Napisane przez: Macu | Luty 2, 2013

Ciemność, widzę ciemność? Fulham 0-1 Manchester United.

Po boisku biega 22 facetów, a na końcu i tak wygrywa Manchester United. Tak można jednym zdaniem podsumować s0botni pojedynek Fulham z ekipą Sir Alexa Fergusona. Pojedynek, który był znakomitą reklamą angielskiej Premier League. Przeżywające trudny okres piłkarze the Whites wznieśli się bowiem na swoje wyżyny i w piekielnie interesującym pojedynku sprawili czerwonym diabłom całą masę kłopotów. Mieliśmy wszystko na co raduje się dusza futbolowego kibica: okazje bramkowe, słupki, poprzeczki, składne akcje, wymiany cios za cios, wybicia z linii bramkowej, nawet … awarię oświetlenia. Wszystko to, by na końcu pomyłkę Senderosa wykorzystał Rooney i dał gościom niekoniecznie zasłużony triumf.

stats-manu-home-2013

Relację tę zaczniemy nietypowo, bowiem od razu przeniesiemy się do 42 minuty, do zdarzenia, które nierzadko ma miejsce na piłkarskich boiskach. To właśnie wtedy na rozświetlonym futbolowymi emocjami Craven Cottage zapadła kompletna ciemność. Przez chwilę można było się zastanawiać, czy to nie jest swoisty akt sprzeciwu tego leciwego obiektu przeciwko grze the Cottagers, przyzwyczajonego do wyższych standardów gry. Swoiste zamknięcie oczu na to, co dzieje się murawie. A jednak przebieg wcześniejszych niemal trzech kwadransów raczej wykluczał taki przejaw złości przycupniętego nad brzegiem Tamizy starca. Fulham walczyło jak równy z równym z wielokrotnym mistrzem Anglii, a tysiące oczu obserwujących widowisko z ożywieniem reagowało na przebieg boiskowych wydarzeń. Słowem, oglądaliśmy to stare, dobre Fulham, które na własnym stadionie doprowadzało Fergusona do wrzenia, a w przerwie uruchamiało jego suszarkę. Niestety, mimo że the Whites zasługują na to, by obsypać ich deszczem pochwał, co zostanie zresztą uczynione poniżej, Manchester w typowo diabelski sposób zdołał wydrzeć wszystkie trzy punkty, na pocieszenie zostawiając fakt, że gospodarze nie zaprezentowali się na ich tle jak ktoś nieudolnie szukający po omacku włącznika światła.

Bez Dimitara Berbatova, Steve’a Sidwella i bez żadnego nowych nabytków wyruszyli dzisiaj do boju piłkarze Martina Jola. Siłą rzeczy, w wyjściowym składzie mieliśmy zatem kilka zmian w porównaniu ze środową potyczką z West Hamem, bo o ile Philippe Senderos miejsce u boku Brede Hangelanda zachował, o tyle Chris Baird i Ashkan Dejagah byli tymi, którzy wskoczyli do pierwszej jedenastki. Tymczasem holenderski wódz Fulham postanowił zrekompensować brak bułgarskiego gwiazdora poprzez ustawienie Rodallegi na szpicy i Bryana Ruiza tuż za jego plecami, co okazało się manewrem dość udanym. Z nowych twarzy, na ławce rezerwowych usiedli Urby Emanuelson i Emmanuel Frimpong.

Po dwóch minutach pojedynku można było już komunikować, iż w porównaniu z katastrofą z Pucharu Anglii, Fulham poczyniło postęp, gdyż nie dało sobie tak szybko wbić bramki. Co nie oznacza wcale, że na murawie nic się nie działo, wręcz przeciwnie, pojedynek prędko wszedł na wysokie obroty, i co najważniejsze, wcale nie było to widowisko jednostronne. The Whites, głęboko cofnięci, wyprowadzali groźne kontrataki, bazując na szybkim i walecznym Hugo Rodalledze. Tymczasem Manchester mozolnie budował swoje akcje, używając całej szerokości boiska i pokazując jak przesuwając mądrze futbolówkę można poczynić wyłom w nawet najszczelniejszej defensywie, jakkolwiek nie mam tu w zamiarze sugerować, że czwórka obronna Fulham do takowych należy.  Do bezrobotnych bez wątpienia nie należeli obaj bramkarze, już w pierwszym kwadransie musieli się oni uwijać z lecącymi w ich kierunku piłkami, co czynili skutecznie, potwierdzając swoją światową klasę. Chociażby, bliski swojej pierwszej bramki dla Fulham był Riise, ale jego kapitalny technicznie strzał z dystansu nie spadł pod poprzeczkę De Gei, bowiem Hiszpan popisał się znakomitą interwencją. Niewiele później Ruiz huknął zza pola karnego, a palce byłego gracza Atletico Madryt, znanego wszystkim kibicom Fulham z finału Ligi Europy, sparowały to mocne uderzenie na słupek. Rzecz jasna Manchester też nie próżnował, przed sytuacją Ruiza zespół Fergusona trafił w poprzeczkę, w akcji, która tylko cudem nie zakończyła swojego żywotu w siatce the Cottagers. Fulham grało uważnie w obronie, co w połączeniu z bardzo wysoką formą Schwarzera, dawało nadzieję na dobry wynik. W środku pola improwizowany duet Baird – Karagounis spisywał się zaskakująco dobrze, w meczu w którym Fulham grało głównie sercem, dwaj fajterzy w środkowej strefie byli jak znalazł. Z niezłej strony pokazywał się również Dejagah, występujący dziś na prawej flance. Co prawda standardowo przeprowadził parę akcji w których chyba sam nie wiedział co chce zrobić, jednak kilka jego zagrań zasługiwało na aprobujące skinienie głową. Warto również wspomnieć o Bryanie Ruizie, który brał na siebie ciężar rozegrania akcji, i choć zdarzało mu się za łatwo tracić futbolówkę, tudzież podejmować złe decyzje, Kostarykanin bez dwóch zdań zaprezentował się lepiej aniżeli w potyczce z młotami. Wraz z upływającym czasem, united zaczynało przejmować inicjatywę na boisku, ale w żadnym wypadku nie można było mówić o dominacji. Oprócz kolejnego strzału w obramowanie bramki, tym razem w wykonaniu Rooney’a, goście nie mieli wielu klarownych okazji. Awaria elektryczności, która dodała temu niezwykle emocjonującemu pojedynkowi dodatkowego uroku, w pewien sposób przedwcześnie skończyła pierwszą część gry, bowiem po ponownym oświeceniu na Craven Cottage i wznowieniu gry, obie drużyny wyczekiwały już głównie na właściwą przerwę.

Po 15-minitowym, regulaminowym odpoczynku byliśmy świadkami zmiany w tempie gry, które nieco, potocznie mówiąc, siadło. Zmiana nastąpiła również w ekipie gospodarzy, bowiem kontuzja Hangelanda sprawiła, iż na murawę musiał wejść ten, który przypłacił ostatnią potyczkę z Manchesterem utratą miejsca w składzie – Aaron Hughes.  Co ciekawe, opaska kapitańska, wobec nieobecności wicekapitana Berbatova, powędrowała do Johna Arne Riise, który rzekomo jeszcze niedawno miał być mocno skonfliktowany z Martinem Jolem…  Wracając do wydarzeń na boisku, ich atrakcyjność spadła również dla tego, że mieliśmy zdecydowanie mniej okazji strzeleckich. Zaczynała się również zarysowywać coraz większa przewaga gości. A jednak ani Rooney, ani będący w wyśmienitej formie van Persie nie potrafili zadać decydującego ciosu. Ferguson nie zamierzał przypatrywać się remisowej grze w sposób bierny i w 66 minucie posłał w bój Hernandeza (zastąpił Valencię), a Rooney przeszedł na lewą flankę, roszada, która miała się okazać kluczowa dla przebiegu spotkania. Nie próżnował również Martin Jol, który standardowo zmuszony był ściągnąć wiekowego, a jednak nadal bardzo pożytecznego dla zespołu Karagounisa, dając tym samym okazję dla debiutu dla pożyczonego z Milanu Urby Emanuelsona. Była to rotacja pozycja za pozycję, także Holender zaczął swoją karierę w Fulham od gry w środku pola, dwóch słów, które są kluczem do otworzenia ust niemal każdego sympatyka londyńskiego klubu. O znaczeniu tej pozycji powiedziane i napisane zostało już niemal wszytko. Urby zaliczył udany debiut, grając aktywnie, jednak ewidentna była u niego ciągota do lewej strony boiska. Holender, nie mniej, zdaje się być zdecydowanym kandydatem do gry w wyjściowym składzie, a jedynym znakiem zapytania jest rola jaką będzie otrzymywał. Kwadrans przed końcem, zdawało się nawet, że Fulham może nawiązać do tych wspaniałych meczów, kiedy chociażby Zoltan Gera dawał the Cottagers zwycięstwo, w ekwilibrystyczny sposób dobijając drużynę Fergusona. Ponownie wyróżniający się Riether groźnie uderzał zza pola karnego, a chwilę potem bliski szczęścia był Dejagah, szukający uderzenia głową. Wreszcie, po rożnym, Ruiz strzelał głową i tylko przytomność Rafaela, wybijającego z linii, uratowała the Red Devils. Ale Manchester United to nie jest zwykły zespół. To wielka firma, znana ze swojego wyrachowania, sprytu i zimnej krwi. Kiedy zdawało się, że gospodarze walczą z diabłami jak równy z równym, nadeszła 79 minuta. Dobrze spisujący się na przestrzeni całego meczu Senderos źle obliczył kozioł piłki, minął się z futbolówką i kataklizm był gotowy. Rooney doszedł do piłki na lewej stronie, przymierzył po długim rogu i następnie mógł rozpocząć celebrację bramki wraz z kibicami gości na Putney End. Jeden indywidualny błąd zniweczył tytaniczną pracę włożoną w to spotkanie przez cały zespół. The Whites nie poddali się, do końca gryźli trawę, walczyli o każdy centymetr boiska, dali nawet radę zepchnąć rywala do dość panicznej defensywy. Zaangażowanie w ten pojedynek chyba najlepiej zobrazowała sytuacja z Damianem Duffem, który niemal nie wybuchł ze wściekłości, kiedy po olbrzymim swoim wysiłku odebrał futbolówkę rywalowi, tylko by usłyszeć dość pochopnie wzięty w usta sędziowski gwizdek. W doliczonym czasie gry sam Senderos stanął przed szansą na wymazanie swoich win, po wrzutce z rożnego jego główka leciała w kierunku bramki obok bezradnego De Gei, niestety, w tym wypadku to van Persie był tym, który uchronił swój zespół przed utratą bramki. Najlepszy strzelec zespołu uratował liderowi Premier League trzy punkty akcją defensywną. Takim wymownym, dobrze podsumowującym to spotkanie akcentem, zakończę tę relację. W duszach mamy wreszcie nieco światła.

manu-home-2013

Na Cottage przez chwilę było ciemno, ale za to w kibicowskich duszach nieco raźniej.


Responses

  1. Co z brede??

  2. polecam szczególnie obrazek

  3. A tak w ogóle, Cookie, to chciałem się z Tobą nie zgodzić, bo uważam, że dzisiaj Hugo znowu zagrał świetny mecz. Trochę jak AJ za dobrych czasów, szukał gry, męczył obrońców, wybiegał do piłek. No i nawet z pierwszej piłki potrafił dobrze odegrać. Jak dla mnie, to nasza najlepsza opcja na szpicę. Mladen jako joker.

  4. Tu się z macu muszę zgodzić, Rodallega zagrał na miarę swoich możliwości na pozycji wysuniętego napastnika. Czyli świetnie absorbował obronę, męczył przeciwnika, robił wszystko to co powinien. Z całego przebiegu gry mam takie wrażenie, że Ruiz odstawał od całego zespołu. Pamiętam takie akcje, kiedy pomiędzy naszymi zawodnikami piłka szybko wędrowała aż do czasu dotarcia do Ruiza – ten nie dość, że zwolnił akcję to jeszcze stracił piłkę. Generalnie nie widzę dla niego za bardzo miejsca na boisku w którym mógłby zrobić różnicę w grze…

  5. Ruiza ciężko oceniać, bo faktycznie momentami wstrzymuje akcje, podejmuje złe decyzje, ale przynajmniej próbuje. Ściąga na siebie przeciwników, bierze ciężar gry, no i czasami świetnie poda, strzeli, czy chociażby rozciągnie akcję. Dla mnie, powinien grać gdzieś w środku. Ale jak mamy grać z Hugo i Berbą, to faktycznie robi się problem…

  6. My tu troszke narzekamy na Ruiza, a gdy go niebyło to był jeden wielki „bajzel”. Każdy jest do zastąpienia, ale nie ukrywam że wole kiedy jest Bryan czy Berbatov. Co do Hugo, zagrał bardzo dobry mecz przeciwko United, ale te miejsce moim zdaniem bezkonkurencyjnie wygrywa Pan z numerem 9.

  7. tylko patrząc na Ruiza moim zdaniem wciąż nie widać uzasadnienia wydania na niego takiej kwoty jaką wydaliśmy, poza tym nie widzę żadnej możliwości zarobienia na jego sprzedaży, ba choćby wyjścia na 0… Potrzebujemy transferów w stylu Dembele, czyli rozsądna kwota i możliwość zarobienia. Za Ruiza nikt nigdy nie zapłaci więcej niż my za niego daliśmy…

  8. Masz rację, Macu – Hugo jest wręcz bliźniaczo podobny do AJ’a w swojej grze, zarówno jeśli chodzi o swoje zalety, jak i wady. Oczywiście, zauważam pracę jaką wykonuje Rodallega, ale mnie razi w oczy słaby stricte piłkarski poziom, jaki prezentuje. Zagrywa z pierwszej piłki bardzo na oślep, tak, jak mu się ustawi noga, często podaje niedokładnie do najbliższego kolegi stojącego parę metrów obok. To, że podchodzi do wolnych, gdy jest na boisku Bryan czy nawet taki Riise, to już w ogóle kuriozum. Andy’ego uwielbiałem za poświęcenie, pasję, to jeden z moich ulubionych piłkarzy jaki przywdziewał koszulkę Fulham, ale również wiele razy przyprawiał mnie o ból głowy przez swoje „limity”. To nie był piłkarz na regularną grę tydzień w tydzień w miarę klasowym zespole PL i takim wg mnie nie jest również niestety Hugo… Mladenowi, choć on nie biega praktycznie w ogóle, często wystarczy tylko odrobina przestrzeni i mamy bramkę…

    Naprawdę nie będziemy prezentować się lepiej, jeśli mielibyśmy mieć w składzie 11-tu Hugo zamiast 11-tu Bryanów😛 w tej lidze nie zdziała się nic bez piłkarzy kreatywnych, a Ruiz to jedna z naszych bardzo niewielu opcji w tej kwestii.

    Na Norwich wrócą najprawdopodobniej Berba i Sid, dostępny będzie raczej również Manolew, nie zagra za to niemal na pewno Enoh. Co do Brede, Jol po meczu z United powiedział, że będzie pauzował przez ok. 2 tygodnie.

  9. male pytanie czy ktos ze strony bedzie w norwich moze?jezeli tak to zapraszam na piwko przed lub pomeczowe.COYW!

  10. Niestety do Norwich troche za daleko🙂

    Z dzisiejszej prasy, tylko ze troche pozno na zal panie Jol


  11. No ja z Wawy to też raczej nie dam rady, ale gdyby była okazja, to chętnie bym jakąś pintę wychylił przy ewentualnym pobycie w Anglii.😉

    Cookie, no nie da się ukryć, że Hugo niestety nie jest zawodnikiem godnym gry w najlepszych klubach PL, choć momentami, podczas jego pobytu w Wigan, mogło się tak wydawać. Nie mniej, ja osobiście bardziej wolę go niż Mladena, a przynajmniej, chciałbym zobaczyć jak będzie radził sobie przez kilka meczów z rzędu jako ten wysunięty napastnik. Bo tak na prawdę, to nigdy nie dostał szansy regularnych występów. Petrić faktycznie strzela bramki z niczego, ale niestety za mało pracuje na boisku, jak dla mnie. Bardziej widzę go jako jokera. Przynajmniej na tę chwilę.

    Co do artykułu, niezbyt odkrywcze wnioski.🙂 Jakkolwiek Jol zapomina, że jednak Clint dość często grał także w ataku. Ale szczerze, to zdawało się, że akurat w tej strefie, transfery z lata powinny zapewnić odpowiednią rekompensatę dla strat. Tylko ten piekielny środek pomocy…

  12. No I chyba pierwszy raz powiedzial oficjalnie cos na temat walki o utrzymanie w PR

  13. No fakt, ostatnio Jol mówi otwarcie o tym utrzymaniu. Z drugiej strony, co wywiad, to prezentuje zupełnie odmienne opinie, przecież mówił, że jest zadowolony z tego, co wyszło podczas okienka, a teraz żali się, że… jednak nie jest🙂

    Myślę, że Hugo zagra również dzisiaj, ale jak na razie, jego forma jest mocno sinusoidalna – jak to ładnie mówią na forach, to taki typowy „confidence player”. Przychodzi mecz z Newcastle, przychodzi mecz z WHU, gdzie Hugo imponuje, strzela piekielnie ważne bramki i wydaje się, że oto narodził nam się ten snajper, jakiego szukamy, a potem w kolejnych meczach gdzieś nam się chłopak gubi. Obym się mylił🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: