mógł nawet zadać the Reds pierwszy cios, ale po raz kolejny zabrakło mu oponowania w sytuacji oko w oko z bramkarzem rywala. Jednak nie było czasu na rozpamiętywanie okazji, bowiem spod jednej bramki kamera szybko wędrowała w inne miejsce, tak jakby na polu bitwy było kilka ognisk zapalnych. Pod bramką Schwarzera piękny strzał Hendersona wylądował na słupku, a dosłownie milimetry dzieliły anglika od szczęścia. Fulham ani przez moment nie dawało zepchnąć się do totalnej defensywy. Duża w tym zasługa środka pola, w którym znakomitą robotę wykonywali Etuhu i Murphy. Ich współpraca układała się jak za najlepszych lat, kiedy technika i umiejętności piłkarskie Danny’ego znakomicie uzupełniały się z fizycznością Dicksona. Także obrona, najlepsza formacja w spotkaniu z Twente, zdawała się być jednostką spójną, odporną na najsprytniejsze wybiegi rywala. Nawet John Arne Riise, jakby na złość, postanowił utrzeć nam nosa i udowodnić, że dla Liverpoolu specjalnych względów nie ma. Norweg zagrał bodaj najlepsze zawody w barwach the Whites, łącząc skuteczną grę defensywną z licznymi szarżami do przodu. Największy problem mam z oceną gry Ruiza, który godne pochwały zagrania przeplatał z całą plejadą strat i nieprzemyślanych dotknięć piłki. Jednego jednak Kostarykaninowi odmówić nie można było – nawet pod własną bramką nie szczędził rywalowi kuksańców. Choć wspaniała gra Dembele, który tym razem zdawał się być na szczycie swojej sinusoidy, była istotnym elementem tej piłkarskiej układanki, kluczem do sukcesu była osoba Clinta Dempsey’a, nie splamionego haniebnym występem w Enschede. Będący ostatnio w nieco gorszej formie Amerykanin zmienił tym razem taktykę. Zamiast tkwić na lewej flance, gdzie bywał ostatnio niezwykle bezproduktywny, popularny Duece znalazł sobie miejsce tuż przed linią obrony rywala, gdzie sprawiał piłkarzom z Anfield całą masę kłopotów. Dempsey był jak cykająca bomba, który musi w końcu wybuchnąć.

Pierwsza połowa okazała się być preludium do natłoku emocji, które nastąpiły potem. Zaczęło się od spięcia boiskowego zawadiaki Bellamy’ego z Dempsey’em. Amerykanin miał chyba niesłuszne pretensje do Walijczyka o rzekomy faul, co oczywiście butnemu graczowi Liverpoolu się nie spodobało. Skończyło się po żółtku dla obu panów. W 60 minucie Kevina Frienda czekała kolejna trudna decyzja. Murphy głupio stracił futbolówkę, Adam pomknął z kontrą i ratujący sytuację Senderos powalił Szkota. Fulham było o milimetry o przerwania passy 49 meczów bez sprokurowania rzutu karnego. Ostatecznie skończyło się na rzucie wolnym tuż sprzed linii i żółtym kartoniku dla Szwajcara. Kilka minut później, mający lepszy fragment meczu Liverpool umieścił piłkę w siatce, ale asystent arbitra dopatrzył się ofsajdu. Decyzja kontrowersyjna, jakkolwiek Suarez zdawał się być na minimalnym spalonym. Jednak prawdziwy punkt zapalny nastąpił w 72 minucie. Dembele źle przyjął sobie futbolówkę, ta dość wyraźnie mu odskoczyła, co natychmiastowo spróbował wykorzystać Jay Spearing. Młody Anglik wykonał wślizg, jego nogi trafiły w piłkę, jednak pech chciał, że chwile potem obie stopy Spearinga straciły kontakt z murawą i z wielkim impetem wparowały w łydki Moussy Dembele. Friend nie zawahał się ani przez moment i wyrzucił pomocnika Liverpoolu z murawy. Kilkadziesiąt lat temu to wejście nie byłoby zakwalifikowane jako faul. Kilka lat temu byłaby to żółta kartka. Dzisiaj, jakkolwiek Spearing złych zamiarów nie miał, arbiter miał prawo pokazać kartonik barwy czerwonego wina. Wydarzenie to zdecydowanie zmieniło obraz meczu i nakłoniło gospodarzy do odważniejszej gry. Wpierw Dempsey pod względem technicznym niemal skopiował strzał Hendersona, ale trafił tylko w poprzeczkę. Chwilę potem Riise dograł do Dembele, a ten, niczym Carroll w pierwszej połówce, huknął dobrze, ale wprost w bramkarza. Fulham pukało do drzwi, ale to piłkarze Daglisha mogli wyjść na prowadzenie. Wprowadzony na boisko Downing wystrzelił zza pola karnego i tylko czujność Schwarzera spowodowała, że strzał ten został sparowany na słupek. Na gola czekać musieliśmy do 85 minuty. Po rzucie rożnym piłka wróciła do Murphy’ego, który zamarkował dotknięcie piłki prawą nogą i popchnął ją sobie drugą stopą. To zupełnie zmyliło Glenna Johnsona, który dał kapitanowi gospodarzy możliwość oddania strzału. Piłka poszybowała na krótki słupek, a tam zaskoczony Reina zdołał ją wybić tylko przed siebie. Na taki błąd czyhał Dempsey, który który natychmiastowo dopadł do zguby i z najbliższej odległości wpakował piłkę do bramki. Po tym wydarzeniu, które wprawiło Cottage w niemałą euforię i wspomniane wcześniej dolegliwości pamięciowe, kolejne minuty ciągnęły się w nieskończoność. Tylko jakimś cudem Senderosowi udawało się pozostać na boisku, choć kilkukrotnie igrał z ogniem. Tuż przed końcowym gwizdkiem goście mieli rzut wolny w niebezpiecznej odległości od bramki Fulham. W momencie kiedy futbolówka kopnięta przez Suareza uderzyła w mur, wszyscy kibice wypuścili powietrze z ulgą. Było już wiadomo, że tym razem los uraczy grzesznika swoją łaską. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że z całej tej opowieści, w pamięci najbardziej zapadnie jej morał.

Gol Dempsey'a, czyli grzechy puszczone w niepamięć.

Reklamy

Responses

  1. Teraz swoje grzechy musi odpokutować… Suarez 😛 wykonał wobec trybun mało sympatyczny gest: http://s1-05.twitpicproxy.com/photos/large/465232439.jpg 😛

    Ciekawe, co z Danny’m, niestety Jol mówi otwarcie o przeczuwaniu złego scenariusza i odpoczynku Murphy’ego przez kilka kolejek.

    Dziś w meczu rezerw czy jakichś młodzików ma po raz pierwszy od długiego czasu zagrać z kolei Simon Davies.

    Patrzę na zdjęcia, ależ to była bitwa. Nawet jeśli przy osiągnięciu 3 punktów sprzyjało nam szczęście, to rozpiera mnie duma z powodu samej waleczności naszych. Kiedy Liverpool dominował, było widać, że gramy na maksimum możliwości i dajemy z siebie wszystko, ale oni weszli jednak na wyższy, niedostępny dla nas bieg. Wszystko zakończylo się jednak wspaniale.

  2. Odpokutować będzie musiał także ten kalosz, co biegał z gwizdkiem jak chuj na weselu.

  3. Ok, dwie główne decyzje sędziowskie były na korzyść Fulham, ale Friend mógł podjąć w obu przypadkach takie decyzje (ze spalonym decyzja należała zresztą do bocznego). Sytuacja Suareza jest bardzo stykowa i takie spalone się gwiżdże – choć ja bym tę bramkę uznał. Czerwo dla Spearinga z punktu widzenia bezpieczeństwa zawodników też było uzasadnione, o czym powiedział np. Graham Poll. Jakim usprawiedliwieniem jest to, że Spearing najpierw dotknął piłkę, jeśli w tej samej sekundzie mógł połamać Dembele drugą nogą (a właściwie obiema, bo pierwsza po dotknięciu piłki skierowała się na Moussę)? Oczywiście mogło skończyć się na żółtej, ale ani razu nie doszło do jakiegoś skandalicznego naruszenia przepisów…
    Klatka, w której nie ma juz piłki i Spearing leci na Dembele – http://news.bbcimg.co.uk/media/images/57145000/jpg/_57145523_spearingred.jpg

    Offtopowo, powalił mnie na kolana ten news: http://sport.onet.pl/pilka-nozna/inne-ligi/premier-borysow-pilkarzem-roku-w-bulgarii,1,4951991,wiadomosc.html . Może warto wypożyczyć Borysowa, a nie Berbę? 😛

    Davies już na boisku! http://www.fulhamfc.com/Images/MainNews/NewsPages/Players/davies/ReservesvWestBrom.jpg 3-0 z WBA, strzelają Frei, Kasami i Orlando. Oby pomogło im to zrobić przełamujący krok w pierwszej drużynie.

  4. Później skomentuje twoje posty Cookie, teraz idę oglądać LM. Skończyłem notkę, choć nie jestem nazbyt zadowolony, bo początek jest w miarę ciekawy, a potem skończyła mi się wena i zaczęła się zwykła, nudna relacja. No i nie do końca poruszyłem wszystkie wątki, które chciałem. No ale cóż, lepsze to niż pusta strona. 🙂

  5. Cookie’mu już słowa uznania wyrażałem. A że muszę być obiektywny, to i Tobie Macu „ukłony”. Wstęp niczym dzieło wieszcza, ale i później czyta się relację bardzo przyjemnie. Wiem, wiem, człowiek od siebie zaawsze wymaga więcej. A przy okazji: obu Was czytam z wielką przyjemnością. I aż dziw bierze, że dobraliście się jak w korcu (a propos) maku ;-). Mam na myśli fakt, że dwóch artystów pióra kibicuje mało popularnemu klubowi z odległej Anglii…

  6. Heja! Jestem tutaj nowy. Ale może zmobilizujmy się i zróbmy prawdziwą stronę FFC? Z historią herbu, strojów itp. Fajna sprawa, ja niezbyt znam Angielski, dlatego pomoc się przyda.

    Mail podałem nieprawidłowy więc… proszę o kontakt w komentarzu JEŻELI jest jakaś chęć zrobienia czegoś nowego.

  7. Skoro jesteś nowy, to informuję w imieniu prowadzących stronę, że nie dalej jak rok temu taka funkcjonowała, ale z pewnych przyczyn została zawieszona i polskie wieści o Fulham możesz znaleźć tylko na tym blogu. Myślę, że nie ma sensu, aby wracać do pierwotnej wersji (tj. strony właśnie). Pzdr

  8. A miałem nawet napisać o tym incydencie z Suarezem i zamieścić właśnie to zdjęcie, ale to była jedna z tych rzeczy o których zapomniałem. 😛

    Ogółem, może nie rzuciliśmy się na przeciwnika niczym rozwścieczone lwy, ale z pewnością nie zabrakło tym razem koncentracji. Solidna obrona w połączeniu z świetnymi występami indywidualnymi paru graczy dało nam dość zasłużony triumf.

    Co do Danny’ego, to co by nie mówić, to kluczowa postać naszej drugiej linii. Partnerstwo Dicksona i Sidwella nie nastraja mnie nazbyt dużym optymizmem. W tym sezonie grali chwilami razem i wyglądało to słabiutko.

    Co do sędziego, swoją opinię wyraziłem w relacji. Liverpool miał rzeczywiście nieco pecha, ale przesadą jest mówienie, że Friend wypaczył on wynik. Suarez może i faktycznie był w linii z Brede, ale w sytuacji ze Spearingiem arbiter się nie pomylił. Co prawda żółta kartka byłaby bardziej zgodna z duchem gry, to jednak czerwona bez wątpienia była uzasadniona przepisami.

    A informacja z premierem Bułgarii kapitalna. 🙂 Nieźle się uśmiałem.

    startnamyslowpl –> Dzięki za pochwały. Myślę, że nowa forma bloga jest nieco atrakcyjniejsza dla czytelników, bo staramy się odchodzić od sztampowego, informacyjnego charakteru strony. No i na pewno masz rację, że od siebie więcej wymagamy. 😛 Ale po prostu czasami mam tak, że jestem już zmęczony pisaniem i publikuję tekst byle szybciej. Przez to mam wrażenie, że jest niedopracowany, z błędami, gorszy niż mógłby być. 🙂

    Fann —> Tak jak napisał startnamyslowpl, już to przerabialiśmy i nazbyt nie wyszło. Chyba nie ma co do tego wracać, osobiście jestem zadowoięlony z tego co mamy.

  9. Jeszcze ciekawa wypowiedź naszego „Nordic Warrior”, jak kiedyś został ochrzczony na oficjalce. http://www1.skysports.com/football/news/11681/7357485/Hangeland-issues-Jol-plea

    Swoją drogą, dwa dni temu obchodziliśmy drugie urodziny. 😉 Mogłem otworzyć coś z mojego potężnego arsenału alkoholowego, który zgromadziłem na urodzinach. 😉

  10. Haha, ciężka będzie w tym roku Liga Europy. 😀 Brawo dla Manchesterów.

    • Dawno mnie tu nie było (tak jak Cookiego na gg). Nadrobiłem trochę zaległości, przy okazji dowiedziałem się jak wyglądał rewanż z Twente, bo nawet skrótu nie obejrzałem ,a przy okazji zaobserwowałem skok jakościowy w relacjach Maca. Nie to, żeby były one jakieś niehalo w przeszłości, po prostu są coraz lepsze. 🙂

      Ze spalonym Suareza trzeba uczciwie przyznać – w najlepszym razie byli w linii, co i tak powinno promować Urugwajczyka. Niemniej liniowy miał przed sobą typową mijankę, ciężko go obwiniać za ten błąd. W pozostałych sytuacjach kontrowersji nie było, Macu świetnie wychwycił tendencję w obecnym futbolu, by ataki wyprostowaną nogą karać surowo.

      Coś popsułem z logowaniem chyba. :O

  11. Jak dwa dni temu, to i tak dwulecie zostało uczczone miło, bo zwycięstwem 🙂 Pod pochwałami dla Maca podpisuję się obiema rękami, kolejny świetny tekst (właściwie trzymając się konceptu – ciąg tekstów). Piłkarze sami dają co prawda swoimi ciekawymi kolejami losu materiał na pomysłowe artykuły, ale Macu od zawsze zadziwia mnie koncepcjami wychodzącymi daleko poza futbol, wymagającymi naprawdę tęgiej głowy i bardzo bogatej osobowości. Krótko mówiąc: autentyczny artysta pióra 🙂 ze mnie zwykły rzemieślnik lubiący pisać. Myślę, że ten klub sam powoduje, że lubimy tak uwalniać te klawiatury. Naprawdę da się nim zauroczyć, poczuć istnienie w słowniku zwrotu takiego jak „fulhamish” 🙂

    @Fann – witaj! Wszystko zostało już właściwie powiedziane, przez pewien czas pracowaliśmy na typowo newsowej stronie http://www.fulhamfc.pl , która w sumie jeszcze w internecie wisi. Zrezygnowaliśmy i mogę Ci całkowicie szczerze powiedzieć, że taka formuła strony, w przypadku Fulham się nie opłaca. Popularność tego klubu jest, jaka jest, aktualizowanie nudzi się błyskawicznie i w tym przypadku blog okazał się najlepszym wyjściem. Wolimy też taką formułę po prostu dlatego, że bardziej odpowiada naszemu stylowi pisania. Niemniej od jakiegoś czasu, wiedząc że to w sumie jedyne aktualizowane polskie źródło informacji o Fulham, staramy się powiększać stronę o elementy typowe dla „stron klubowych”. Ciekawe pomysły na pewno będziemy wprowadzać, na WordPressie da się to również fajnie rozbudowywać, dlatego zachęcam do współpracy.

    Słowa Brede ciekawe, zastanawiające czy mówił ogólnie czy miał na myśli konkretne nazwiska. Bo Hughes jest niczym jego nieodłączny niższy brat, ale w ostatnich spotkaniach Hangeland z Senderosem utworzyli naprawdę dobry duet.

    W LE raczej świata tym razem nie zbawimy, nawet gdyby nie było w niej Menczesterów 🙂

  12. Moje parodniowe nieobecności na gadu nie mają najmniejszego porównania z tym, jak zaniedbałeś ten klub, Krzysiu, niegdyś adminie strony i fulhamowa mrówko nr 1 😛

  13. Po obejrzeniu meczu nie był bym tak krytyczny wobec Ruiza .
    Jego dwa świetne podania pozwoliły na kąśliwe uderzenia Dempseya , w kilku przypadkach ładnie wychodził na pozycję ale koledzy zagrali samolubnie.
    Jeśli chodzi o straty to jednak dwie kluczowe Murphego mogły zakończyć się stratą bramki. Co martwi to słaba postawa Zamory w kolejnym meczu .

  14. Generalnie też jestem zadowolony z postawy Bryana, świetny gracz drużynowy, tych strat aż tak wiele chyba nie było, do tego jego pierwszy pełny mecz w lidze i można powiedzieć, że wreszcie wytrzymuje kondycyjnie. Zakładam, że Moussa opuści nas jak nie w styczniu, to na koniec sezonu i z meczu na mecz coraz bardziej kształtuje się ktoś, kto może nam go zastąpić.

    Co do Bobby’ego, wyczytałem gdzieś, że ponoć gra z urazem. Nie wiem, na podstawie czego ktoś napisał takie coś, bo przecież Jol powiadomiłby o takiej rzeczy, ale jeśli to prawda, to jego słabsze występy są zrozumiałe. Jeśli nie… to jest to naprawdę dość rozczarowujący okres u Zamory.

  15. Ale mi znowu nasłodziliście. 😛 Myślę, że ostatnie lepsze wpisy to po prostu kwestia tego, że tak jak napisał Cookie, piłkarze wyprawiają ciekawe rzeczy i jest o czym pisać w sposób kreatywny. Ponadto, w końcu kupiłem sobie tego netbooka, więc miałem nieco więcej czasu pisać. Ostatnie artykuły powstawały w różnych ciekawych miejscach, m.in. w metrze. 🙂

    Też niestety nie liczę w tym sezonie na wielkie sukcesy w LE. Aczkolwiek mam nadzieję na jeszcze kilka ekscytujących meczów. 😉

    Ruiza faktycznie może nieco za mocno krytykuję. No ale wiadomo skąd to się bierze, trochę za niego zapłaciliśmy. 🙂 Ponadto, osobiście nie jestem wielkim fanem ultra technicznych piłkarzy. Jednak w piłce trochę fizyczności też się przydaje. Cieszy jednak, że Bryan z każdym meczem gra coraz lepiej, więc jest nadzieja, że coś z tego transferu jednak będzie. No i to co pisze Cookie, być może Ruiz zdąży idealnie wkomponować się w zespół i zostać następcą Moussy. Aczkolwiek dla obu na boisku znajdzie się miejsce. 😛

    Sprawa Bobby’ego -poruszę ją w zapowiedzi Swansea.

  16. Macu, jeśli tworzysz zalążki czy nawet pełne artykuły w tak różnych miejsach, to jeszcze bardziej świadczy to o Twojej artystycznej, potrafiącej odizolować się od świata duszy 🙂 mi do wyprodukowania czegoś zawsze potrzebne jest domowe zacisze i towarzyszące w głośnikach rockowe smęty made in the 80’s/90’s 😛

    Co do LE, przestałem mieć jakiekolwiek marzenia po meczu z Twente, przecież tam była całkowita amatorka i pokazali nam nasze miejsce w szeregu. Jednak w poprzednich grupach nawet z Romą graliśmy jak równy z równym i drugie miejsce w grupie było po części zwyczajnie pechowe. Oczywiście faza pucharowa to inny świat, ale wtedy cuda wyczyniał w niej Bobby, który jak na razie jest cieniem samego siebie. Andrzej też zaczyna być przewidywalny w 100 procentach. Może – jeśli oczywiście awansujemy – zmieni coś obecność Bryana na wiosnę i nasze importy z Holandii – on i Mousa – odmienią nasz los, który jak na razie, jak dla mnie, pisze nam co najwyżej 1/16 finału.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: