Napisane przez: Macu | Grudzień 10, 2012

Poniedziałek, który dał się lubić. Fulham 2-1 Newcastle.

Fulham przerwało passę siedmiu meczów bez zwycięstwa i ponad pięciu godzin bez strzelonej bramki, triumfując nad Newcastle w ostatnim meczu 16 kolejki Premier League . Gospodarze rozpoczęli strzelanie w 19 minucie, kiedy rykoszet po uderzeniu Sidwella zmylił Krula. W drugiej połowie zespół z północy Anglii zdołał wyrównać, ale podopieczni Pardew nie długo cieszyli się z tego faktu, gdyż kilka minut później swoją pierwszą na Craven Cottage i jak się okazało zwycięską bramkę zdobył Hugo Rodallega. To Fulham odleciało nieco od strefy spadkowej, a Sroki pozostają w swojej niemocy wzbicia się w powietrze.

stats-newcastle-home-2012

Tę krótką relację z meczu Fulham Newcastle zacznę od niewielkiej dywagacji filozoficznej, która choć może tu pasować jak pięść do nosa, będzie starała się posiadać jakieś futbolowe zaczepienie. A rzecz rozchodzi się o liczby. Jest w tym coś niesamowicie fascynującego, że w futbolowym świecie liczba oczek przyznawana za zwycięstwo, innymi słowy trzy punkty, są faktycznie wielkością względną. Niby jak się ma trzy identyczne jabłka i ktoś podmieni je na kolejne trzy, dokładnie takie same, to tak na prawdę nic się nie zmieni. Tymczasem w piłce – to wszystko guzik prawda! Bo liczy się nie tylko kto te jabłka ma, ale też komu się je zabrało! Stąd pojedynek ze Srokami całkowicie słusznie awizowaliśmy jako typowy sześciopunktowiec, może nie klasyczny bój drużyn z dołu tabeli, ale z pewnością tych walczących o bezpieczną odległość od piekielnej otchłani. Jedno z większych rozczarowań obecnego sezonu, zespół Newcastle, przyjechało na Cottage z planami wydłużenia fatalnych statystyk gospodarzy wspomnianych w nagłówku, jednocześnie ścigając swoje własne statystyczne demony. Szczęśliwie dla Martina Jola, na starcie z gigantami z the Toon, ze szczególnym uwzględnieniem Ba i wprowadzonego z ławki Ameobiego, w swojej srebrnej zbroi powrócił Brede Hangeland, nordycki wojownik, jak kiedyś ochrzciła go oficjalna strona Fulham. Tak wzmocniona defensywa the Whites, posiadająca także w swoich szeregach zmienionego przedwcześnie z Tottenhamem Riethera, dawała nadzieje na skuteczne powstrzymywanie zapędów ofensywnych rywala. W linii pomocy Jol stawił na sprawdzoną miksturę Bairda i Sidwella, zwieńczoną skrzydłowymi w postaci Kacaniklicia i Duffa. Pewną niespodzianką mogło być posadzenie na ławce Mahamadou Diarry, choć jak miał pokazać przebieg meczu, była to decyzja trafiona. W ataku obejrzeliśmy niezawodnego Berbatova i Hugo Rodallegę, co również miało prawo podnieść parę zdziwionych brwi na trybunach Craven Cottage, a nawet wyzwolić nieprzychylne komentarze. I na co to wszystko, skoro później trzeba było gryźć się w język?

Jeżeli ktoś zmęczony poniedziałkową pracą zasiadł przed ekranem telewizora i odreagowywał stresy dnia rytmicznie naciskając guzik pilota odpowiedzialny za zmianę kanału, jeżeli wytrwał reklamowy potop, jeżeli pokonał pokusę by zagłosować w konkursie teleaudio, miał szansę trafić na canal plus i podziwiać jak banda facetów biega w świetle jupiterów po zmrożonej minusową temperaturą trawie. Z pozoru prymitywny i proletariacki sposób spędzania wieczoru mógł okazać się jednak znakomitą inwestycją w swój wolny czas, bowiem Fulham i Newcastle dostarczyli doprawdy całej masy emocji, a samo spotkanie i jego dynamikę można było podziwiać z dużą przyjemnością.  Jak jeszcze dodać do tego fakt, iż na boisku znajdował się Dimitar Berbatov, który, uprzedzając wydarzenia, żadnej bramki dziś nie zdobył, ale standardowo czarował publikę swoimi butami o właściwościach magnetycznych i piłkarskim procesorem niedoścignionym nawet przez kolegów z drużyny, atrakcyjność obrazu transmitowanego wprost znad Tamizy jeszcze bardziej rosła. Fulham zaczęło zmagania dobrze i przez pierwszą część gry było zespołem ewidentnie lepszym od przyjezdnych dowodzonych przez Alana Pardew. Kluczami do dobrej postawy była dominacja środka pola, gdzie Sidwell i Baird czyścili lepiej niż Vanish, a także nadspodziewanie wysoka forma Rodallegi. Kolumbijczyk, rzucany we wcześniejszych meczach na skrzydła, wreszcie dostał szansę jako wysunięty napastnik, który siłą rzeczy, mając za plecami wszędobylskiego (dosłownie – widziałem grafikę przedstawiającą miejsca gdzie przyjmował piłkę) i wyciągającego obrońców Berbatova, miał dość dużo swobody. Kolumbijczyk chętnie biegał, walczył, szukał prostopadłych podań i  choć zdarzały mu się proste techniczne błędy, pozostawił po sobie korzystne wrażenie i równie dużo zdrowia. To jego akcja z 19 minuty, kiedy po kolnej kompromitującej stracie Srok sprytnie zagrał do Duffa, przyniosła gola. Irlandczyk mógł bowiem wycofać futbolówkę do Sidwella, a ten podjął się plasowanego strzału na długi róg. Pech chciał, że piłka trafiła po drodze Williamsona i fikuśnym lobem pokonała bezradnego Krula. Gol ten, już czwarty w sezonie dla pracującego dzisiaj na całej długości boiska Anglika, wcale nie obudził gości, którzy niemal do końca pierwszej części gry nadal leżakowali wraz z przedszkolakami. To Fulham mogło podwyższyć prowadzenie, ale jeżeli czegoś zabrakło w tym meczu the Cottagers, to z pewnością skuteczności. Kolejnego prezentu od Newcastle w sytuacji sam na sam nie wykorzystał Berbatov, który choć zasłużył na miano zawodnika spotkania, ogółem zmarnował całkiem pokaźny wachlarz dogodnych sytuacji strzeleckich. Gospodarze schodzili do szatni z jednobramkowym prowadzeniem, co chyba nie do końca odzwierciedlało dość znaczną przewagę drużyny w tym meczu.

Po zmianie stron byliśmy świadkami zdecydowanie bardziej otwartego spotkania, co jeszcze bardziej podniosło jego atrakcyjność telewizyjną. Niczym widzowie tenisa mogliśmy przekręcać głowę z lewej na prawą, bowiem akcje szybko przenosiły się spod jednej bramki pod druga. Chyba że do piłki dobierał się Mark Schwarzer, który ponownie nie był najpewniejszym punktem swojej drużyny, a po jego wykopach futbolówka była niczym obiekt o nieznanej trajektorii zagubiony w przestrzeni. Skoro już wziąłem się za krytykowanie, szybko napomknę, że jako kolejne słabe ogniwo w drużynie Fulham wymieniłbym dzisiaj Kacaniklicia. Młody szwed, jakkolwiek przebojowy w swoich dryblingach w najnowszej odsłonie Fify (http://www.youtube.com/watch?v=kTKv4ThNyng), na Craven Cottage nie do końca wcielał swoje konsolowe umiejętności w życie. Jego ambitne szarże lewą flanką najczęściej kończyły się na pierwszym obrońcy the Toon, zatem nie dziwiło, że już po godzinie gry opuścił murawę. Problem w tym, że jego zmiennik, Dejagah, który zamienił się skrzydłami z Duffem i operował na prawej flance, był chyba jeszcze gorszy. O ile Irańczyk w ofensywie prezentuje się obiecująco i ma w sobie ten drogocenny pierwiastek nieprzewidywalności, o tyle w defensywie bardziej przypomina wiatrak, którym Sroki przeraźliwie kręciły. Byłemu graczowi Wolfsburga już tak musiało się kręcić w głowie, że zaczynał agresywnie atakować rywali i sprokurował kilka bezsensownych stałych fragmentów gry. Tymczasem wróćmy do konkretnych wydarzeń boiskowych, bowiem w 52 minucie Newcastle wyrównało. Kolejny okaz czystej chimeryczności,  Hatem Ben Arfa, postanowił strzelić zza pola karnego. Już drugi w tym meczu rykoszet sprawił, że piłka poleciała dziwaczną parabolą, obliczenie cech której pozostawię maturzystom, i wpadła za kołnierz Schwarzera. Czyżby Fulham miało po raz kolejny wypuścić z rąk niemal pewne zwycięstwo?  Tym razem the Whites szybko odpowiedzieli w jak najlepszy sposób – bramką. Dejagah został sfaulowany w pobliżu narożnika pola karnego. Była 62 minuta, kiedy Damien Duff dorzucił w pole karne, a tam największym sprytem i wprawą w podróżowaniu nad ziemią popisał się Rodallega. Jego główka ponownie wyprowadziła Fulham na prowadzenie. Było to drugie trafienie Kolumbijczyka w tym sezonie, zwieńczające bodaj jego najlepszy jak dotychczas występ w białej koszulce. Pozostałe trzydzieści minut rywalizacji to masa emocji, nie mniej pozbawiona bramek. Newcastle odważnie atakowało, a gospodarze odgryzali się szybkimi kontrami, które często bywały aż za szybkie dla samych ich wykonawców. Mieliśmy spojenie Colocciniego, bombę w poprzeczkę Petricia i kilka akcji, które Fulham winne było doprawdy rozwiązać po stokroć lepiej (prym w złym dogrywaniu do kolegów wiódł Dejagah). W ostatnich minutach, przydała się głowa Hangelanda, która królowała w okolicach pola karnego the Cottagers. Tymczasem jeżeli chodziło o świątynie Fulham, tj. bramkę, najważniejsze było to, że o ile tego wieczora nogi nie słuchały Schwarzera,  jego ręce działały bez zarzutu. Wszystko co Australijczyk miał wyłapać w ostatnich minutach meczu, lądowało w jego koszyczku. The Whites dowieźli do końca arcyważne trzy (szczęść) punkty i do starcia z lokalnym rywalem w postaci QPR stanie ze swoistą carte blanche. Czas rozpocząć nową serię – zwycięstw.

newcastle-home-2012

Jeden z najlepszych na boisku. Hugo pokazał, że jest w stanie nawiązać do najlepszych występów w barwach Wigan.

Advertisements

Responses

  1. Błyskawica 🙂

    Bardzo cenne poniedziałkowe zwycięstwo, przypomina się trochę mecz z Pompey ze stycznia 2010 roku. Oby był to zarazem nasz ostatni sześciopunktowiec w tym sezonie i obyśmy największy dołek mieli już za sobą 🙂

    Do ocen indywidualnych – powrót Brede dał jednak bardzo wiele. Wczoraj Hangers jak za swoich najlepszych czasów, zrobił kolosalną różnicę pomiędzy naszym blokiem obronnym, a ich, co miało swoje znaczenie w wygraniu tego meczu. Kolejny kapitalny mecz Sidwella, jak dla mnie chyba najlepszy w tym spotkaniu. Coraz bardziej przypomina prawdziwego box to boxa i choć wykończenie akcji ma fatalne, bo marnuje setki za setką, a strzela gole jedynie z jakichś pierdyknięć z odległości (czy rykoszetów, jak wczoraj), to biega bez końca od strefy do strefy i kapitalnie przechwytuje piłki. Zjadł Tiote na śniadanie. Hugo faktycznie zaskoczył pozytywnie, widać, że to jest taki „confidence player”. Jak ma pewność siebie, to może się bardzo przydać drużynie. Wczoraj tak było i chyba zasłużył na to, by zagrać z Berbą przeciw QPR. Naszego asa oceniać chyba nie mam co, klasa i jeszcze raz klasa, szkoda jedynie tych zmarnowanych sytuacji. Krul to jednak nie ogórek. Dejagah faktycznie niebezpieczny zarówno w ofensywie, dla rywala, ale też w defensywie, dla nas samych. Trzeba mu podpowiedzieć parę rzeczy z zakresu odpowiedzialności na boisku, dobrze że prokurowane przez niego rzuty wolne niczym się nie zemściły. Ale w atakach robi coraz większy szał, kilka podań do Berby było magicznych. No i spory udział przy bramce na 2-1. Schwarzer bardzo pewny pod koniec, ale faktycznie zadziwia tym wybijaniem na oślep.

    Pomogło na pewno wyrobienie przez świetnego Ben Arfę jedynie 70 minut, no ale przeciez u nas zabrakło Bryana.

    Skład na QPR chyba mniej więcej się wyklarował, może zostaje tylko kwestia lewej pomocy. Alex, Kerim, Kieran?

    Dawid – myślę, że historie prasowe o tym, że Hugo zarabia tu jakieś niestworzone kokosy, to nieprawda.

  2. Może i nie- gościa strasznie lubiłem za czasów gry w Wigan a tu…kurcze miałem dylemat bo jeszcze Petric przyszedł a tez naprawde doceniam Jego klase (pare minut na boisku i prawie wpakował pięknego gola). Oby więcej takich meczy w wykonaniu Hugo i nawet nie bede myślał o Jego wypłatach;)

    A z QPR- oby defensywa z bramką bez zmian- w pomocy w sumie też wielu korekt nie ma sensu robić (zaciekawiła mnie opcja z Ashkanem po prawej i Duffem po lewej) wobec słabszego meczu Alexa to może być rozwiązanie optymalne- a z przodu…czekam na powrót Ruiza a w chwili obecnej Hugo i Berba jak nic.

  3. Tak, Sidwell był znowu znakomity i to bardzo cieszy. Zwłaszcza, że już w pewnym momencie, przed tymi jego problemami z przepukliną, uważałem, że to zawodnik zupełnie bezbarwny i nie wnoszący nic do zespołu. Tymczasem w ostatnich spotkaniach jest w straszliwym gazie, wreszcie pokazuje dlaczego sięgnął po niego sam Mou i skąd uważany był podczas gry w Reading za typowego box-to-boxa. Z Newcastle widać było, że mu bardzo zależy, kilka jego agresywnych doskoków było godnych podziwu. Ale nic nie ujmuję też Bairdowi, może nie zapędza się tak bardzo do przodu, ale zwłaszcza w pierwszej połówce przejął również dużo piłek (co nie było trudne, bo Newcastle podawało jak amatorzy), no i standardowo miał z dwa idealne krosy.

    Co do Hugo, zdecydowanie najlepszy mecz w naszych barwach i zgadzam się, że to chyba jeden z tych, co potrzebuje regularnej gry i zaufania. Ma braki techniczne, ale jest szybki i silny, no i potrafi grać głową. Nie wiem kto był ostatnio tak dobrze grającym tą częścią ciała zawodnikiem? Brian? No bo Zamora, mimo wzrostu, jakoś nigdy wybitnie nie główkował, nie miał tego dynamicznego nabiegu na piłkę i wyskoku. A co do tygodniówki Hugo, też raczej w to nie wierzę. W końcu jego statystyki z Wigan na kolana nie rzucały.

    Co do składu na QPR, macie rację, że wydaje się być dość łatwy do przewidzenia. Ale mogę się założyć, że oprócz wątpliwości na lewej flance, będzie jeszcze jakaś roszada. Obstawiam, że Mahamadou jednak zagra, a Chris na ławeczkę powędruje. Na Lewej, ja bym osobiście najchętniej widział Kacę, na prawej Duffera, a potem, jako super rezerwowych, Dejagah i Frei. Ale znając Szreka, zobaczymy tam Richardsona. 😀

  4. W relacji zapomniałem napomknąć o celebracji Duffa przy drugiej bramce. 🙂 Chyba trochę kibice Srok grali mu na nerwach. 🙂 Tak swoją drogą, dla czego jest tak nielubiany, ktoś wie? Tylko dla tego, że był w gruncie rzeczy niewypałem transferowym, czy ma to głębsze podłoże?

  5. chodzą plotki o rozmowach na temat transferu/wypożyczenia Boatenga

  6. Którego, tego co zwykle? 😀

  7. Macu, nie jestem wielkim ekspertem w sprawach tego, co tam myślą o Duffie kibice Newcastle, ale Damien chcąc nie chcąc spuścił ten klub do Championship, bo jak grali ostatni mecz tamtego sezonu z Aston Villą to jedyna bramka to był… jego samobój i przez niego spadli 😛 (jakis mega rykoszet). No ale w sumie to byłaby głupota, gdyby rzeczywiście chodziło o to, więc zapewne fani Toon czepiają się głównie tego, że zarabiał prawdopodobnie sporo, a niewiele wniósł (tylko że często przestawiano go tam na obronę), no i tego, że zaraz po spadku przeszedł do nas (wielu piłkarzy Newcastle zostało).

    Główki? Hm, Demps miał ten aspekt dopracowany niemal do perfekcji 😛 ale ja już też zapominam, że ktoś taki grał w Fulham 😛 😛 😛

    Jol powiedział w ostatnim wywiadzie, że z Mahamadou niestety coś się stało i nie jest gotowy do gry (bardzo tajemniczo to brzmi, a w styczniu na PNA pewnie pojedzie 😛 ), więc w środku zagrają zapewne Stefek i Krzysiek. Również uważam, że od początku powinni zagrać Duffers i Kaca, bo Ashkan i Kerim są idealni już na podmęczonego rywala.

    Boateng, Carlton Cole, Bentley – sezon ogórkowy nadchodzi 😛

  8. Haha. No faktycznie był jeszcze Dempsey, ale również o nim zapomniałem. Zwłaszcza, że jednak rozważałem typowych napastników. 😀

    Bentley? To na prawdę śmieszny żart. Koleś, który ledwo łapie się do pierwszego składu Rostova? 😀

  9. Bentley, gdyby grał tak jak za czasów w Totenhamie niemiał bym nic przeciwko 😛 Ale teraz to faktycznie jakiś żart świąteczny. 😛

  10. Spokojna głowa, ja tylko rzucam nazwiskami, o których co pół roku pisze się w kontekście transferu do Fulham, a co nie spełnia się nigdy 😀


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: