Riise trafia dla Szabel

Koledzy gratulują trafienia Norwegowi.

We wczorajszych spotkaniach Championship i League One wystąpiło 4 wypożyczonych graczy Fulham:

Bjorn Helge Riise pojawił się na boisku w 72. minucie spotkania Sheffield United z Leeds, jednak już dwie minuty później wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik spotkania na 2:0. Pierwsza bramka padła po samobójczym trafieniu wypożyczonego z Aston Villi Erica Lichaja. Mimo 3 punktów Szable wciąż pozostają w strefie spadkowej i do bezpiecznej 21. pozycji tracą 4 oczka.

Eddie Johnson wciąż nie może trafić do bramki od powrotu z Grecji. Amerykański napastnik spotkanie z Coventry rozpoczął w podstawowym składzie, jednak nie dotrwał do końca spotkania. W 74. minucie został zmieniony przez Barry’ego Nicholsona. Preston wygrało mecz 2:1 i była to druga wygrana z rzędu The Lillywhites. Mimo tego drużyna z 31 punktami okupuje ostatnie miejsce w tabeli.

Kagisho Dikgacoi, chwalony za swe ostatnie występy w Crystal Palace, tym razem zanotował pełne 90 minut w domowej potyczce z Derby County, która zakończyła się podziałem punktów 2:2. Tym samym klub z Londynu dopisał sobie punkcik i utrzymuje przewagę 4 nad strefą spadkową.

Lauri Dalla Valle tym razem nie strzelił, ale za to rozpoczął mecz w podstawowym składzie. Grał do 60. minuty, a jego Bournemouth uległo na wyjeździe Carlisle i straciło punkty do uciekających Brighton czy Southampton. The Cherries znajdują się na 5. miejsce w League One, gwarantującym udział w barażach o awans do Championship.

Keanu Marsh-Brown w sobotę nie grał, gdyż jego Milton Keynes Dons dopiero w poniedziałek podejmą Peterborough.

 

Oto gol Riise:

Reklamy

Ostatnia szansa na europejskie puchary? Everton – Fulham

Rzut oka na tabelę Premier League nie pozostawia fanom Fulham złudzeń. Do szóstego miejsca The Cottagers tracą 7 punktów, ich przewaga nad strefą spadkową wynosi tylko 4 oczka. Spotkanie z Evertonem da więc odpowiedź na pytanie: o co walczą w tym sezonie podopieczni Marka Hughesa?

Jeśli są wśród nas jacyś hurraoptymiście, to muszę niestety stonować ich nastroje. Ze świecą szukać równie nieprzyjemnego dla The Whites obiektu, co stadion niebieskiej części Merseyside: Fulham nigdy nie wygrało na Goodison Park, a jedyny punkt tam zdobyło w… 1959 roku. W epoce Al Fayeda potyczki tych dwóch drużyn cechował fakt, że zawsze były one rozstrzygnięte. Seria ta złamała się dopiero we wrześniu ubiegłego roku, gdy na Craven Cottage padł bezbramkowy remis. Co więcej, tylko jedno z wcześniejszych spotkań nie zakończyło się zwycięstwie gospodarzy. Pod koniec jakże udanych dla Fulham rozgrywek 2008/09 The Toffees triumfowali na SW6 2:0, po dwóch trafieniach Leona Osmana, a w barwach FFC zagrali tacy nieco zapomniani już kopacze jak Nevland, Smalling czy Dacourt. Nie dajmy się jednak zwieść historycznym statystykom – Fulham i Everton to drużyny najczęściej remisujące w obecnych rozgrywkach!

Tylu graczy, a kopnąć nie ma komu. Efekt? 0:0

 

Myślę, że warto poświęcić chwilkę na zawodników, których kariery łączą jutrzejsi rywale. Zacznę od eks-Cottagera w Liverpoolu, którego wielu fanów z Londynu wspomina bardzo dobrze. To francuski napastnik Louis Saha, który między 2000 a 2004 rokiem strzelał bramki dla ekipy z Craven Cottage. Zdobył ich łącznie 65 i do dziś pozostaje najlepszym strzelcem drużyny po 2000 roku, wyprzedzając Steeda Malbranque’a i swojego imiennika z Portugalii, Boa Morte. Francuz na Goodison Park trafił w 2008 roku, po średnio udanej przygodzie Na Old Trafford. Przykładami bezpośrednich transferów z Evertonu do Fulham są dwaj gracze Sparky’ego, którzy mają szansę pojawić się jutro na placu gry. To Simon Davies (sprowadzony w 2006 roku jako następce wspomnianego Malbranque’a) oraz Andy Johnson (rok 2008, ponad 10 milionów funtów). Zaskakująca jest przemiana, jaką obaj przeszli w Londynie. Walijczyk Goodison Park opuścił z łatką nieudanego transferu, jednak szybko stał się ważnym elementem drużyny najpierw Sancheza, potem Hodgsona. AJ z kolei zaliczył odwrotną zmianę. Choć w Evertonie nie trafiał tak regularnie jak w Crystal Palace, to zapadł w pamięć kibiców dzięki dwóm trafieniom w derbach Merseyside czy przepięknej bramce przeciwko Brann. Niestety, jego gra w Fulham to pasmo niepowodzeń, spowodowanych w dużej mierze licznymi kontuzjami. A skoro mowa o kontuzjach, to warto dodać, że powoli wracający do zdrowia po poważnym urazie Phillippe Senderos również zaliczył, choć bardzo przelotny, epizod w Evertonie. Poniekąd podobny do tego, jaki miała żywa legenda klubu z Fulham, Brian McBride.

Louis Saha. Niegdyś Fulham, dziś Everton.

Na koniec postaram się przewidzieć jedenastki, w jakich wyjdą oba zespoły. Zarówno Mark Hughes, jak i David Moyes będą mieli kłopoty z obsadzeniem środka pola. Gospodarze na pewno nie będą mogli skorzystać z Mikela Artety i Marouane’a Fellainiego, a pod znakiem zapytania stoi gra doświadczonego Phila Neville’a i najlepszego obok Sahy strzelca drużyny – Australijczyka Tima Cahilla. W Fulham problemem będzie znalezienie partnera dla Danny’ego Murphy’ego. Urazy wykluczają z gry występujących do tej pory na zmianę Dicksona Etuhu i Steve’a Sidwella. W tej sytuacji najbardziej prawdopodobne jest wybiegnięcie w podstawowej ’11’ Jonathana Greeninga, choć nie można wykluczyć, iż do pomocy przesunięty zostanie Chris Baird, a jego miejsce na prawej defensywie przypadnie Johnowi Pantsilowi lub Stephenowi Kelly’emu. Na koniec słowko o dwóch możliwych jubileuszach. Ten ważniejszy dla nas dotyczy Damiena Duffa. Znajdujący się ostatnio w wybornej formie Irlandczyk potrzebuje już tylko jednego gola do osiągnięcia granicy 50. bramek w Premier League i tym samym stania się trzecim, po Robbie’m Keanie i Niallu Quinnie, Irlandczykiem który dobije do tej bariery. Z drugiej strony jeśli przeciwko swojej byłej ekipie wystąpi Saha, będzie to dla niego 250. mecz w najlepszej lidze świata.

Fellaini i Etuhu. Dwaj wielcy nieobecni jutrzejszej potyczki?

Everton:  Howard – Hibbert, Heitinga, Distin, Baines – Osman, Jagielka, Rodwell, Bilyaletdinov – Cahill, Saha
Fulham:  Schwarzer – Baird, Hughes, Hangeland, Salcido – Duff, Murphy, Greening, Dempsey – A. Johnson, Dembele.

Wziąć rewanż czy uniknąć powtórki? Manchester City – Fulham

Już dziś, w ramach 28. kolejki Premier League, podopieczni Marka Hughesa zmierzą się z 3. drużyną tabeli, Manchesterem City. Fani The Cottagers zdążyli chyba przywyknąć do faktu, iż mecz z The Citizens jest na swój sposób wyjątkowy. Tak, jak przed każdym innym meczem media skupiają się na poszczególnych zawodnikach Hughesa, tak przed spotkaniami z drużyną dowodzoną przez Roberto Manciniego obiektem ich zainteresowań jest sam Sparky. I nie ma w tym nic dziwnego. Obecny manager Fulham prowadził rywali The Whites przez półtora roku, od czerwca 2008 do grudnia 2009. Uważniej śledzący angielską ligę fani na pewno pamiętają dosyć kontrowersyjne okoliczności zwolnienia Hughesa przez włodarzy klubu z Manchesteru – nastąpiło to 15 minut po wygranym przez jego podopiecznych meczu z Sunderlandem (4:3). Sam Sparky nie ukrywał swojego rozgoryczenia, zarzucając Mancinemu mocno niekoleżeńskie zachowanie. Dzisiejsza potyczka będzie dla niego pierwszą wizytą na City of Manchester Stadium od tamtego wydarzenia. Jak zostanie przyjęty przez miejscowych fanów?

Rzut oka na meczowe statystyki nie napawa fanów optymizmem, choć bezpośrednia statystyka wyjazdowych meczów z Manchesterem City wypada dla Fulham wyjątkowo dobrze. Od 2002 roku, czyli powrotu rywala do Premiership, Fulham tylko dwa razy przegrało ligową potyczkę na Eastlands. Kibice z pewnością miło wspominają trzy ostatnie wyprawy do środkowej Anglii. Najpierw, w kwietniu 2008 roku Fulham wygrało 3:2, choć do 70. minuty utrzymywał się rezultat 0:2. Bramkami wówczas podzielili się Diomansy Kamara (dwie) oraz Danny Murphy. Kolejna wizyta to niespodziewana wygrana 3:1. Scenariusz był podobny, do przerwy miejscowi prowadzili 1:0, jednak w drugiej połowie dwa gole Dempseya oraz piękne uderzenie Dicksona Etuhu dały 3 punkty graczom Hodgsona. Wreszcie mecz z zeszłego sezonu, kiedy to zawodnicy Manciniego objęli prowadzenie po dwóch szybkich golach na początku drugiej połowy. Riposta The Cottagers była jednak błyskawiczna:  gole Duffa oraz Dempseya wyrównały stan meczu.

Wygląda fajnie, prawda? Niestety, muszę popsuć dobre nastroje ostatnimi wynikami drużyn. The Citizens wygrali wszystkie, z ostatnich 7 domowych spotkań i co więcej, tylko w 1 z tych meczów nie strzelili co najmniej 3 bramek. Fulham z kolei po pamiętnej wygranej w Stoke grało 4 razy poza SW6. Dwa razy zremisowało, 2 razy przegrało.  Koniecznie trzeba jednak zwrócić uwagę na dobra grę podopiecznych Hughesa w tych spotkaniach oraz mocnych rywali: m. in. Tottenham, Liverpool czy Aston Villę.

Na koniec kilka słów o składzie Fulham. Największym zmartwieniem dla fanów może być odnowienie się kontuzji Bobby’ego Zamory. Uraz nie jest ponoć poważny, jednak stawia dzisiejszy występ Anglika pod dużym znakiem zapytania. Ponadto problem z więzadłami w kolanie ma Steve Sidwell. Lekarze Fulham szacują, że powrót do gry zajmie mu około miesiąca.  Ten uraz otwiera drogę do podstawowego składu Dicksonowi Etuhu, który wykurował się już i pucharowe spotkanie z Boltonem oglądał z ławki rezerwowych. Teoretycznie mogło by się zdarzyć tak, że grałby przeciwko swojemu młodszemu bratu, Kelvinowi, jednak skrzydłowy Manchesteru City jest daleki od wywalczenia sobie miejsca w składzie. Kronikarski obowiązek nakazuje mi jeszcze wspomnieć o absencjach Senderosa oraz Kamary, jednak obu, z kompletnie różnych przyczyn, od dłuższego czasu nie oglądaliśmy na boisku. Krótki rzut oka na listę braków w Manchesterze: Kompany, de Jong, Adam Johnson, Given, Milner, Richards. Lista robi wrażenie, jednak Roberto Mancini z pewnością ma na ich miejsce równie zacnych zmienników.

Przewidywane składy.

Manchester City: Hart – Zabaleta, Boateng, K. Toure, Kolarov – Wright-Phillips, Barry, Y. Toure, Silva – Tevez, Dzeko.

Fulham: Schwarzer – Baird, Hughes, Hangeland, Salcido – Duff, Etuhu, Murphy, Dempsey – A. Johnson, Dembele.

 

PS. Na skutek urazu Adama, braku Michaela w podstawowym składzie oraz wypożyczenia Eddiego, prawdopodobnie nie dojdzie do derbowego spotkania Johnsonów. 😦

Październik 2009. Jedni cieszą się z gola Dempseya, inni z bidonu z napojem.

In Bobby We Trust

Bobby wraca do gry!


Niewątpliwą przewagą bloga nad naszą poprzednią fulhamową witryną jest to, że można porzucić formalny styl pisania i pozwolić sobie na odrobinę luzu. Mój pierwszy wpis na Fulham Polska będzie dosyć swobodny i skupi się na powrocie Bobby’ego Zamory do składu Fulham.

Na wstępie przyznam się, że sam do tego tematu podchodziłem dość sceptycznie. Wiadomo, bardzo poważna kontuzja, ryzyko wystąpienia powikłań przy rehabilitacji i powrotach do treningów, no i ten wiek. Bobby to chłop z trzema krzyżykami na karku, a nie elastyczny młodzieniaszek. Zresztą wszyscy obserwujemy jakże trudny comeback Andy’ego Johnsona. Choć Hughes obdarzył AJ-a ogromną dozą zaufania, napastnikowi wciąż jeszcze bardzo daleko do optymalnej formy.

A jednak z każdą kolejną wiadomością o polepszającym się stanie zdrowia Zamory oraz jego pierwszych ćwiczeniach poprawiał mi się humor. Klubowi partnerzy nieraz podkreślali, że brakowało im Bobby’ego nie tylko jako piłkarza, ale także jako kolegi. Coś w tym jest, ze świecą szukać kibica Fulham, który nie lubiłby pociesznego, solidnie zbudowanego snajpera. Jednakże nie pisałbym o nim tylko ze względu na sympatię. Uważam, że to właśnie on, a nie Eidur, Sidwell czy Kakuta, będzie naszym największym wzmocnieniem na wiosnę.

Od momentu przełomowej wygranej na Britannia Stadium obserwujemy jakby inne Fulham, zupełnie inne od tego, które w słabym stylu przegrywało derby z Młotami czy wyjazd na The Hawthorns. Odważna, ofensywna gra wreszcie zaczęła przekładać się na wyniki. Wysoką formę złapali ci, którzy zaliczyli nietęgi start, czyli Damien Duff i Danny Murphy, a istnym strzałem w ’10’ okazało się wystawienie Chrisa Bairda na lewej obronie, w miejsce przebojowego, ale niepewnego Carlosa Salcido. Pewne wygrane z West Bromem, Stoke i Tottenhamem, wyrównane pojedynki toczone na White Hart Lane, Villa Park czy Anfield Road. To wszystko napawało nas, kibiców The Cottagers, dumą i powodowało, że coraz bliższy byłem zaryzykowania stwierdzenie, że notujemy wyniki jak za Roya, ale grając przy tym radosny, ofensywny futbol. Do pełni szcześcia brakowało jednego. Pewnego snajpera, który wykańczałby akcje kolegów. Bobby’ego Zamory.

Pod nieobecnośc najlepszego strzelca zeszłego sezonu, obowiązek zdobywania bramek dla FFC na swoje barki niespodziewanie wziął rewolwerowiec z Teksasu – Clint Dempsey. Z czasem do zdrowia powrócił jednak inny ofensywny gracz, Moussa Dembele i Mark Hughes przesunął Amerykanina na lewą flankę, stawiając na parę Moussa – AJ. Parę efektowną, lecz nieefektywną. Od Belga od początku ciężko było wymagać masowego zdobywania goli – jego statystyki z Aalkmar raczej nie stawiały go na równi z takimi snajperami jak Suarez, Toivonen czy El Hamdaoui. Nawet jego występy z herbem Fulham na piersi przekonały fanów, że Dembele woli spokojnie przymierzyć z 20 metrów, niż stanąć przed niespodziewaną sytuacyjną okazją, wymagająca zimnej krwi. Oczywiście snajperskie braki Moussa nadrabia fantastycznym balansem oraz boiskową wizją. AJ z kolei po długiej przerwie nie potrafi nawiązać do czasów, gdy sezon Premier League kończył z kilkunastoma trafieniami na koncie. Nie można mu odmówić zaangażowania, pokazuje się partnerom, wybiega na pozycję, gra szeroko. Jednak brakuje tego, czego wymaga sie od Andy’ego w pierwszej kolejności – skuteczności.

W spotkaniu z Boltonem Zamorze wystarczyło niecałe pół godziny, by stworzyć sobie więcej okazji niż grający pełne 90 minut Johnson. Obecnośc Bobby’ego w pierwszej linii Fulham będzie z pewnością wielkim wzmocnieniem siły napadu – wreszcie będziemy mieli zawodnika, któremu w szesnastce rywala nie zadrży noga i który nie będzie bał się wziąć na siebie ciężaru zdobywania goli. Czy moje oczekiwania zostaną spełnione? Jak długo potrwa powrót Bobby’ego do optymalnej formy? To pokaże przyszłość. Nam pozostaje trzymać kciuki.

Bobby i Moussa - czy to im koledzy będą gratulować udanych akcji?