Napisane przez: Macu | Grudzień 21, 2011

Przedświąteczny blamaż. Fulham 0-5 Manchester United.

Łudziliśmy się. Były ku temu podstawy. Dobre występy z innymi tuzami ligi, budzący szacunek bilans ostatnich meczów na Cottage, wreszcie, zdawałoby się, gorsza forma podopiecznych Fergusona. Można było mieć nadzieję na, o ile nie kolejne punkty zabrane czerwonym diabłom, to przynajmniej nawiązanie walki z przyjezdnymi z Manchesteru. Co prawda ta pierwsza opcja oznaczałaby kolejne tyrady Szkota dotyczące nieprzepisowych szatni w Cottage Pavilion, niesprzyjającego sędziowania i Bóg wie jakich jeszcze plag, które miałyby nawiedzić piłkarzy z Old Trafford. Oberwałoby się Dempsey’owi, który ciosem łokcia godnym Wojciecha Szali powalił na ziemię Philla Jones’a.  Jednak żadne wymówki sternikowi Manchesteru potrzebne nie były, ponieważ po pięciu minutach goście objęli prowadzenie, a po pierwszej połowie było już w zasadzie po zabawie. Kibice Fulham zostali szybko pozbawieni złudzeń. Ostatecznie licznik zatrzymał się na liczbie 5 po stronie zysków gości, tymczasem gospodarze nie zdołali nawet wprawić swojego cyfromierza w ruch. Być może the Whites nie grali aż tak słabo jak odzwierciedlał to wynik, ale nie było wątpliwości, że the Red Devils byli co najmniej o klasę lepsi. „Wątpliwość” to zresztą coraz bardziej popularne słowo na ustach kibiców the Cottagers. Czy przyszłość Fulham powinna być wiązana z osobą Martina Jola? To chyba największy znak zapytania. Pewnym można być jednego:  z Manchesterem Jol swoim podopiecznym na pewno nie pomógł.

Pierwsza część gry to był istny obraz nędzy i rozpaczy. Fulham zaledwie jednokrotnie zagroziło bramce Lindergaarda. Chociaż powątpiewam czy lekki strzał w środek bramki w wykonaniu Andy’ego Johnsona jest godny słowa „zagrożenie” i jego pokrewnych. No ale zapomniałem o jednym, AJ miał potem kłopoty by w ogóle w światło bramki wcelować, więc ostatecznie zdaje się jednak, że użyłem odpowiedniego słowa. Ale nad napastnikami nie ma co się znęcać, bo tym razem to obrona kompletnie pokpiła sprawę. Decyzja Martina Jola sparowaniu Brede Hangelanda z Philippe Senderosem w kilku ostatnich meczach jeszcze się jako tako broniła, bowiem Szwajcar grał nieźle i nie można było mieć do niego większych pretensji. Do czasu. Wczoraj były gracz Arsenalu zagrał katastrofalnie, a podsumowaniem jego występu była nieudolna próba wyprowadzenia piłki spod własnej bramki, która przerodziła się w jedno z najgorszych podań tej kolejki. Oczywiście daleki jestem od twierdzenia, że osoba Aarona Hughesa uodporniłaby bramkę Davida Stockdale’a na ataki Manchesteru. Ale być może z czystego sentymentu nadal uważam, że to Północny Irlandczyk powinien być partnerem kapitana reprezentacji Norwegii. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Manchester nie musiał wznosić się na wyżyny swoich umiejętności, nie mówiąc już o pokazywaniu rogów. Piłkarze Jola sami prezentowali im bramki, mimo że ich trykoty w niczym nie przypominały odzienia Świętego Mikołaja. Przy bramce Welbecka z 5 minuty wszystko poszło nie tak. Bryan Ruiz nie pomógł Bairdowi zatrzymać nacierającego Naniego, prawy obrońca Fulham nie zablokował podania, a Senderos krył powietrze. Welbeck był sam jak topielec na oceanie i szybko wyprowadził gości na prowadzenie. Warto w tym miejscu wspomnieć, że o ile z mniej wymagającymi rywalami gra defensywna Bryana nie wyglądała źle, o tyle z Manchesterem daleko było od stanu pożądanego. Kilkukrotnie jego współpraca z Bairdem kończyła się olbrzymimi nieporozumieniami. Co by nie mówić o Damianie Duffie, pod względem walorów defensywnych bije reprezentanta Kostaryki na głowę. Fulham próbowało znaleźć odpowiedź na gola rywala, ale zwyczajnie nie miało atutów. Słabsze zawody zaliczał Murphy, w wiele nieodpowiedzialnych dryblingów wdawał się Dembele. Druga bramka raz jeszcze obnażyła słabość obronną Fulham, które po krótko rozegranym rożnym zupełnie się zdrzemnęło, dając okazję do oddania strzału głową Nani’emu. Że filigranowy Portugalczyk do specjalistów gry czołem nie należy, to chyba wiedzą wszyscy. Ale bez krycia i presji wystarczyło, że lekko trącił piłkę, a ta zatrzepotała w siatce. David Stockdale był bez szans. Anglik był zresztą chyba największym pechowcem tego spotkania, bowiem mający olbrzymie chęci do gry reprezentant Anglii nie mógł zrobić nic by obniżyć rozmiary porażki. Jego niemoc podsumował trzeci gol, kiedy po rykoszecie piłka przefrunęła idealnie nad nim, pozostając poza zasięgiem jego ramion. Był to jeden z ostatnich akcentów pierwszej części gry. Jedyne co mogło pocieszać fanów the Whites, to fakt, że w drugiej połowie gorzej grać się już nie dało.

I rzeczywiście piłkarze Jola zagrali nieco lepiej. Piłka zaczęła wreszcie wędrować pomiędzy poszczególnym graczami na jeden kontakt, pojawiły się strzały. Na zdecydowane wyróżnienie zasłużył Clint Dempsey, który kilkukrotnie był bliski zdobycia gola. Na jego nieszczęście, w drużynie United grał Chris Smalling, który zablokował najgroźniejszy strzał Amerykanina.  Drugie 45 minut to też lepsza gra Dembele, który parę razy posiał popłoch przed polem karnym the Red Devils. Niestety, w pamięci zapadł mi też moment, kiedy Belg popisał się szczytem ułańskiej fantazji. Zamiast zwyczajnie oddać futbolówkę partnerowi, spróbował wbiec z nią pomiędzy trzech zawodników Manchesteru. Skończyło się to groźną stratą w środku pola, a wyglądało wręcz komicznie. To tak jakby spróbować wygrać wyścig Formuły Pierwszej na rowerze. Wreszcie, obraz drugiej odsłony ukształtował także AJ, który pudłował w świetnych sytuacjach na potęgę. A to sieknął nad bramką, a to piłka świstała obok słupka. Kiedy wreszcie Anglik się wstrzelił, Lindegaard pozostał czujny. Manchester zdecydowanie obniżył obroty, a Fulham zasłużyło na gola honorowego. Ale los łaskawy nie był, bowiem piłkarze Fergusona dobili przeciwnika jeszcze dwoma bramkami. Zresztą były to trafienia niebywałej urody. Wpierw Rooney wypalił z dystansu, futbolówka zatańczyła w powietrzu, by niemal nie rozerwać siatki w bramce Stockdale’a. W doliczonym czasie gry, Berbatov jednym sprytnym dotknięciem piłki zamienił dośrodkowanie po ziemi na piątą bramkę. Warto jeszcze wspomnieć, że na pięć minut przed końcem, przy głośnym aplauzie tej części publiki, która nerwowo wytrzymała do aż tak później minuty meczu, na murawę zawitał Bobby Zamora. Jego siły fizycznej ewidentnie brakowało we wcześniejszych fragmentach. Dlaczego nie grał od początku? Na to pytanie jest w stanie odpowiedzieć tylko Martin Jol, który bez względu na relację z Zamorą, chyba musi na niego postawić w meczu z Chelsea.

Spotkanie z Manchesterem okazało się jednym wielkim rozczarowaniem, o ile nie powodem do wstydu. Przecież nie tak silny kadrowo Manchester zwyczajnie rozbił jedenastkę Jola. Czy Holender wyciągnie z tego meczu wnioski? Musi. Z taką grą nie ma bowiem czegoś szukać na Stamford Bridge. By osiągnąć sukces u znienawidzonego rywala potrzebne będą szczęście (w dużych ilościach), determinacja i zmiany kadrowe. Zamora to konieczność, ale być może warto również dać szansę młodemu Frei’owi? Pewne jest jedno, cokolwiek Jol nie zrobi, ewentualna porażka jeszcze bardziej obniży jego autorytet wśród kibiców, który i tak jest już obecnie na dość niskim poziomie. Tymczasem nam pozostaje mieć nadzieję, że kara za ewentualną przegraną będzie poważniejsza niż powrót na piechotę do domu.

Panie, czy to za te pudła z tyłu wyrósł mi ogon?

Advertisements

Responses

  1. Koniec pewnego okresu, kiedy to mecze z czołówką w okresie okolic świąt i końca roku były bardzo dobre dla nas…
    Obecna sytuacja przypomina mi trochę okres tuż przed zatrudnieniem Sancheza… Kiedy nie wiadomo było co z tej drużyny jeszcze można wycisnąć… Czyżby czas na kolejną rewolucję?

  2. Nie wiem co Jol ma do tych naszych Irlandczyków z Północy najpierw nie miał zaufania do Bairda, a teraz posadził na ławkę Hughesa, ja bym chciał aby na derby z Chelsea powrócił stary dobry duet Hughes-Hangeland.

  3. Tak w ogóle, to Panowie Wesołych Świąt życzę! Od siebie i redakcji (:P)! 🙂

  4. […] Fulham, United wypracują sobie nad “Obywatelami” trzypunktową przewagę.  Po grudniowym zwycięstwie 5:0 na the Cottage, wszyscy związani z klubem z Old Trafford prawdopodobnie już trzy oczka sobie […]


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: